sobota, 21 lipca 2012

O Jarmarku św. Jakuba i nie tylko


             W piątek, 20 lipca wyznaczono mi termin obrony pracy dyplomowej. Pojechałam więc sobie do Szczecina. PKP , zmieniając rozkład jazdy, podarowało mi cały dzień szwendania się po mieście. Rozpoczęłam od solidnych zakupów w sklepie rowerowym, teraz mam nowe solidne sakwy i kilka innych drobiazgów koniecznych do planowanej przez nas wyprawy. Potem na Turzynie zjadłam dwa naleśniki z twarożkiem. Ponieważ do obrony nadal  miałam sporo czasu, pojechałam obejrzeć, jak kwitną róże na Różance. Właśnie są w pełni rozkwitu i ich nieziemski aromat roznosi się nie tylko w parku.

Obrona okazała się niestresującym  dodatkiem do sympatycznego spotkania z koleżankami z roku. Spędziłyśmy miłe popołudnie w kawiarni „Czekoladowa”, zajadając się czekoladowymi (a jakże) przysmakami i planując kolejne spotkanie, już nieoficjalne, koleżeńskie.

Przyjemnie było tak po prostu posiedzieć, pośmiać się i pogadać o sprawach istotnych i błahych, jak to kobiety.
Do odjazdu pociągu nadal miałyśmy sporo czasu, zatem skierowałyśmy się ku katedrze, gdzie zgodnie z reklamami odbywał się Jarmark św. Jakuba. Jarmark jest elementem katedralnego odpustu i chyba miał nawiązywać do średniowiecznych tradycji.

Od kiczowatej, odpustowej atmosfery, jaką pamiętam z dzieciństwa różnił się jednak dosyć znacznie. Oprócz typowej jarmarcznej tandety pojawiło się rękodzieło artystyczne (wszechobecne na takich imprezach) i ogromne ilości „swojskiego jadła”: stoiska uginały się od chlebów, kiełbas i serów wszelkiego rodzaju. Dobrze, że byłyśmy po obfitym podwieczorku, bo pewnie cos byśmy znowu zjadły. Lubię tę atmosferę ludyczności, niespiesznego przechadzania się między kramami, gdy gdzieś przygrywa ludowa kapela (choć tu akurat rozlegały się... azteckie dzwięki). Oczywiście wszystko ma swoje granice i po obejrzeniu wszystkich stoisk szybko myślę o ucieczce w spokojniejsze, mniej ludne miejsce. 
Zupełnie innym aspektem jarmarku jest jego połaczenie z kościelnymi obrzędami, wszak to obżarstwo, kult doczesności, a nawet pijaństwo ( tu i ówdzie można było dostać regionalne , niepasteryzowane piwo) odbywało się na placu katedralnym. Nie sądzę by wielu odwiedzającyh imprezę dotarło  do drzwi katedry, która kusiła chóralnym śpiewem i muzyką organową (skutecznie zagłuszaną przez zgoła inne rytmy). 
Po dwudziestej pożegnałyśmy się na dworcu. I gdy wydawało się, że już nic mi się nie przytrafi, że spokojnie usiądę w wagonie i poczytam książkę, pojawił się spragniony zwierzeń podróżny. Dwie godziny prowadziłam ożywioną dyskusję na temat życiowych wyborów, pomyłek, tego, co w życiu ma wartość. Ilekroć spotykam na swojej drodze ludzi, którzy nie potrafią sobie poradzić z własnym życiem, którzy czują, że przegrywają, że zgubili gdzieś po drodze cel i radość życia, odczuwam głęboką wdzięczność do losu, że oszczędził mi takich błędnych kroków, że z każdej porażki potrafiłam wyciągnąć wnioski i sprawić, by przyniosła korzyść.
Gdybym miała podsumować ten dzień, podałabym przysłowie „Każdy jest kowalem swojego losu” i dodałabym jeszcze, że jeżeli oczekujemy jakieś rady, powinniśmy jej przede wszystkim szukać w sobie. 

5 komentarzy:

kasia.eire pisze...

Nie zgodzę się z ostatnim zdaniem, radę w sobie budujemy poprzez rozmowy i czerpanie z doświadczenia innych. Nie można wszystkiego stworzyć z niczego, radę w sobie tak, ale nie tylko i wyłącznie z siebie ona wypływa. Nawet nie zdajemy sobie sprawy ile spotkania z ludźmi, rozmowa z nimi, a szczególnie z kimś, kto nas nie zna i może bez żadnych dodatkowym konotacji spojrzeć na nasz problem z boku i świeżym okiem, mogą przynieść dobrego. Uwielbiam żywe dyskusje pociągowe. Kiedyś dużo jeździłam tym srodkiem lokomocji i najlepiej wspominam te przejazdy, kiedy towarzystwo z przedziału się rozgadało. Czasem tylko słuchałam, czasem brałam udział w dyskusji.
Nie wiem, czy czytałaś kiedyś za młodu Minkowskiego, jeśli go lubisz, zajrzyj na Notatki Coolturalne, niespodzianka. Piszę tu, bo widzę, ze nie masz w zakładkach, a jeśli lubisz go tak jak ja, szkoda by było przegapić wieści

Ruda pisze...

Kasiu, ale żadna najlepsza nawet rada nie pomoże, jeżeli sami w sobie nie znajdziemy siły i motywacji do zmiany.

Sol i Alien pisze...

Ekstra, nazwa Wlewo nam się niesamowicie spodobała... :D Jak kiedyś będziemy w pobliżu, to na pewno tam wpadniemy! :)
Pozdrowionka

Sol i Alien pisze...

PS. Nas takie ludowe imprezy zaczęły ostatnio fascynować... Odwiedzamy jarmarki, kiedy tylko się da... :D Rękodzieło faktycznie robi wrażenie, a odpustowość zanika... ;)

Ruda pisze...

I wtedy na kawę zapraszam do siebie:)