czwartek, 27 grudnia 2012

Świąteczne zdobycze


                W tym roku Dzieciątko doskonale dopasowało się do potrzeb i gustów rodziny. Wszyscy siedzieli zachwyceni pod choinką, ciesząc się ty, co dostali.
Chuda znalazła pod drzewkiem 4 tomy „Pana Lodowego Ogrodu” Grzędowicza i pióro „Parker”. Mnie Dzieciątko obdarowało wymarzoną „Blondynką na Bali” i pełną dyskografią Marka Grechuty.
I o tej dyskografii teraz kilka słów. Wyobraźcie sobie wszystkie 15 płyt Marka Grechuty wzbogaconych o nagrania nie publikowane.  20 godzin fantastycznej muzyki.
Korowód i Kantata w kilku różnych wersjach,  niewydane na płycie piosenki do Sztandarów Hasiora (większość z nich wcześniej słyszałam tylko raz- w czasie koncertu Marka Grechuty w Opolu w 1989 lub 1990 r)  Przy okazji słuchania piosenek do obrazów – „Śpiewające obrazy” z 1981 r. i do Sztandarów opowiedziałam dzieciakom o Hasiorze i jego niezwykłej galerii oraz o obrazach, do których śpiewa Grechuta.  

Od wigilii słuchamy tych płyt i jeszcze nikomu się nie znudziło. Do zbioru dołączona jest niewielka książeczka z ciekawostkami na temat zamieszonych na płytach utworów.
Razem- rewelacja!
„Blondynkę na Bali” też już oczywiście przeczytałam. Jaka jest?
Mniej magiczna niż poprzednie książki. Beata Pawlikowska wydaje się być rozczarowana komercjalizacją Bali i ma problem ze znalezieniem na wyspie prawdziwego życia, nie nastawionego na turystykę. Ale mimo to znalazłam to, co u Beaty tak lubię- refleksje o życiu i podróżowaniu. Tylko brak zakreślacza (chyba został w pracy) sprawił, że jeszcze nie pozaznaczałam tych najważniejszych fragmentów.
Chuda napisze, jak skończy czytać. Na razie, jak widać, czyta. Wszędzie i bez przerwy;)

środa, 26 grudnia 2012

Czorne kluski, rolada wołowo, modro kapusta i kompot z krauzy- tradycje rodzinne


Święta nastrajają do rodzinnych rozmów i wspominek. Już w czasie wigilijnej kolacji rozmawialiśmy o rodzinnych tradycjach, o tym, że one nas określają i pozwalają czuć się bezpiecznie.  Dzieci opowiadały o swoich doświadczeniach  szkolnych, o pisaniu wypracowań i o wartości tradycji. Tych tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, jak i tych tworzonych w każdej rodzinie.

A w naszym domu mieszają się zwyczaje śląskie i poznańskie. Stąd na naszym wigilijnym stole obok śledzi i pierogów stała słodka śląska moczka. Co ciekawe, potrawy pozostają niezmienne od lat i żaden z członków rodziny nie życzy sobie zmian.
W tym roku święta spędziliśmy w domu, a nie w górach, więc mogłam podogadzać bliskim. Zgodnie z koncertem życzeń ugotowałam to, na co mieli ochotę. Były to: galaretki drobiowe i rybne (życzenie męża), rosół rybny z drobnym makaronem (wybór Chudej), a w drugi dzień świąt podałam tradycyjny, tytułowy śląski obiad.

Tradycyjnie na choince pojawiły się pierniczki, bliskim wysłałam ręcznie robione kartki oraz bombki decupage . Do prezentów pod choinka dołączone były zabawne wierszyki.  Prezentów w tym roku było bezliku i wszyscy wyglądali na zadowolonych, ale to temat na inny wpis.
Tradycyjnie też po wigilii graliśmy w planszową grę- w tym roku był to „Eurobiznes”, a w pierwszy dzień świąt odwiedziliśmy rodzinę.
Święta powoli dobiegają końca i chyba każdy z nas ma uczucie, że spędził je radośnie i rodzinnie. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałybyśmy życzyć Wam zdrowia, szczęścia, pomyślności, wielu sukcesów w rozpoczętych lub planowanych przedsięwzięciach (w tych zupełnie nieplanowanych również).
 Życzymy by te Święta wniosły w Wasze życie spokój, radość i pozwoliły odpocząć od codzienności.

Chuda, Ruda i Marzenka 

 
 A pod choinką specjalnie dla Was - śpiewająca Marzenka. :)


piątek, 21 grudnia 2012

Misz- masz

Dzisiejsza notka swoją formą będzie odbiegała troszkę od tego, do czego Was przyzwyczaiłyśmy, bo będzie o paru rzeczach na raz.
Po pierwsze mamy zwyciężczynię konkursu "złap dziesiątkę". Sztuka ta udała się Kasi, która przesłała nam takie oto zdjęcie:
A jako, że nasz blog jest "herbaciany", więc Kasia otrzyma od nas zestaw herbacianych prezentów: filiżaneczkę oraz kilka smaków specjalnie dla niej mieszanych herbat.

No właśnie, herbata... Dziś dotarła do mnie wreszcie paczka z herbatą, którą zamówiłam już jakiś czas temu w sklepie smaczna herbata . Skorzystałam przy tym z rabatu i dnia darmowej wysyłki, więc moje zamówienie wyszło stosunkowo tanio. W paczce znalazło się:
100 g senchy
100 g pu-erh
100 g rooibos
100 g yerba mate
50 g herbaty białej z płatkami róży.
Jak widać większość zamówienia to herbaty czyste, bez dodatków, gdyż od jakiegoś czasu bawię się w mieszanie i komponowanie autorskich mieszanek.
Moją dumą są: herbata zimowa (ulubiona Marzenki) oraz zielona z dziką gruszką ( moja ulubiona).
Z zupełnie innej beczki Chuda na swoim blogu  ogłosiła Candy związane z naszą wspólną pasją czyli rękodziełem. W imieniu Chudej zapraszam do zabawy.

A teraz na zakończenie: tak śpiewają dzieciaki w mojej szkole: 




czwartek, 20 grudnia 2012

Czytelnicze marzenia i kolejna "Blondynka"


„Blondynka na tropie tajemnic” to moja kolejna lektura na długie zimowe wieczory. 

W świecie opisywanym przez Pawlikowską jest ciepło, żar wręcz leje się z nieba , a pot przykleja się do skóry. Zima sprzyja takim właśnie lekturom. Siedzisz sobie w bezpiecznym, cieplutkim, ale nie przegrzanym mieszkanku popijasz aromatyczną herbatę- może być mate lub  owocowa i czytasz o Amazonii, Brazylii, Tanzanii, czy Zanzibarze. Bo te właśnie miejsca opisuje podróżniczka w omawianej książce.
Jak zwykle u Pawlikowskiej mnóstwo pięknych zdjęć, pozytywnego myślenia, zabawnych rysunków i magii zaklętej w naturze.
Mój ulubiony cytat: „W podróży często ludzie dzielą się prawdą, która ich dotyczy, szczególnie, gdy jest to prawda świeżo odkryta i trudna dla nich do zrozumienia czy zaakceptowania. Podróż pomaga ułożyć sobie wszystko w głowie, a rozmowy z przypadkowo spotkanymi osobami są często jak drogowskazy”
Zwłaszcza to drugie zdanie wyjątkowo mi odpowiada i pasuje do mojego stylu podróżowania. Lubię rozmawiać z ludźmi, każde spotkanie wzbogaca mnie, pozwala spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Czasami takie spotkania pozostają na długo w mojej pamięci, a opowiedziane w podróży historie niejednokrotnie ciekawsze są od książek.
Już nie mogę doczekać się, kolejnych książek Beaty- mam nadzieję że ktoś sprezentuje mi „Blondynkę na Bali”, bo fragmenty znalezione w Internecie są zachęcające.

Czekam też z utęsknieniem na kolejny urlop, bo planujemy go z Marzeną spędzić bardzo aktywnie. Ma być intensywnie i ciekawie. Z wieloma kilkudniowymi wyprawami  po Polsce.
A wracając na chwilę do marzeń książkowych, to przeczytałam informacje o nowo wydanym przewodniku na temat Pomorza Zachodniego. Oj, gdy będę w empiku, to chociaż do ręki wezmę i popatrzę, bo póki co mnie nie stać na to cudo.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł. Gdynia '70



Historia jest raczej jednym z najmniej lubianych przeze mnie przedmiotów. Nie mam pamięci do dat, nazwisk, wydarzeń. Ale jest taki okres w dziejach naszego kraju, który interesuje mnie szczególnie, a niestety zazwyczaj na lekcjach nie ma już czasu na jego omawianie: PRL. Wcześniej jednak nie było to nic szczególnego – ciekawe, ale nie dla mnie. Zmieniło się to, odkąd dość mocno zainteresowało mnie jedno konkretne wydarzenie tamtego okresu: Czarny Czwartek Grudnia ’70.  A skąd mi się to wzięło…? Długa historia, zaczynająca się od tego, że moim idolem jest Kazik Staszewski. Jestem zafascynowana muzyką, którą tworzy wraz z KULTem i Kaenżetem, jestem pełna podziwu dla słów, które pisze. 



Nie całe dwa lata temu doszły mnie słuchy, że Kazik nagrał „Balladę o Janku Wiśniewskim” – utwór do filmu „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski Padł”. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tego filmu nie obejrzeć, nawet, jeśli jedynym powodem miała być właśnie ta piosenka. Czas jednak mijał, a okazji do odwiedzenia kina nie znalazłam. Pod koniec kwietnia, będąc u rodziny na Śląsku, wreszcie udało mi się namówić kolegę na seans w rybnickim Cinema City. Podejrzewam, że był to już jeden z ostatnich seansów (w końcu premiera odbyła się w lutym). Byliśmy jedynymi widzami w sali.
Film mnie niesamowicie poruszył. Opowiada o wydarzeniach grudniowych w Trójmieście, a szczególnie w Gdyni. Brunon Drywa – pracownik portu w Gdyni, ojciec trójki dzieci, ginie od rykoszetu na przystanku SKM Gdynia Stocznia. Historia jego rodziny jest umiejętnie przepleciona z obrazem strajku, tragedii stoczniowców, sytuacji, w której Polak strzela do Polaka.
Po seansie mocno zainteresowałam się tematem Czarnego Czwartku nie tylko w Trójmieście, ale także w Szczecinie i Słupsku, a nawet wcześniejszych wydarzeń w Poznaniu. Kiedyś z mamą w drodze do rodziny na Śląsk miałyśmy przesiadkę w Poznaniu w środku nocy. Jedyne, co chciałam wtedy zobaczyć to pomnik ofiar strajków PRL, który na szczęście był dość blisko dworca.
Podczas naszej wycieczki rowerowej do Gdańska oczywiście nie mogło mnie zabraknąć w Gdyni, również pod pomnikiem, a przy okazji odbyłyśmy przejazd ulicą Janka Wiśniewskiego. Również w drodze powrotnej pociągiem, gdy staliśmy na stacji Gdynia Stocznia, patrzyłam na kładkę nad torami oraz na wiadukt i widziałam makabryczne sceny z filmu. Aż przechodził mnie dreszcz.
Ale miało być o książce. Przy okazji ogromnych zakupów w księgarni Weltbilt mama kupiła mi książkę „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł. Gdynia ‘70” autorstwa Mirosława Piepki i Michała Pruskiego. Jak się potem z lektury dowiadujemy, są oni scenarzystami filmu oraz kolegami z redakcji. Co ciekawe – chodzili też do tego samego liceum w Sopocie, ale wówczas jeszcze się nie znali. Obaj brali udział w zamieszkach na ulicach: siedemnastoletni Mirek w Gdańsku, szesnastoletni Michał w Gdyni. Obaj widzieli rzeczy, jakich osoba w ich wieku nie powinna ogladać. Wstęp do książki, w którym obaj opowiadają swoje wspomnienia, poruszył mnie niesamowicie. Myślę, że duży wpływ na moje wrażenie miał fakt, że w tej chwili mam siedemnaście lat i nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeżyć ten koszmar, który oni przeżyli i potrafią o nim opowiedzieć w tak niesamowity sposób.


Większość książki tworzą wspomnienia związane z tworzeniem scenariusza. Przebiegi wywiadów z ludźmi, którzy brali udział w strajkach i ich rodzinami. Dużo miejsca naturalnie zajmują rozmowy ze Stefanią Drywą – żona głównego bohatera. Jest kobietą spokojną, pogodną, opowiada wszystko, co pamięta. Najbardziej poruszyły mnie jednak dwa inne wywiady: jeden z Wiesławem Kasprzyckim – torturowanym niemal na śmierć, drugi z Panią Żebrowską – matką zamordowanego w wieku siedemnastu lat Janusza Żebrowskiego. Obie te osoby do dzisiaj nie potrafią rozmawiać o tamtych wydarzeniach, gdy mają odpowiedzieć na pytanie - łamie im się głos, łzy napływają do oczu.
Wywiady i rzetelne opisy dziejów są przeplecione autentycznymi zdjęciami i fragmentami scenariusza, również scen wyciętych.
Dlaczego chciałabym polecić tą książkę? Czarny Czwartek należy do najmroczniejszych faktów historii współczesnej Polski i wciąż nie jest do końca wyjaśniony. Straszną tragedią było to, że większość ofiar stanowiła młodzież ucząca się w przystoczniowych szkołach lub dopiero rozpoczynająca pracę w stoczni. Książka jest wyjątkowa, ponieważ pomimo tego, że właściwie przedstawia tylko suche, oparte dokumentami fakty, bez żadnych osobistych odczuć i wtrąceń autora, potrafi niesamowicie wzruszyć. Mnie pozwoliła docenić spokój czasów, w których dane mi jest żyć, dorastać.
Post nie bez powodu opublikowany dzisiaj. Siedemnastego grudnia miała miejsce większość wydarzeń opisanych w książce. Dzisiaj mamy czterdziestą drugą rocznicę...

środa, 12 grudnia 2012

kino nie do końca rodzinnie.

Dziewczyna mojego brata, czyli A., ma szczęście - wygrała dwie wejściówki do Multikina na "Listy do M." w ramach Kina na obcasach, więc brata mojego na seans zabrać nie mogła. Bilety chciała mi oddać, ale zaproponowałam, żebyśmy we dwie wybrały się do kina, na co przystała. Pewnego przedzimowego wieczora wybrałyśmy się więc razem na film.
W ramach Kina na obcasach ( o czym nie wiedziałyśmy) nie wyświetla się od razu filmu, najpierw odbyła się krótka rozmowa z panią z jednego ze szczecińskich SPA, podczas której A. wygrała zaproszenie na zabiegi, następnie zorganizowane zostały jeszcze dwa szybkie konkursy, oraz niewielkie losowanie. A. tym razem zdobyła pendrive, a ja zestaw upominkowy od Pachnącej Szafy. Ponadto wszystkie panie obdzielone zostały próbkami kosmetyków, produktów zapachowych oraz słodyczy.
Dopiero wówczas rozpoczął się film. Film dość dobrze już znany, emitowany bowiem w kinach przed rokiem, wejdzie zapewne na kilka lat do stałego świątecznego repertuaru filmowego w telewizji. I mimo całej jego naiwności, porusza kilka tematów ważnych i na czasie, jest przyjemny w odbiorze, mi jednak zdarzyło się popłakać. Jak zwykle też byłam pod wrażeniem wigilijnej kreacji Małgorzaty (Agnieszka Wagner). Ogólnie postać ta, już podczas pierwszego oglądania "Listów..."przypadła mi do gustu.

Cały wieczór spędzony w towarzystwie A. uważam za bardzo udany i mam nadzieję, że udało nam się przełamać lody dzielące nas do tej pory. :)

sobota, 8 grudnia 2012

Zapachniało piernikami


Usiadłyśmy we trzy. Ostatnio nieczęsto nam się to zdarza, bo Chuda tylko czasami do domu zagląda, a i Marzena ma tysiąc różnych spraw. Tym razem się udało. Nawet dwukrotnie. Wczorajszy wieczór spędziłyśmy, pijąc aromatyczną, korzenną herbatę, słuchając Grechuty , malując szkło na prezenty i gadusząc o wszystkim i o niczym.
Dzisiaj dalszy ciąg, tym razem zasiadłyśmy do lukrowania pierników. Tradycję robienia świątecznych pierników przeniosłam ze swojego rodzinnego domu, gdzie na miesiąc przed świętami babcia zarabiała piernikowe ciasto. Ciasto to musiało odleżeć przynajmniej 24 godziny w ciemnym, chłodnym miejscu, dopiero wtedy można  było je wałkować, wykrawać pierniczki i piec.  
Pewnego roku babcia tak dobrze schowała ciasto, że nie mogła go potem znaleźć. Przygotowała drugą porcję i pierniki zostały upieczone. A ciasto znalazło się w czasie wiosennych porządków w piwnicy i ponoć udało się z niego pierniczki zrobić!  
A pierników i różnych drobnych ciasteczek babcia robiła mnóstwo, bo do Wielkanocy musiało ich wystarczyć.
Mając taki wzór, nie można nie piec. Moje pierniki też przygotowuje się dużo wcześniej, by mogły odpowiednio skruszeć. Ciasto przygotowałam dwa tygodnie temu, pierniki piekłam ponad tydzień temu, a dziś zgodnie z rodzinną tradycją je lukrowałyśmy. Zabrakło tylko Piotra, który jako dziecko zawsze nam pomagał.

Tym razem  było kobieco. Ubawiłyśmy się przy tym przednio, wspominając te dziecięce pieczenie pierników i lukrowanie, gdy w dziecięcych buziach znikała prawie połowa lukru i duża część dekoracji ( cóż, od tamtego czasu niewiele się zmieniło- dziewcvzyny co i rusz podjadały cukiereczki i rodzynki, oblizywały lukier skapujący na palce).
Kucharzyłyśmy do piosenek Kory, którą wszystkie lubimy.

A oto przepis na tradycyjne pierniczki:
1 kg mąki
1 szklanka miodu
250 g masła lub margaryny
4 jajka
1 szklanka cukru
2 łyżeczki amoniaku
100 ml wody
przyprawy korzenne ( ja mieszam swoje z cynamonu, goździków, wanilii, anyżu, kminku, czarnego pieprzu, gałki muszkatołowej, kurkumy, imbiru, mielonej skórki z mandarynki)
łyżka kakao
łyżka kawy Inki

Sposób wykonania:
Miód, cukier i masło topimy, dodajemy przyprawy, kawę i kakao. Zdejmujemy z ognia. Gdy odrobinę wystygnie wsypujemy przesianą mąkę i dokładnie mieszamy. Ciasto wychodzi dosyć twarde. Odstawiamy je w chłodne miejsce przynajmniej na dobę, może być dłużej (jak w babcinej historii- nawet do Wielkanocy) .  Po upływie podanego czasu  do masy dodajemy 4 jajka i rozpuszczony w letniej wodzie amoniak. Wyrabiamy ciasto na jednolita masę (początkowo jest ono grudkowate i nie chce się zespolić, ale pod wpływem ciepła rąk i cierpliwości wychodzi ładna, gładka masa). Gdyby okazało się, że ciasto jest zbyt twarde, można dodać letniego mleka.
Odkładamy kulę ciasta na godzinę, a następnie porcjami wałkujemy, wykrawamy pierniczki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni ok. 15-20 min.- aż się lekko zarumienią. (trzeba bardzo uważać- ja zawsze jedną partię przypiekę!)

Kiedy wystygną, lukrujemy i zdobimy. Gdy dzieci były małe, a w domu się nie przelewało sama przygotowywałam lukier z cukru i wody albo białka i wody. Lukier barwiłam kurkumą i sokiem z buraków. Teraz korzystam z gotowych lukrów.

piątek, 7 grudnia 2012

Wyniki konkursu!


Minęła godzina 19.00 a więc ogłaszamy wyniki konkursu. Jury, w skaldzie  Chuda, Ruda i Marzenka, po debacie zadecydowało (oj nie mogło się zdecydować!) , że nagroda w postaci  „Dziennika z podróży” należy się Asymace. Nagrody pocieszenia w postacie drobnych wyrobów hand made wyślemy do pozostałych uczestniczek. Proszę na maila adres do wysyłki. 


środa, 5 grudnia 2012

Norwegia

Do Norwegii zaproszona zostałam przez K. w lipcu. Pojechaliśmy na cztery dni, z czego dwa spędziliśmy w trasie. Dwudziestoczterogodzinna jazda przez Niemcy, Szwecję i Norwegię należy do naprawdę męczących przeżyć, nawet jeżeli za kierownicą nie siedziałam ja. W czasie samej podróży przeczytałam chyba ze dwie książki i dokończyłam dwie suknie słowiańskie.
Pierwszego dnia wyjechaliśmy ok. 3 w nocy z domu, pierwszej części jazdy właściwie nie pamiętam - poszłam spać. Pamiętam natomiast przeprawę promową przez Bałtyk - było pochmurno, szaro, zimno i mżyło, więc zdecydowaliśmy się z K. tylko na krótki spacer na zewnątrz. Czym dalej jednak na północ, tym pogoda stawała się piękniejsza i gdy późnym popołudniem (dane ze zdjęć twierdzą, ze była to 20!) dotarliśmy do Oslo pogoda była piękna - świeciło słońce, chociaż temperatura była taka...wrześniowa w moim odczuciu. W stolicy Norwegii spędziliśmy ok. godziny na spacerze po czym ruszyliśmy w dalszą trasę. Dopóki było jasno, dopóty coś widziała, później poszłam spać i obudziłam się dopiero, gdy dojechaliśmy na miejsce...o godzinie 3 nad ranem było szaro - jak się okazało kolejnej nocy był to czas, gdy naprawdę całkiem ciemno nie robiło się ani na chwilę.
Podczas jazdy w oczy rzuciły mi się niezwykłe formacje skalne - dokładnie widać było sąsiadujące ze sobą warstwy, ba! prześledzić można było przebieganie dawnych kominów!
Większą część kolejnego dnia przespaliśmy. Gdy tata K. wrócił z pracy, postanowił pokazać nam Trondheim - miasto położone na dalekiej Północy nad największym z norweskich fiordów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od muzeum, skansenu, w którym zebrane został m.in. dawne, tradycyjnie budowane domy wraz z wyposażeniem. Następnie wybraliśmy się do wieży telewizyjnej, z której zobaczyć można całe miasto. Kolejnym punktem programu były "forty" (miejsce tak nazywane przez tatę K.) - budynek umiejscowiony na wzgórzu o wyraźnej funkcji obronnej. Później wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście oraz na wzgórze nad samym fiordem - tak pięknych krajobrazów dawno nie widziałam.
Drugiego dnia zwiedziliśmy wyspę nieopodal Trondheim, która niegdyś pełniła przeróżne funkcje - najpierw znajdował się tam klasztor, później więzienie, ostatecznie zaś jeden z punktów obronnych.
Na tym zakończyliśmy ekspresowe zwiedzanie najciekawszych, zdaniem pana Jarka, miejsc w Trondheim i wróciliśmy do domu pakować się i przygotować do podróży.

Wyjechaliśmy szarym świtem i z drogi powrotnej mamy chyba najwięcej zdjęć - aparat dostał się w moje łapki, a ja próbowałam uchwycić każdą kaskadę, każdy szczyt, kotlinę, łachę śniegu, czy jezioro... oraz setki innych elementów krajobrazu (łącznie z mostami i wiaduktami). Norweskie GÓRY zrobiły na mnie przeogromne wrażenie - są monumentalne, surowe, groźne. Wiszą nad miasteczkami i wsiami niczym niemi obserwatorzy, którzy w każdej chwili mogą zmieść z powierzchni ziemi ludzi wraz z ich domami, samochodami i gospodarstwami. Góry pocięte są setkami potoków, płynących z nigdy nietopniejących łach śniegu (czy to już lodowiec?), potoki spadają tysiącami mniejszych i większych kaskad czy wodospadów. Jadąc mieliśmy często z jednej strony skalną ścianę, z drugiej urwisko i potok - człowiek czuje się tam naprawdę maleńki. Ale jednocześnie te krajobrazy mają w sobie obietnicę swobody, czystości, kontaktu z naturą w jej prawdziwie dziewiczym wydaniu.
Stwierdzam odważnie - jeżeli będę kiedyś bardzo bogata, to zamieszkam w Norwegii, w tych Górach, nad tymi Fiordami. (dużo pieniędzy, bo tam wszystko jest kilkakrotnie droższe niż w Polsce). 
A zdjęcia tu.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przez żołądek do serca, czyli bułki drożdżowe


Bycie teściową to zadanie niezwykle trudne, a już bycie dobrą teściową to prawie oksymoron.
Mam dużo szczęścia, gdyż moja teściowa to cudowna kobieta, z którą świetnie się rozmawia, można na niej polegać, a jej dobroć czasami potrafi być denerwująca. Lata temu zastąpiła mi mamę, choć zastąpiła to złe słowo. Od tak dawna nie mam mamy, że ona się nią po prostu stała. Lepszej nie mogłabym sobie wymarzyć.  
Mając taki wzór, staram się być dobrą „prawie teściową” dla drugich połówek moich dzieci. Chociaż jest to nielada wyzwanie! 
- Zaproś K. na śniadanie.- proszę Chudą.
- Mamo, ale on się ciebie boi!- słyszę w odpowiedzi.
-A A. je z nami?- pytam syna.
- Nie, bo ty na nią patrzysz.
- Dlaczego się mnie boją? Przecież nie gryzę!
- Ale czują respekt.
Tylko M. Marzenki daje się namówić na wspólne posiłki od samego początku.  (K. powoli też się oswoił z moją obecnością, zwłaszcza, że cały poprzedni rok nawiedzałam ich w Szczecinie).
Kiedyś postanowiłam oswoić towarzystwo i zaprosiłam na pizzę z okazji zakończenia roku szkolnego. Okazało się, że A. siedziała jak na rozżarzonych węglach, więc rozmowa się nie kleiła. Zrezygnowałam z oswajania na siłę, ale wierzę, że kiedyś usiądzie ze mną i wypije herbatęJ
A na razie gotuję dobre obiady, aby dzieciaki chociaż tak odczuły, ze są dla mnie ważne. Wszystkie, także te „przyszywane”.
K. kiedyś nieopatrznie przyznał, że lubi moje bułki z parówką, więc teraz ma je przynajmniej raz w miesiącu.
Dzisiaj też piekłam słynne bułeczki.
A  oto przepis:
1kg mąki
1 kg cienkich parówek (mogą być z biedronki)
50 g drożdży
0,5l wody
1 łyżeczka cukru
odrobina oleju
Sól, pieprz, zioła do smaku.  


W mące robimy dołek, kruszymy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i pół szklanki wody. Czekamy aż drożdże trochę urosną. Potem dolewamy resztę wody ( powoli, sprawdzając, żeby nie wlać za dużo), dodajemy 2 łyżeczki soli, przyprawy (ja dodaję oregano, pietruszkę, koperek). Wszystko dokładnie mieszamy na jednolitą masę (najlepiej ręką) Ciasto wyrabiamy tak długo, aż „odstaje” od ręki. Jeżeli jest za miękkie dodajemy mąki, jeżeli za suche- wody. Na koniec dodajemy odrobinę oleju, aby ładnie odchodziło od rąk w czasie lepienia bułek.
Blaszkę smarujemy olejem. Parówki kroimy na 2-3 cm kawałki. Każdy kawałek parówki owijamy ciastem, formując podłużną bułeczkę, układamy na blaszce dosyć luźno, bo mocno rosną. Czekamy aż trochę podrosną, a następnie wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze ok. 220 stopni, aż się zarumienią.
Bułki podajemy na ciepło lub zimno z majonezem, musztardą lub keczupem. My podajemy z sosem borówkowym.

Przypominam o moim czytelniczym konkursie!

piątek, 30 listopada 2012

Trzebiatowski Ośrodek Kultury ma już 20 lat


W Trzebiatowie jest wiele miejsc, o których warto i trzeba wspominać. Wiele się tutaj dzieje. Z Marzenką planujemy już od dłuższego czasu wycieczkę z aparatem, by sfotografować zabytkowe kamienice, zachwycić się detalami, a potem o tym wszystkim napisać.
Na razie z powodu niesprzyjającej aury zamykamy się w murach.
29 listopada 2012 r miałyśmy okazję uczestniczyć w ważnym wydarzeniu kulturalnym naszego miasta- 20-lecie działalności obchodził Trzebiatowski Ośrodek Kultury, czyli kulturalne serce miasta.

Z tej okazji do Pałacu zaproszeni zostali przyjaciele i sympatycy TOK-u, w tym my. Na początku obejrzałyśmy ciekawą prezentację ukazującą dorobek placówki, a było co pokazywać, bo w Pałacu od lat dzieje się bardzo wiele. Organizowane są koncerty, wystawy, konkursy. Działają koła zainteresowań dla dzieci i dorosłych,  wzbogacany jest wielotomowy księgozbiór biblioteczny.
TOK jest także organizatorem największych imprez plenerowych: Sąsiadów i Święta Kaszy.  
W drugiej części uroczystości wystąpił zespól kameralny „La Donna e Mobile”, prezentując najpierw polskie tańce a następnie utwory Straussów i Brahmsa. Zespół tworzą artystki Filharmonii Koszalińskiej, a towarzyszy im niezwykle dowcipny konferansjer, obdarzony specyficznym poczuciem humoru. Dzięki zestawieniu odpowiednio dobranego repertuaru z humorystycznym podejściem do muzyki koncerty zespołu podobają się melomanom i słuchaczom na co dzień odbierającym inne gatunki muzyczne. 

W przerwie trzebiatowscy licealiści, w tym Marzena , przeczytali fragmenty „Pana Tadeusza”.
Kolejnym punktem programu były życzenia od  zaproszonych gości, zarówno włodarzy gminy, dyrektorów zaprzyjaźnionych placówek , jak i całej rzeszy sympatyków .
Uroczystość pokazała, jak wielkim uznaniem i autorytetem cieszy się dyrektor TOK pani Renata Teresa Korek oraz , jak ważna jest kierowana przez nią instytucja dla naszego miasta.
Myślę, ze o historii i współczesności TOK można by napisać pracę magisterską. Postaram się któregoś dnia napisać szerzej o tym miejscu. Teraz tylko jeszcze kilka słów od siebie.
Dla nas Pałac jest miejscem odwiedzanym bardzo często i przy różnych okazjach. Należymy do stałych bywalców biblioteki, uczestniczymy w konkursach – kilka razy dzieciaki były laureatami zarówno konkursów plastycznych, jak i literackich czy recytatorskich. Uczestniczą też w koncertach- nie tylko jako słuchacze, ale i jako artyści.  W pałacu nie czujemy się gośćmi, lecz raczej członkami pewnej pałacowej społeczności.

środa, 28 listopada 2012

Konkurs z podróżą w tle


Anetapz przypomniała mi o urodzinach ulubionego pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera. Jego książki czytywało się z wypiekami na twarzy w czasach, gdy nie mieliśmy 100 kanałów w telewizji, a wyprawa  po za granice kraju była równie egzotyczna jak lot na Księżyc.
Do fascynacji twórczością Fiedlera przyznaje się też moja ulubiona podróżniczka Beata Pawlikowska.
Właśnie skończyłam czytać kolejną książkę reporterki- prezent urodzinowy od córki i jej chłopaka- „Blondynka w kwiecie lotosu”.

Książka jest zbiorem reportaży z podróży do Azji. Wcześniej wspomnienia te ukazały się w kieszonkowych „Dziennikach z podróży”, które czytuję w pociągu i traktuję jako „książkę wędrującą”.
Na „Blondynkę w kwiecie lotosu” składają się opowieści z Himalajów, Tybetu, Sri Lanki, Indii.
Podróżniczka zachwyca się religią buddyjską, zagląda do hinduistycznych świątyń, kosztuje regionalnych potraw.
W Himalajach zmaga się z własnym zmęczeniem i opisuje piękno  lasu rododendronów.
W Tybecie przypomina o tragicznym losie mieszkających tam Tybetańczyków, żyjących pod jarzmem Chin.
W Sri Lance opowiada o gatunkach herbaty ( to mój ulubiony rozdział) i o tym, jak zbierane są listki tego napoju bogów.
Indie zaś przedstawione są w swoim chaosie i zgiełku , w kontraście bogactwa i biedy, z szczurami i Taj Mahal.
Wszystkie reportaże okraszone dowcipnymi komentarzami i rysunkami autorki oraz zapierającymi dech w piersiach zdjęciami.
Uwielbiam w mgliste jesienne wieczory podróżować z Pawlikowską.
Do tego samego Was zachęcam. Jednocześnie proponuję małą zabawę.  Mam do sprezentowania  „Dziennik z podróży. Blondynka w Himalajach”. 

Wyślę  go do osoby ( wysyłka na terenie Polski), która najdowcipniej opowie  w kilku słowach o swojej podróży bądź wycieczce - w komentarzu do tego posta .
Zabawa trwa do 6 grudnia, godz. 19.00 (ktoś dostanie mikołajkowy prezentJ

wtorek, 27 listopada 2012

Szczecin na rowerze

A oto kolejny z wpisów cyklu szczecińskiego. :)
Po Nocy Reklamożerców, jak już zostało napisane Ruda obudziła mnie bladym świtem o 10 rano. Zjadłyśmy śniadanie, doprowadziłyśmy się do stanu umożliwiającego pokazanie się między ludźmi i ruszyłyśmy na podbój kolejnych miejsc. Głównym punktem programu było zwiedzenie szczecińskiego, niedawno otwartego Decathlonu. Wsiadłyśmy więc na rowery i ruszyłyśmy. Ruda połechtała nieco moją dumę, stwierdzając, że wjazd za mną pod górkę był dla niej pewnym wysiłkiem (byłam święcie przekonana, że z moją kondycją i na Kozie będę najwyżej widziała majaczącą z przodu tylną lampkę jej roweru). Na ścieżce rowerowej wiodącej wzdłuż Cmentarza Centralnego i później jeszcze dalej jechałyśmy już obok siebie rozprawiając na temat pozytywnych reakcji ludzi na nasz widok, nieodpowiedzialnego zachowania niektórych użytkowników dróg - w tym zarówno pieszych, rowerzystów, jak i kierowców aut. Zanim się spostrzegłyśmy, byłyśmy już na miejscu. Mile zaskoczył mnie fakt, że parking dla rowerów przy sklepie jest zadaszony.



Przynajmniej godzinę spędziłyśmy spacerując między półkami - polary, odzież termoaktywna, rękawiczki, czapki, odzież rowerowa, do biegania, akcesoria do rowerów... i jeszcze parę innych alejek, które żywo nas zainteresowały. Podczas owego zwiedzania znalazłam też swój rower. Wprawdzie jeszcze nie mój, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. ;) Wygłupiałyśmy się przy dzwonkach z Hello Kitty, dziecięcych kaskach, które były na Rudą za duże i robiłyśmy sporo głupich rzeczy, łącznie z przyznawaniem się do blondynizmu. Z Decathlonu wyszłyśmy z kilkoma zakupami - m.in. polarami, skarpetami i kurtką oraz częścią tatowego wyposażenia kolarskiego (bo ostatnio biedny narzekał, że siodełko ma niewygodne).
Po zakupach ruszyłyśmy w drogę powrotną do centrum, by wykorzystać kolejny Groupon. Niestety pizzeria okazała się otwarta dopiero od późniejszej godziny, na co nie mogłyśmy sobie pozwolić, że względu na pociąg Rudej. Na szczęście w bezpośrednim sąsiedztwie pizzerii otwarta była restauracja Kuźnia. Lokal zrobił na nas bardzo dobre wrażenie już od początku - przepiękny wystrój wnętrza i to co najbardziej lubimy - wygodne sofy przy jednym ze stolików. 

Obie zamówiłyśmy zupę gulaszową, wcześniej jednak podano chleb ze smalcem i ogórkiem. Zupa była naprawdę dobra, a smalec zabójczy. Ponadto miejsce godne polecenia ze względu na ceny - bardzo atrakcyjne, szczególnie uwzględniając interesujące promocje (mnie wybitnie zainteresowała oferta na środy - 40% zniżki z legitymacją studencką - dopytałam, haczyka nie ma).
Po obiedzie zostało nam jeszcze trochę czasu, więc ruszyłyśmy do Kaskady w poszukiwani rękawiczek zimowych dla mnie na rower. I niestety nie produkują rękawiczek na moje łapki. Co nie zmienia faktu, że będę jeździć na rowerze również zimą.

niedziela, 25 listopada 2012

Noc Reklamożerców 2012

Noc z 24 na 25 listopada spędziłam z Rudą w Multikinie w Szczecinie na Nocy Reklamożerców. Umówiłyśmy się w Galaxy, a ze względu na to, że mama miała być rowerem, to i ja na Rodła rowerem pojechałam. Nikt mnie nie przejechał, nikt mnie nie strąbił, nikogo nie rozjechałam - pełen sukces.
Nasza noc w centrum handlowym zaczęła się bardzo pozytywnie - pani szatniarka oraz pan Józek z ochrony umożliwili nam pozostawienie rowerów w bezpiecznym miejscu pod kluczem - zostawianie ich bowiem w nocy na parkingu nie napawało nas radością.
Następnie zaliczyłyśmy niewielkie zakupy w Realu i szybki rajd po sklepach. Jako, że do całej imprezy zostało nam trochę czasu poszłyśmy na kawę do lokalu znajdującego się już na terenie kina. Zamówiłyśmy kawy "sezonowe" : cynamonowo-miodową i czekoladowo-piernikową. Podane zostały w ogromniastych kubkach (po 400 ml) i były naprawdę pyszne.
Po kawie poszłyśmy zająć swoje miejsca w sali kinowej. Reklamy emitowane były w czterech okołogodzinnych blokach, rozdzielonych kilkunastominutowymi przerwami. Niewiele obejrzanych przez nas spotów znałyśmy z telewizji, część pochodziła np. z zupełnie egzotycznych zakątków świata, niektóre z różnych względów nie zostały dopuszczone do emisji, inne zupełnie nie przyjęłyby się na naszym rynku, kolejne zaś emitowane były 40 lat temu.
Zachwycałyśmy się spotami domów mody, wyłyśmy ze śmiechu na reklamach bielizny (seria składała się z dobrych 10 reklam), płakałyśmy i wzdychałyśmy do pięknych krajobrazów na reklamach społecznych. Kilka spotów mocno zapadło nam w pamięć, wzbudzając żywe emocje nawet kolejnego dnia (sądzę, że później też). Niektóre z reklam zarejestrowałyśmy, by niedługo potem już ich nie pamiętać.
W międzyczasie oddałyśmy się obserwacji nocnego życia centrum Galaxy, wdałyśmy się w krótką acz miłą pogawędkę z pracownikami remontowymi, rzuciłyśmy kilkoma głębokimi myślami na temat prawdziwego życia.
Z kina wyszłyśmy ok. 4:20 nad ranem - umęczone, ale zadowolone. Odebrałyśmy rowery i pojechałyśmy do domu spać. Długo jednak nie pospałyśmy - o 10 Ruda urządziła mi pobudkę i ruszyłyśmy na dalszy podbój Szczecina. Ale o tym w następnym wpisie.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=kotfBJ8NdK0

kilka ciekawych reklam z ten imprezy:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=ZxXfAipZH6M
http://www.youtube.com/watch?v=SaHS2diEFmo&feature=player_embedded    - na tej popłakałyśmy się równo.
http://www.youtube.com/watch?v=fER-WhFUzoA&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=uFsFzZolfss&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=UugC8J0qxX0&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=9_4xocBXE7g
http://www.youtube.com/watch?v=yaBAiRe8igw&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=0e8CWepeldY  - wyobraźcie sobie 10 reklam w tej estetyce.
http://www.youtube.com/watch?v=Mo01RI2-DdU&feature=player_embedded

Chudej cukiernicze zapędy

Z Rudą nie widuję się wybitnie często - co któryś weekend wracam do domu, czasem Ona przyjeżdża do Szczecina. Wobec tego, gdy nadarzyła się kolejna okazja skwapliwie z niej skorzystałyśmy. Ruda odwiedziła mnie przy okazji Nocy Reklamożerców 2012 w szczecińskim Multikinie. 
Ze względu na to, że jest moją kochaną mamusią, ale nie zostanie na obiedzie postanowiłam upiec ciastka. Nie wzniosłam się może na wyżyny kunsztu cukierniczego, bo ciasto kupiłam gotowe, ale i tak spędziłam nieco czasu przy garach. 

Przepis na szarlotkowe ciasteczka francuskie

Potrzebujemy:
- gotowe ciasto francuskie
- jabłka
- cynamon, goździki, imbir w proszku...(albo gotową przyprawę do piernika - z takimi jednak trzeba uważać, niektóre zawierają mąkę)
- jajko
- cukier

Jabłka obieramy i kroimy na ósemki (żeby powstały nam takie małe półksiężyce). 2/3  przygotowanego cukru mieszamy w zamykanym pojemniku z większością przypraw i wrzucamy do środka jabłka, które należy porządnie potrząsnąć, by ładnie obtoczyły się w tej mieszance. 

Ciasto francuskie kroimy na trójkąty. Moje miały wymiar ok. 10*5*5 cm. W takie trójkąciki zawijamy jabłka - kładziemy kawałek owocu na cieście, cieńszą krawędzią w stronę szerokiego kąta trójkąta - kąt ten zawijamy na jabłko, lekko naciągając. Dwa pozostałe wierzchołki układamy, tak by najdłuższa krawędź dała się połączyć sama ze sobą (czyli kawałki od wierzchołków z środkiem tej krawędzi). 

W razie problemów - odsyłam do słownika matematycznego xD A muszę tak to opisać, bo w ferworze walki z ciachami zapomniałam zupełnie o robieniu zdjęć. W dodatku robienie zdjęć rękoma poklejonymi cukrem byłoby trudne. 

Po zawinięciu jabłek układamy ciasto na papierze do pieczenia, którym wyłożona wcześniej powinna być blacha (wersja studencka - na kratce do piekarnika kładziemy folię aluminiową). Górę smarujemy rozbełtanym jajkiem z cukrem i resztą przypraw. Zapiekamy zgodnie z przepisem na ciastka nadziewane z opakowania ciasta francuskiego (jeżeli ktoś ma przedpotopowy piekarnik, który nie informuje o temperaturze, to zapiekamy "na oko" - aż urosną i ładnie się zarumienią, na średnim ogniu). 


Ciastka idealnie smakują na ciepło (no przecież nie mogłam się powstrzymać) oraz na zimno. A w dodatku zabójczo pachną jesienną atmosferą. 
Proporcje składników należy dobrać do ilości ciastek i własnych upodobań. 
Zdjęcie niestety dość słabej jakości - robione przy sztucznym świetle. 



wtorek, 20 listopada 2012

sushi

O kuponie, który wykorzystaliśmy przy okazji poniedziałkowej kolacji, było już tu. W końcu udało nam się go zrealizować - zabrałam swojego K. na kolację. Z początku podchodził do tematu bardzo nieufnie - "ale to będzie dawało rybą!", z czasem jednak oswoił się z tą myślą i przeżył ten posiłek bez uszczerbku na zdrowiu. Obserwowanie go, przysporzyło mi jednak sporo radości. Rzadko bowiem widzę, jak robi coś po raz pierwszy, a tak był w przypadku jedzenia sushi. 
Lokal w którym jedliśmy to Sushimado, niewielka szczecińska restauracja specjalizująca się w kuchni japońskiej. Lokal urządzony jest skromnie i nowocześnie, acz z kilkoma wyraźnie japońskimi (lub japonizującymi) akcentami. Niewiele z tego co napisano w karcie było dla nas zrozumiałe, niemniej pomoc obsługi i podstawowe rozeznanie w temacie pozwoliły nam podjąć decyzję - ja zdecydowałam się na maki z surowym łososiem, K. uznał, że aż tak odważny nie jest i zamówił maki z gotowanymi krewetkami. Sympatyczna kelnerka, przy zaserwowaniu zamówionych specjałów wyjaśniła "z czym to się je", w jakiej kolejności, dlaczego tak, a nie inaczej. Uspokoiła nas też, stwierdzając, że jedzenie palcami nie jest w złym tonie i można sobie na to jak najbardziej pozwolić, z czego ja skwapliwie skorzystałam, a K. męczył się pałeczkami. Z właściwą sobie beztroską rozrzucał ryż po podstawkach i stole, cieszył się do swojego odbicia w kulistej lampie, popijał wszystko zimną colą (która skończyła się bardzo szybko ze względu na ilości chrzanu wasabi, jakie dodawał do swojego sushi).
Do tego zamówiliśmy herbatę jaśminową - K. wrzucił do niej taką ilość brązowego cukru w kryształach, ze momentami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie usiłuje wyprodukować jakiegoś sosu. ;)
Samo sushi określę jako potrawę smaczną, acz jedną z tych, które można zjeść raz na jakiś czas - codziennie niekoniecznie. 

Zdjęcia robione w połowie posiłku, pojedynczą porcją sześciu "zawijasków" można się spokojnie najeść. 


Ten dzbanuszek mieścił w sobie taaaaakie ilości herbaty, że zastanawiam się, jak było to możliwe. Ponadto był tak ciężki, że mógłby służyć za sprzęt na siłowni ;) Ale był piękny.



K. walczy z wasabi. Zielony japoński chrzan bardzo przypadł mu do gustu.

"Popatrz, umiem jeść pałeczkami!"

niedziela, 18 listopada 2012

Listopadowe śniadanie


Listopad ze swoimi mgłami, późnym świtem i ogólną melancholią jest doskonałym czasem na zwolnienie obrotów i celebrowanie codzienności. Niedziela zaś wydaje się do tego stworzona.
Dla nas niedziela rozpoczyna się śniadaniem, które niejednokrotnie przeciąga się prawie do południe. Nie inaczej było i dzisiaj. Szwedzki stół, kawa w dzbanku, herbata , obowiązkowo jajka i jakieś sosy. Zasiedliśmy w czworo , śmiejąc się i przekomarzając, potem młodsza część rodziny wróciła jeszcze do pościeli, leniuchować i odpoczywać. Z mężem siedzieliśmy nadal przy kawie i jabłeczniku. Słuchaliśmy programu Beaty Pawlikowskiej. Audycja stała się pretekstem do rozmowy o podróżowaniu, o tym, że lubię czasem pobyć sama ze sobą i nie nudzi mnie 6 godzin samotnej jazdy rowerem. Wróciły też wspomnienia z sierpniowej eskapady i naszych maratonów.
- Wiesz, lubię jeździć z Marzenką, bo ona potrafi milczeć.- stwierdziłam.
- Niemożliwe.- mąż nie krył zdziwienia, bo żyje w przekonaniu, że nam to się buzie nie zamykają.
- Naprawdę, czasami jechałyśmy po kilka godzin , zamieniając ze sobą zaledwie kilka słów. Dopiero na postojach dzieliłyśmy się spostrzeżeniami. – kontynuowałam- z Czesią jeździ się zupełnie inaczej, ona rzeczywiście ma potrzebę mówienia.
- Wyobrażam sobie.- mruknął mąż, przypominając sobie wszystkie nasze wspólne posiłki, w czasie których więcej jest rozmów niż jedzenia.
Rozmowa dalej toczyła się w tym klimacie. Jednocześnie przygotowywałam kolejne zestawy prezentowe- butelki i pudełka ozdabiane metodą decoupage. W butelki wlejemy domowe wino, w pudełeczkach pojawią się pierniki, które za kilka dni zacznę piec.

Wreszcie do kuchni zawitała i Chuda, a wtedy mąż dyskretnie się ulotnił, abyśmy mogły spokojnie oddać się kobiecym pogaduszkom. 

sobota, 10 listopada 2012

Czekoladowe Gryfice


         Listopad skłania do melancholii i popadania w zadumę, czy wręcz chandrę. Aby tego uniknąć, ciągle szukamy sobie zajęcia. Sobota była na tyle pogodna, że można było wsiąść na rower i pognać przed siebie. Pognać to może trochę za dużo powiedziane zwłaszcza, gdy przez 20 km silny wiatr wieje w twarz. Nie mniej jednak na wycieczkę pojechałyśmy. Pretekstem stały się zakupy w Lidlu, gdzie w tym tygodniu można było kupić ubrania narciarskie, a ponieważ u nas nie myśli się o zimowych rowerzystach, wiec większość z nas w zimie korzysta ze strojów narciarskich;) Bluzy polarowe, ciepłe skarpety, rajstopy przydadzą się na pewno.
Oczywiście zakupy to tylko pretekst, bo najważniejsze było jednak wspólne spędzenie czasu. Pojechałyśmy najpierw jedną ze swoich ulubionych dróg- fragmentem tegorocznej trasy gryfickiego maratonu rowerowego.  Piękny bukowy las, zaorane pola, słowem krajobraz niezwykle urozmaicony.
W Gryficach zatrzymałyśmy się na rynku, bo zauważyłyśmy ciekawie wyglądającą kawiarenkę. Już sama nazwa brzmiała  kusząco: „Czekoladowa lokomotywa”.  Niewielkie, stylowe wnętrze zapraszało do odpoczynku. Zamówiłyśmy kawę, czekoladę na gorąco i sernik z wiśniami na ciepło.
Wszystko było pachnące, aromatyczne i świeżutkie.

- Wiesz mamo, lubię z Tobą jeździć.- stwierdziła Marzena, gdy już kończyłyśmy serniczek.
- Ja też, bo mam z kim na kawę i ciasto się wybrać.
- No właśnie- potwierdziła Marzena- i mam kogo naciągnąć- dodała rozbrajająco.
- Wiesz- zaczęłam po chwili milczenia- gdyby mnie ktoś teraz zapytał , po co jeżdżę na rowerze, odpowiedziałabym, żeby potem bezkarnie obżerać się słodkościami.
A słodkości były rewelacyjne… na naszej kawiarnianej mapie zapisujemy Czekoladową Lokomotywę, jako miejsce, które można polecić i do którego będziemy wracać.
( a dlaczego lokomotywa?- chyba z powodu muzeum koleiwąskotorowej, które mieści się niedaleko)
                Po kawie i zakupach ruszyłyśmy do domu. Tym razem najkrótszą drogą i z wiatrem. Miałyśmy nadzieję, na jakiś urokliwy zachód słońca, niestety ono schowało się za burymi chmurami. 

czwartek, 8 listopada 2012

Asterix i Obelix po raz n...

Z okazji "Śród z Orange" wybraliśmy się z K. do kina. Ale że, jak wszyscy wiedzą, jestem hipsterem od czasów, gdy hipsterstwo jeszcze nie istniało, nie poszliśmy na nowego Bonda, jak zatrważająca część kolejki do kasy. O nie! My, jak przystało na poważnych studentów, wybraliśmy się na film pt. "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" w reżyserii Laurenta Tirarda.

Mam do tej serii jakiś taki sentyment - pamiętam jeszcze z jaką niecierpliwością czekało się na kreskówki o losach sympatycznych Galów lecące w TV.
W tej części Obelix odnajduje miłość życia, Asterix marudzi, a Brytyjczycy piją wrzątek. W dodatku twórcy polskich tekstów chyba byli pod ogromnym wrażeniem umiejętności językowych Dżoany Krupy, co jest bardzo dobrze słyszalne w wypowiedziach Brytów i na początku było denerwujące i uciążliwe. A Cezar nie jest Cezarem.

W filmie tym ujęło mnie jednak kilka rzeczy - latający Normanie, Obelix, którego fanką pozostanę chyba dozgonnie oraz suknie Brytyjek. 
Muzyka w tej produkcji była właściwie niezauważalna - wtapiała się w tło, w pamięć zapadł mi tylko jeden utwór.
Znalazło się tam też kilka nawiązań do filmów kultowych, jak np. "Gwiezdne Wojny".
wybraliśmy się na wersję w 3D - był to ostatni seans Asterixa i Obelixa, a wcześniej wybrać się do kina nie mogliśmy. 3D było jednak na tyle subtelne, że odbiór filmu w żaden sposób nie zmieniłby się raczej bez niego. Kilkakrotnie wokół padał śnieg, raz coś chciało mi wybić oko, a poza tym widoczna byłą jedynie przestrzenność nieco głębsza, niż ta w wersji 2D.
Zabrakło mi w tej produkcji czegoś. Film był... rozczarowaniem? Nie, to chyba zbyt mocne słowo. Co prawda daleko mu było do części z Kleopatrą, zagraną przez boską M. Bellucci. Niemniej jednak bawił, obyło się raczej bez płakania ze śmiechu, ale śmialiśmy się w głos dość często, a tego przecież oczekujemy po tego typu obrazach.
 "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" nie jest filmem, o którym powiem: idziecie koniecznie! Jest lekki, zabawny, porusza też temat przyjaźni i robi pod górkę historykom, ale widziałam już w życiu lepsze filmy (gorsze w prawdzie też). Z jego obejrzeniem można jednak poczekać aż pojawi się na DVD albo zastanie wyemitowany na którąś Gwiazdkę w TV.

środa, 7 listopada 2012

Zakupy grupowe, rozdział kolejny

Groupon.pl tak lubi mnie i Rudą, że sprezentował nam po 20 zł do wydania na dowolną ofertę. Obie wybrałyśmy coś do wszamania. W przypadku mamy było to sushi, ja zdecydowałam się na kanapki w Subwayu, na które zdążyłam już zaprosić swojego K.
Cóż mogę napisać o ofercie tego właściwie fast fooda? Kilka dobrych rzeczy - przede wszystkim nasza kanapka przygotowywana jest przy nas, wszystko odbywa się na naszych oczach, do wyboru jest ogrom składników, a ilość warzyw w kanapce powaliła nawet mnie. Do wyboru mamy kanapkę 15sto i 30stocentymetrową. Myślę, że ta mniejsza jest doskonałym rozwiązaniem na drugie śniadanie, my natomiast zamówiliśmy sobie po dużej i bez najmniejszego problemu można było uznać, ze jesteśmy po obiedzie. moim zdaniem jest to bardzo ciekawa pozycja na tle innych sieciowych restauracji szybkiej obsługi - proponuje posiłki zdecydowanie zdrowsze, lepiej zbilansowane, sycące na dłużej i w całkiem przystępnych cenach.

Na sushi niestety się z Rudą nie wybrałyśmy, jak to było w planach, gdyż okazało się, że konieczna jest rezerwacja stolika. Nic straconego - kupon jeszcze przez jakiś czas zachowuje ważność, więc zdążymy jeszcze przekonać się, czy surowa ryba, to coś co chcemy jeść.
Ze względu jednak na to, że nie miałam żadnej alternatywy obiadowej, wybrałyśmy się na placki po węgiersku na Turzynie.

wtorek, 23 października 2012

Sobótka- miejsce na weekendową wycieczkę


Ostatni weekend spędziliśmy z mężem w Sobótce niedaleko Wrocławia. O samym Wrocławiu tez pewnie napiszę, ale innym razem. Teraz chciałabym skupić się na miasteczku położonym u stóp mojej ulubionej Ślęży. Dlaczego ulubionej? Bo od dzieciństwa fascynowała mnie ta Góra Czarownic, wyrastająca nagle na tle krajobrazu. I choć wielokrotnie przejeżdżałam w pobliżu , nigdy wcześniej jej nie zdobyłam. 

Teraz nadarzyła się okazja. W ramach zakupów grupowych nabyłam dwuosobowy pobyt w hotelu Sobotel u podnóża Ślęży. Położenie hotelu, na skraju miasteczka bardzo mi odpowiadało. Hotel może nie należy do ekskluzywnych, ale ma schludne, stylowo urządzone pokoje z ogromnymi oknami, z których rozpościera się fantastyczny widok- ja po przebudzeniu widziałam wielobarwne drzewo. Jedzenie w restauracji jest smaczne, a śniadania w postaci szwedzkiego stołu urozmaicone. Hotel posiada też strefę SPA, ale mojemu mężowi nie chciało się z niej skorzystać (szkoda). Ogromnym atutem hotelu jest jego młoda i niezwykle uprzejma obsługa. Indywidualne podejście do każdego gościa, niezobowiązujące pytanie o to, jak minął dzień i niewymuszony uśmiech. Tak, właścicielowi można pozazdrościć takiego personelu. 

Samo miasteczko nie należy do największych, ale może poszczycić się dwoma zabytkowymi kościołami, muzeum i całkiem sporym sobotnim targiem . 

I…. rewelacyjną pizzą serwowaną przez Guiseppe w pizzerii La strada

A Ślęża? Cóż- piękna, majestatyczna, z kamiennymi rzeźbami. Najważniejszą zdaje się być niedźwiedź, który stał się wizytówka Sobótki. Wchodząc w ten słoneczny jesienny dzień na szczyt, przekomarzaliśmy się z mężem: 

- z dołu nie było widać, że to tak daleko- sapnął mąż po którymś podejściu. 

-Nie marudź, przecież mamy mnóstwo czasu. 

-Ale dlaczego mam się męczyć? 

- Oj, nie rozumiem, dwadzieścia lat temu oboje lubiliśmy takie wędrówki.- przypominam mężowi dawne dzieje. 

- Tak, tylko teraz ja zmądrzałem, a tobie całkiem odbiło- słyszę w odpowiedzi. 

- Nie, to ty zgnuśniałeś przed telewizorem, a ja jestem ciągle młoda.- Nie pozostaję dłużna. 

Nie doszliśmy do porozumienia, ale piękna pogoda pozwoliła nam cieszyć się widokami i swoją bliskością. Bo przecież ważne jest , by mieć kogoś, z kim idzie się w tym samy kierunku. 




Szliśmy zgodnie z mapką i próbowaliśmy obejrzeć wszystkie atrakcje- stary dąb, rzeźby kultowe, źródło, skansen archeologiczny w Będkowicach – tylko, że nazwa skansen to trochę duże słowo na nazwanie tego, co zobaczyliśmy ( rozpieszczeni jesteśmy obcując na co dzień ze słowiańską grupą rekonstrukcyjną) . Mam jednak wrażenie, że miejscowości położone w bezpośredniej bliskości Góry na razie nie potrafią w pełni wykorzystać jej potencjału. 




Nadzieję na zmianę daje lokalne stowarzyszenie, którego dziełem są tablice informacyjne w poszczególnych miejscowościach będzie potrafiło wykorzystać turystyczne oraz walory Ślęży i jej okolic.
I rebus na koniec:
Na czym polega fizjoterapia w szafie wnękowej? Zamyka się pacjenta w szafie i czeka aż się odpręży?

sobota, 20 października 2012

O Szczecinie po raz kolejny

O tym, że Szczecin potrafi być piękny, już pisałam. O tym, że fascynuje - również. Ale nie napisałam jeszcze, że potrafi być przyjazny.
Przywiozłam sobie we wrześniu rower z domu do Szczecina właśnie. Miałam niemałe obawy jeżeli chodzi o jazdę po tym mieście. Ale po drugim tygodniu zajęć stwierdzam, że była to bardzo dobra decyzja. Nie dość, że oszczędzam na biletach tramwajowych, to jestem na zajęciach dużo szybciej, niż osoby wybierające komunikację miejską! Sprawdziłam to z koleżanką. ;)
Do tego mam swoją dzienną dawkę ruchu - jeżeli jadę tylko raz to robię jakieś 6 km, ale zdarza mi się po zajęciach jechać do domu zupełnie okrężnymi drogami wtedy jest to ponad 10 km. ;)
Więcej też dostrzegam i odczuwam - słońce grzeje mnie przyjemnie po twarzy, wiatr chłodzi policzki, a kierowcy w zdecydowanej większości wiedzą, jak zachować się wobec rowerzysty. Nawet jeżeli jest to blondynka w sukience. ;)

Szczecin potrafi się też spodobać z zupełnie niespodziewanych stron. W piątek wybraliśmy się z K. na spacer. Nie mogłam wyjść z podziwu z jaką fascynacją przyglądał się on korze platanów. "Takie naturalne moro!"

A "Ptaki" dla Rudej ;)

Zapraszam też tu.





Babcia-hipsterka sabotowała kryształkowe starania wywiadowcze. ;)



wtorek, 9 października 2012

Książkowe zakupy

Księgarnia "Weltbild" kusiła mnie już od kilku dni zarówno papierowym katalogiem, który przychodzi regularnie, jak i mailami. Oferta "gazetkowa" nie skusiła mnie zbytnio, jednak, gdy po namowie anetapzn weszłam na stronę inetrnetową, zginęłam! Bogactow zniżek przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z zapałem zaczęłam klikać "dodaj do koszyka". Stwierdziłam, że potem przejrzę jeszcze raz i wyrzucę nadmiar. Tak też zrobiłam. Efekt: 13 ksiażek, za które zapłaciłam tylko 107 zł. Szaleństwo. 
Wśród moich zdobyczy znalazły się takie perełki jak: 
Wybór Marzenki

Prezent dla męża
Pawlikowska dla mnie
Do tego jeszcze kilka innych, o których napiszę, gdy będę je czytała w długie szare wieczory:)