środa, 28 listopada 2012

Konkurs z podróżą w tle


Anetapz przypomniała mi o urodzinach ulubionego pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera. Jego książki czytywało się z wypiekami na twarzy w czasach, gdy nie mieliśmy 100 kanałów w telewizji, a wyprawa  po za granice kraju była równie egzotyczna jak lot na Księżyc.
Do fascynacji twórczością Fiedlera przyznaje się też moja ulubiona podróżniczka Beata Pawlikowska.
Właśnie skończyłam czytać kolejną książkę reporterki- prezent urodzinowy od córki i jej chłopaka- „Blondynka w kwiecie lotosu”.

Książka jest zbiorem reportaży z podróży do Azji. Wcześniej wspomnienia te ukazały się w kieszonkowych „Dziennikach z podróży”, które czytuję w pociągu i traktuję jako „książkę wędrującą”.
Na „Blondynkę w kwiecie lotosu” składają się opowieści z Himalajów, Tybetu, Sri Lanki, Indii.
Podróżniczka zachwyca się religią buddyjską, zagląda do hinduistycznych świątyń, kosztuje regionalnych potraw.
W Himalajach zmaga się z własnym zmęczeniem i opisuje piękno  lasu rododendronów.
W Tybecie przypomina o tragicznym losie mieszkających tam Tybetańczyków, żyjących pod jarzmem Chin.
W Sri Lance opowiada o gatunkach herbaty ( to mój ulubiony rozdział) i o tym, jak zbierane są listki tego napoju bogów.
Indie zaś przedstawione są w swoim chaosie i zgiełku , w kontraście bogactwa i biedy, z szczurami i Taj Mahal.
Wszystkie reportaże okraszone dowcipnymi komentarzami i rysunkami autorki oraz zapierającymi dech w piersiach zdjęciami.
Uwielbiam w mgliste jesienne wieczory podróżować z Pawlikowską.
Do tego samego Was zachęcam. Jednocześnie proponuję małą zabawę.  Mam do sprezentowania  „Dziennik z podróży. Blondynka w Himalajach”. 

Wyślę  go do osoby ( wysyłka na terenie Polski), która najdowcipniej opowie  w kilku słowach o swojej podróży bądź wycieczce - w komentarzu do tego posta .
Zabawa trwa do 6 grudnia, godz. 19.00 (ktoś dostanie mikołajkowy prezentJ

13 komentarzy:

Karolina Kuklak pisze...

Dnia pewnego w podstawówce
gdy siedziałam na rogówce
pomyślałam o wycieczce
bułki spakowane w teczce
po to by z samego rana
wskoczyć na swego barana
by dojechać do Trzebiatowa
bo czekała przygoda owa
piękne są tych dni wspomnienia
cieszy się też ciocia Genia
piękną kartkę z Rzymu dostała
po co ten wierszyk z polskiego i tak byłaby pała
Pani Kruczkowska sroga była
lecz mnie córka dziś tak wymęczyła
dla relaksu przed kompem usiadłam
dawno w spokoju kolacji nie jadłam
nędzne są te wypociny
w lipcu mam swe imieniny
wyobraźnię pobudziłam
spodnie właśnie pobrudziłam
ze zmęczenia głowa pęka
w niani słyszę że Ola stęka
więc dobranoc miłe panie
przeczytajcie wierszyk na jutrzejsze śniadanie :)

P.S nie wiedziałam, że mam w sobie uśpione talenty poetyckie :)

Ruda pisze...

Pierwsze koty za płoty!

AmyColl pisze...

miałam się zgłosić, ale zdemotywowałam się na poczatku. Z Tobą się na da wygrać ;)

Ruda pisze...

Oj, próbuj, próbuj;)

asymaka pisze...

a ja spróbuję, kto nie próbuje ten nie ma szansy, sam sobie odbiera tę szansę...
moja najcudowniejsza wycieczka to tegoroczna podróż do Chorwacji, najpierw okazało się, że mamy trzy przesiadki, jeszcze na terenie Polski i że niestety jedziemy piętrowym autokarem, ja i mąż oczywiście na górze, osób razem 72 czy 73, już w tej chwili dobrze nie pamiętam,
pierwszego dnia zwiedziliśmy piękne jeziora, po czym w drodze do hotelu, po około 30 godzinach podróży mieliśmy dotrzeć do hotelu, ale rozleciał się nasz cudowny środek transportu, tzn cały się jeszcze kupy trzymał, z tym, że jakiejś bardzo ważnej śrubki brakowało, a co się z nią stało, nikt nie wiedział? Oczywiście była to niedziela, żadna pomoc nie nadjeżdżała, my w wielkim słońcu, a jedyny cień koło tojtojów! Ekspertów mechaników mieliśmy pół autokaru, drugie pół to były kobiety, ale i one wtrącały swoje trzy grosze, a jakże! Poprawie dwóch godzinach panowie kierowcy coś tam zamiast tej śrubki wkręcili i pojechaliśmy, choć była już opcja rozbierania tojtoja na części, bo może tam znalazłaby się takowa śrubka? Następnego dnia popsuł nam się aparat fotograficzny, akurat podczas rejsu statkiem. Co prawda próbowaliśmy na statku rakiji, ale i to nie uśmierzyło bólu po stracie wielu pięknych zdjęć. Do końca wycieczki robiliśmy fotki telefonami, pamiątka jest! W ostatnim hotelu był basen odkryty, w basenie gorąca woda, z nieba lał zimny deszcz. Wycieczkę wspominam bardzo dobrze, świetnie się bawiliśmy! A jakże!
asymaka.blog.interia.pl
asymaka@o2.pl

asymaka pisze...

zapomniałam dodać, że w drodze powrotnej okazało się, że dach autokaru przecieka, na szczęście nie siedzieliśmy w miejscu gdzie woda po prostu się lała, dwie dziewczyny przed nami nie miały takiego szczęścia i były całe mokre, ale co widziały, co zwiedził! Wspomnień nikt nam nie zabierze!

Ruda pisze...

Oj, takie wyprawy pamięta się najdłużej:)

Klementynka pisze...

Hej Ruda! Jutro postaram się jeszcze wyrobić i wziąć udział w konkursie :) Temat - super. Książka jeszcze lepsza dla osoby, która w odległej przyszłości planuje wybrać się z mężem w Himalaje. Dlatego postaram się jutro przed terminem coś sklecić. Dziś urwanie głowy - obowiązki domowe i zakupy świąteczne :) Pozdrawiam serdecznie :)

Ruda pisze...

:)- czas do 19.00 Powodzenia:)

Klementynka pisze...

Witam!
Jak podałam temat konkursu mężowi, to się uśmiał, ponieważ on najlepiej wie, jaki ze mnie pechowiec wycieczkowy – zawsze coś mi się przytrafi. Dumaliśmy, którą sytuację opisać i już zdecydowałam, którą wybiorę :)
Mój mąż dostał pracę w Holandii, a mi strzeliło do głowy, żeby go odwiedzić. Język angielski znałam tak średniawo, a niderlandzkiego jeszcze wtedy – ni w ząb. Najpierw musiałam wydostać się z mojego rodzinnego miasta. Na Okęcie jedzie się busem 200 km przez 4 godziny. Ludzi było tym razem pełno. Pogoda śliczna, bo koniec maja. Z lekkim poślizgiem ruszyliśmy, ponieważ ktoś się spóźnił. Kierowca na start krzyknął do nas miło:
- No, kochani, to toczymy się teraz na kółeczkach powoli do Warszawy!
Ucieszyłam się, że tym razem trafiłam na takiego sympatycznego kierowcę, bo gburów nie lubię. Ledwie odjechaliśmy kawałek i już się zaczęło. Za moimi plecami młodych chłopak włączył sobie na słuchawkach hip hop, ale tak głośno, że chyba nawet ci na przedzie autobusu słyszeli. Chyba był to jakiś brukowy hip hop, bo tyle „mięsa” i pogardy dla kobiet chyba jeszcze w życiu nie słyszałam. Obok niego siedziała starsza pani. Czasem odwracałam się i zerkałam na nią. Początkowo była szaro-zielona na buzi, potem już jak burak – chyba wszystko się w niej gotowało. Muszę przyznać, że była dzielna, wytrzymała do końca. Po lewej stronie siedział chłopiec i grał w Nintendo, co chwilę wściekając się, że mu nie idzie. A przede mną usadowił się jakiś kilkunastoletni młodzieniec, który jak tylko ruszyliśmy, to usnął. No i zaczął przeraźliwie chrapać. Chyba nie miał też zbytniej kontroli nad ciałem, bo przy każdym wyboju, czy zakręcie, głowa leciała mu w kierunku szyby i uderzał nią. Czasem się ocknął, czasem nie. Obok niego siedziała dziewczyna, jak raz go szturchnęła, to ofuknął się:
- Nie przejmuj się mną, ja tak zawsze śpię.
Tak więc już później go nie budziła. Czułam się jak w fabryce, tu chrapią i walą o szybę, tam hip hop jak z rzeźni i jeszcze odgłosy gierki. Kierowca zaczął narzekać, że tyle jest robót drogowych, że wleczemy się w sznureczku, więc pewnie nie dojedziemy na czas. W tym momencie wstała kobieta z tym chłopczykiem od Nintendo i ruszyła w stronę kierowcy, mówiąc głośno:
- Syneczkowi chce się siusiu. Czy mógłby się Pan gdzieś zatrzymać?
- Wie Pani, to nie osobówka, w krzaki nie zjadę, musimy na razie wyjechać z tego korka, a potem zajadę na pierwszą lepszą stację benzynową.
Kobieta niepocieszona usiadła. Minęło może z 5 minut, znów do niego idzie. Kierowca jej tłumaczy, że nadal nie wyjechaliśmy z korka. Z chwilę krzyczy już ona do niego z siedzenia, że chłopiec mówi, że już nie może i zaraz się zsiusia. Kierowca odpowiada, że jemu też zależy, żeby nie mieć mokrego siedzenia, ale póki co nic nie może zrobić. Niedługo wyjechaliśmy z tego zatoru, znalazła się stacja, zajechaliśmy, a tam okazało się, że akurat jest awaria WC. Ale już jakoś ta kobieta z tym dzieckiem sobie poradziła.
Jedziemy. Po jakimś czasie kierowca zatrzymuje się na przystanku przy jakimś niedużym miasteczku. Do busa ładuje się pijany mężczyzna. Kierowca tłumaczy mu, że w takim stanie nie może być pasażerem i grzecznie prosi, żeby opuścił busa, na co ten człek:
- Ale ja jechać… chcem!
No i dalsza dłuższa dyskusja. W końcu jakiś mężczyzna z busa nie wytrzymał, wstał i krzyczy:
- Chol**a! Ja przez tego gościa spóźnię się na samolot!
Wziął go za fraki, wyprowadził z busa i posadził na ławce na przystanku. Kierowca chyba zawiadomił policję o tym alkoholiku. Pewnie go potem zgarnęli.
Ostatecznie dojechaliśmy na Okęcie z niedużym opóźnieniem. Udałam się do kontroli bagażu podręcznego. Kontroler ściął mnie wzrokiem i wykrzyknął: piissii! Myślę, co on do mnie mówi?! Chyba jakiś zagraniczniak, czy co, bo zalatywało mi coś z angielska. Zapytałam więc ... (nie zmieściło się - kod HTML krzyczy :) tak więc koniec części pierwszej:))

Klementynka pisze...

... po angielsku, co mam zrobić, a on znów: „piissii”. Wściekł się, że nie rozumiem, o czym mówi, po czym otworzył mi laptopa. Wtedy zrozumiałam, że chodziło o PC, czyli tak się określa komputer. Dla mnie komputer to computer i tyle w tej kwestii. Za chwilę zaczęłam pipczeć na bramce. Zapytałam, czy mam przejść, a wtedy tamten od PC się zreflektował, że jestem z Polski i, że niepotrzebnie gadał do angielsku. Już byłam poirytowana tą sytuacją. Jakaś kontrolerka podbiegła do mnie i zaczęła obmacywać, kazali zdjąć buty. Co się okazało? Że w tylnej kieszeni spodni miałam jakiś stary bilet komunikacji miejskiej z hologramem i to on powodował, że maszyny wariowały. Przepuszczono mnie dalej. Odpowiednią bramkę znalazłam bez problemu. W tym momencie nad lotniskiem zaczęła przechodzić jakaś nawałnica. Byłam zaskoczona, bo jeszcze chwilę wcześniej było gorąco i świeciło słońce. Zajęłam miejsce w przedostatnim rzędzie w samolocie i ruszyliśmy. Samolot wleciał w chmury i zaczęły się turbulencje. Nie byle jakie. Rzucało nami z pół godziny, stewardessy nie mogły wstać ze swoich miejsc, siedziały kawałek za mną. Samolot był zapełniony do ostatniego miejsca, prawie sami Polacy. Jakiś chłopak zapytał z miejsca stewardessę, czy to się często zdarza. Ona na to, że tak silne turbulencje zdarzają się bardzo rzadko. Mężczyzna obok mnie zaczął się modlić. Nagle coś zaczęło przede mną ostro piszczeć, jak alarm przy awarii. Zlokalizowałam, że to gdzieś o 2 miejsca przede mną. Starsza kobieta, która tam siedziała, wyjęła komórkę i oznajmiła mężowi, że alarm się w niej włączył, bo pora połknąć tabletkę. Myślałam, że ją rozszarpię, byłam przekonana, że to jakiś alarm z samolotu. Nadlecieliśmy nad terytorium Niemiec i stopniowo pogoda się poprawiała. Dziewczynka przede mną, na oko z pięcioletnia zaczęła dość intensywnie i konsekwentnie puszczać bąki. Myślałam, że jej mama zwróci jej uwagę, ale nic – może był to dla niej standard. Odezwałam się, to przygadała mi, że mam lepiej patrzeć na siebie. Przed samym lądowaniem, kiedy już był sygnał zapięcia pasów, namyśliła się, żeby jednak wybrać się z córką do toalety. Wtedy stewardessa zaprotestowała, wywiązała się mała kłótnia. Wtedy jeszcze z przodu samolotu wstał jakiś mężczyzna i na pytanie, co robi, też odparł, że wybiera się do toalety. No i zaczęły się przekomarzania miedzy personelem, a pasażerami. W końcu wszyscy posiadali. Przy lądowaniu oczywiście usłyszałam gromkie brama. Wypuścili nas, a jakiś młody Anglik powiedział z przekąsem do swej dziewczyny, że jeszcze tak nie latał i, że to było „ciekawe” doświadczenie. Było mi wstyd za rodaków. Potem nie mogłam znaleźć mego bagażu. Były tylko dwie taśmy, bo małe lotnisko, ale jakoś oznaczenie felerne. Małe pomieszczenie, a wielki tłum. Nagle okazało się, że po taśmie jeździ tylko mój bagaż :) Zabrałam i poszłam szukać stoiska, w którym ponoć mieli sprzedać bilety komunikacji miejskiej. Okazało się, że dziś ekipa ma wolne i można kupić tylko w automatach. Te, jak się potem dowiedziałam od Koreańczyków, też tego dnia nie działały. Dowiedziałam się, że bilet można kupić u kierowcy (o tym zresztą czytałam wcześniej w przewodnikach) i z automatu już w busie. Podjechał autobus, weszłam z bagażem, idę do automatu, a okazuje się, że on przyjmuje tylko monety. Miałam 10 euro w papierku i 1 euro w monecie, a trzeba było 1,20 euro, czyli brakowało mi 20 centów :D Podeszłam do kierowcy i zapytałam po angielsku, czy mogę kupić o niego bilet. Odpowiedział mi nieprzyjemnie, że on nie jest do rozmieniania pieniędzy, a biletów nie sprzedaje. Oprócz mnie jechał jeszcze tylko 1 Holender, który zaoferował mi pomoc, ale powiedział, że też nie ma drobnych, więc nie pomoże. Nastraszył mnie, że na tej trasie często są kontrolerzy i, że nie radzi mi jechać bez biletu. Na pierwszym przystanku kierowca się nie zatrzymał, mimo że dwoje ludzi energicznie do niego machało. Może uznał, że nie warto :D Chyba miał też zły dzień. Zatrzymał się dopiero na drugim. I tam wściekła wyszłam...(koniec części drugiej:))

Klementynka pisze...

... Zdjęłam kurtkę, bo tu akurat była pogoda typowo letnia, na okolicznej fabryce wisiał wyświetlacz z informacją, że aktualnie jest 35 stopni. Normalnie nie wierzyłam. Tam, gdzie wysiadłam, były jakieś obrzeża miasta. Szeroka droga szybkiego ruchu, drogi rowerowe i fabryki. Żywej duszy, ani sklepu, ani nawet chodnika. Zdecydowałam się wrócić pieszo te 2 przystanki. Musiałam zejść z tobołami po schodach z wiaduktu i iść po drodze rowerowej. Rowerzyści na mnie dzwonili, ludzie z samochodów patrzyli. A ja odpływałam już od nerwów i gorąca. Jakoś tam doszłam i trafiłam o dziwo. W dwóch sklepikach na lotnisku dowiedziałam się, że pieniędzy nie rozmieniają. Już chciałam coś na siłę kupić, gdy ktoś mi podpowiedział, że na zewnątrz jest kantor i tam rozmieniają. Wyszłam, pokręciłam się i faktycznie znalazłam ten kantor – maleńką kanciapkę. Poprosiłam o rozmienienie, po czym stwierdziłam, że nie mam portfela. Ani w spodniach, ani w plecaku. Wpadłam w popłoch. Zadzwoniłam do męża, ten też przestraszony. Nie mógł mi pomóc, bo jeszcze był w pracy. Niestety w tym momencie musiałam poradzić sobie sama. Zeszłam na bok i na ile się dało, na spokojnie, przejrzałam plecak. Coś mnie tknęło, żeby wyjąć tę kurtkę, którą wcześniej schowałam na przystanku. Okazało się, że w tych nerwach mechanicznie wrzuciłam portfel do kieszeni kurtki, a kurtkę do plecaka, jak było gorąco. Kobieta z okienka patrzyła na mnie, jak na dziwadło. Piekły mnie policzki, więc pewnie byłam całą czerwona na twarzy z tych emocji. Rozmieniła, ale potrąciła 50 centów za „usługę” :D Śmiać mi się chciało, ale najważniejsze, że już miałam rozmienione. Automaty na przystanku nadal nie działały, ale już mogłam kupić w automacie w busie. Tak zrobiłam, wreszcie się udało! Za plecami zaczęły mi się na chama przeciskać jakieś dziewczyny. Jeszcze coś burknęły, że stoję w przejściu. Przecież musiałam jakoś kupić bilet. Uff… ruszyliśmy. Pół godziny jechaliśmy po terenach przemysłowych, aż dotarliśmy na dworzec. Tam już na szczęście obyło się bez problemów, kupiłam bilet i wsiadłam do pociągu, którym miałam jechać godzinę, już bezpośrednio do miejscowości celowej. Wcześniej kupiłam jakieś picie, bo czułam, że zaraz zemdleję od odwodnienia. Całą drogę przyglądała mi się jakaś Holenderka, ja już wpadłam w jakąś obojętność, w niebyt ;) Postawiłam obok siebie moją torbę, bo nie było tam takich dużych miejsc na bagaże, a wagon wyglądał, jak w samolocie, rzędy siedzeń. Wiele osób stawiało bagaże obok siebie, zrobiłam tak i ja. Dojeżdżaliśmy do jakiejś stacji. Wstała jakaś Holenderka z kozaczkach (upał!) na cienkim, wysokim obcasie. Pociągiem troszkę zarzuciło, zaczepiła się o czyjąś nogę, wpadła na mój bagaż i usłyszałam huk uderzających kolan o podłogę. Pomogliśmy wszyscy jej wstać, chyba się potłukła, ale nic więcej się nie stało. Wyszła sama. Ludzie chyba myśleli, że to przez mój bagaż, coś do mnie gadali nieprzyjemnie po niderlandzku, a ja nie mogłam odpowiedzieć, bo nic nie rozumiałam. Wysiadłam na stacji docelowej. Mąż wcześniej dzwonił, że mnie odbierze, bo już jest po pracy. Wysiadłam i zobaczyłam, jak zmierza w moim kierunku. W tym momencie usłyszałam charakterystyczne dzwonki i zaczął opuszczać się szlaban przed moim nosem. Koniec końców – ja stałam po jednej stronie, mąż po drugiej stronie torów. Wymieniliśmy tylko uśmiechy, pomachaliśmy łapkami i za chwilę na tory wjechał długi pociąg towarowy. I… przez 10 minut jeździł to w tę, to w tę, do przodu i do tyłu. Jakiś Polak obok mnie krzyknął: „Uchlał się, czy co?! Niech on się zdecyduje – wjeżdża, czy nie!” Pojechał w końcu, szlabany się podniosły, a ja szczęśliwa padłam w ramiona męża. Wreszcie mogłam się pozbyć tobołów. Byłam wykończona. Na myśl, że za tydzień czeka mnie podróż powrotna, robiło mi się słabo. Na szczęście powrót był już dużo spokojniejszy, przede wszystkim wiedziałam co, gdzie i jak :D
Pozdrawiam :)
Małgosia
dziecina1@o2.pl

Ruda pisze...

Jest kilka minut po 19.00 zamykamy konkurs . JUry w skąłdzie Chuda,Ruda i Marzenka zbiera się na naradzie. Wyniki jutro o 19.00:)