czwartek, 8 listopada 2012

Asterix i Obelix po raz n...

Z okazji "Śród z Orange" wybraliśmy się z K. do kina. Ale że, jak wszyscy wiedzą, jestem hipsterem od czasów, gdy hipsterstwo jeszcze nie istniało, nie poszliśmy na nowego Bonda, jak zatrważająca część kolejki do kasy. O nie! My, jak przystało na poważnych studentów, wybraliśmy się na film pt. "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" w reżyserii Laurenta Tirarda.

Mam do tej serii jakiś taki sentyment - pamiętam jeszcze z jaką niecierpliwością czekało się na kreskówki o losach sympatycznych Galów lecące w TV.
W tej części Obelix odnajduje miłość życia, Asterix marudzi, a Brytyjczycy piją wrzątek. W dodatku twórcy polskich tekstów chyba byli pod ogromnym wrażeniem umiejętności językowych Dżoany Krupy, co jest bardzo dobrze słyszalne w wypowiedziach Brytów i na początku było denerwujące i uciążliwe. A Cezar nie jest Cezarem.

W filmie tym ujęło mnie jednak kilka rzeczy - latający Normanie, Obelix, którego fanką pozostanę chyba dozgonnie oraz suknie Brytyjek. 
Muzyka w tej produkcji była właściwie niezauważalna - wtapiała się w tło, w pamięć zapadł mi tylko jeden utwór.
Znalazło się tam też kilka nawiązań do filmów kultowych, jak np. "Gwiezdne Wojny".
wybraliśmy się na wersję w 3D - był to ostatni seans Asterixa i Obelixa, a wcześniej wybrać się do kina nie mogliśmy. 3D było jednak na tyle subtelne, że odbiór filmu w żaden sposób nie zmieniłby się raczej bez niego. Kilkakrotnie wokół padał śnieg, raz coś chciało mi wybić oko, a poza tym widoczna byłą jedynie przestrzenność nieco głębsza, niż ta w wersji 2D.
Zabrakło mi w tej produkcji czegoś. Film był... rozczarowaniem? Nie, to chyba zbyt mocne słowo. Co prawda daleko mu było do części z Kleopatrą, zagraną przez boską M. Bellucci. Niemniej jednak bawił, obyło się raczej bez płakania ze śmiechu, ale śmialiśmy się w głos dość często, a tego przecież oczekujemy po tego typu obrazach.
 "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" nie jest filmem, o którym powiem: idziecie koniecznie! Jest lekki, zabawny, porusza też temat przyjaźni i robi pod górkę historykom, ale widziałam już w życiu lepsze filmy (gorsze w prawdzie też). Z jego obejrzeniem można jednak poczekać aż pojawi się na DVD albo zastanie wyemitowany na którąś Gwiazdkę w TV.

2 komentarze:

Nie-Matka Polka pisze...

Ja jednak Bonda wybrałam.
Ten filmowy Asterix mi nie podchodzi :/

Chuda pisze...

My chcieliśmy coś lekkiego i zabawnego. A na Bonda było wtedy tyyyyyle ludzi.