poniedziałek, 16 kwietnia 2012

"Igrzyska śmierci" czyli pesymistyczny happy end.

Na "Igrzyska śmierci" do kina poszłam tylko ze względu na to, że o interesującej mnie porze nic innego w owym kinie nie było. Muszę jednak powiedzieć uczciwie - to była dobra decyzja. Film powstał na podstawie książki, której fragment miałam okazję, kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości, przeczytać, więc niechętnie poszłam do kina, utyskując, że wolałabym najpierw przeczytać całość.
I znowu zacznę od innej strony niż normalny człowiek zaczyna recenzję - zacznę od muzyki.
Muzyka zdecydowanie mi się podobała. Dobrana bardzo dobrze do sytuacji, w których występowała, nakręcała widza dodatkowo. A utwór podczas napisów końcowych, to moim zdaniem mistrzostwo.
Nie będę się wypowiadała na temat gry aktorskiej - nie znam się. Ale wypowiem się na temat kostiumów. Ale to za chwilę.

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości. Świat przedstawiony podzielony jest na pół - bogate państwo-matkę i biedne dystrykty. Teraz też wrócę do kostiumów - aktorzy grający mieszkańców dystryktów ubrani byli w stroje nawiązujące formą do czasów II wojny światowej (w moim odczuciu), natomiast mieszkańcy państwa-matki... Ahhh... Tam działy się piękne rzeczy - baśniowe kostiumy, makijaże, fryzury... Wszystkie możliwe kolory tęczy w przeróżnych konfiguracjach i nasyceniach, bogactwo szczegółów, detali, form. Coś cudownego! Część strojów przypominała uwspółcześnione wersje barokowych sukien, inne nawiązywały do różnych etapów mody XX w., wszystkie były w żywych, pięknych kolorach, często z dodatkowo komplikowaną formą. Uwielbiam!
Wracając jednak do samej akcji filmu. Państwo - matka, upamiętniając nieudany bunt dystryktów sprzed iluś tam lat, organizuje igrzyska - z każdego dystryktu wystawiane są 2 osoby (łącznie więc 24), całą imprezę przeżywa jedna osoba. Główna bohaterka bierze udział w jednych z takich Igrzysk, zwycięża zarówno igrzyska, jak i pewną rozgrywkę z systemem - udaje jej się ocalić życie drugiemu uczestnikowi. I gdyby w tym miejscu zakończyć film, można by stwierdzić, że zakończenie jest szczęśliwe, mamy happy end... Ale film trwa jeszcze trochę. I na głowę wylewają nam kubeł zimnej wody - system nadal trwa, ma się dobrze, wtłacza w swoje tryby naszą niepokorną bohaterkę. Sądzę więc, że wymowa owego dzieła jest pesymistyczna. I to bardzo.
Jest to film niejednoznaczny, w którym zapewne niektórzy nie dostrzegą tego co widziałam ja, potraktują go jak kolejną produkcję dla nastolatek - nie neguję, być może tym właśnie jest.

Po recenzji czas na krótką zajawkę naszej ostatniej rozmowy z Ruda, którą zdążyła już zasygnalizować (i zmotywować do napisania w końcu tego wpisu). Rozważania teoretyczno-literackie nad sernikiem...
- Wiesz, przestają wydawać od maja "Science Fiction". Ponoć kryzys na rynku wydawniczym... I co ja będę teraz czytać? - Zagaiłam znad czerwonej herbaty.
- Zapamiętaj ta datę. Może to początek końca epoki ciemnej? - Odparła Ruda, nawiązując do naszej nieustajacej nigdy dyskusji na temat tzw. epok jasnych i ciemnych, bądź jak kto woli epok rozumu i uczuć.
- Myślisz? Sądzę, że we współczesnym świecie nie będzie już możliwe wskazanie takich granic, rozróżnienie epok. Wydaje mi się, że zacznie się to zacierać, funkcjonować będą obok siebie autorzy mogący uchodzić za przedstawicieli epoki jasnej i ciemnej.
- Jesteś pewna? A gdyby cofnąć się do początków twojego ukochanego fantasy? Mamy Tolkiena i Lewisa. A później nic na tej płaszczyźnie. Później mamy w Polsce socrealizm, za granicą też nie powstaje nic wielkiego w dziedzinie fantasy. Jedynie SF. Ba! Nie istnieje nawet polskie pojęcie! Ja uczyłam się jeszcze tylko o fantasy. A fantastyce baśniowej uczę teraz. Fantasy przychodzi do nas w latach 80' XX w. - tłumaczenie Tolkiena właśnie, później pojawiają się twórcy rodzimi.
- No dobra... - zgodziłam się.  - Ale cały czas jesteśmy na płaszczyźnie tzw. literatury popularnej. A co z tą pretendującą do miana wysokiej? Jak się mają tacy współcześni twórcy do epoki ciemnej?
- No jak to? A takie "Lubiewo"? A "Wojna polsko-ruska"? Toż to czysty naturalizm. Ale nie ten realistyczny, tylko taki... - Ruda szukała słowo, co wykorzystałam, triumfalnie błyszcząc intelektem:
- Młodopolski? - dokończyłam za mamę.
- Dokładnie...
- I sądzisz, że pojawi się teraz epoka jasna?
- Skoro kończą wydawać pismo fantastyczne, to kto wie. Epoki ciemne zwykle przypadały na czas kryzysów wszelkiej maści, po zażegnaniu ich następowały epoki jasne.
- Mhm... Ale rynek wydawniczy fantastyki w Polsce ma się nadal dobrze, wydawane są nowości zagraniczne i krajowe. To samo z kinem - pozycje typowo fantastyczne wciąż wchodzą do kin.
- Co nie zmienia faktu, że wampirologia już wkrótce może zostać wyparta przez dawne harlequiny...

A o Herbercie następnym razem...

2 komentarze:

Zmija37 pisze...

Zakończenie filmu jakoś skojarzyło mi się nie wiem dlaczego z końcówką Kingsajzu naszego rodzimego wytworu - niby normalne rozmiary, a tu jednak niekoniecznie.
O nie, nie zgadzam się na wyparcie wampirologii przez romansidła w stylu harlequin :)Nie, nie jestem wielką fanką wampirów, owszem lubię poczytać, ale jak każda rzecz serwowana w nadmiarze przejadła się. Niemniej jednak w moim odczuciu i tak stoi rozwojowo znacznie wyżej od romansideł :)

Chuda pisze...

Niewątpliwie - to porównanie jest znacznym uproszczeniem. ;) Nie zmienia to jednak faktu, że jak Ruda usilnie przekonuje, po każdej epoce uczuć, następuje epoka rozumu - nie wiemy tylko co nam ona przyniesie. ;)