środa, 5 grudnia 2012

Norwegia

Do Norwegii zaproszona zostałam przez K. w lipcu. Pojechaliśmy na cztery dni, z czego dwa spędziliśmy w trasie. Dwudziestoczterogodzinna jazda przez Niemcy, Szwecję i Norwegię należy do naprawdę męczących przeżyć, nawet jeżeli za kierownicą nie siedziałam ja. W czasie samej podróży przeczytałam chyba ze dwie książki i dokończyłam dwie suknie słowiańskie.
Pierwszego dnia wyjechaliśmy ok. 3 w nocy z domu, pierwszej części jazdy właściwie nie pamiętam - poszłam spać. Pamiętam natomiast przeprawę promową przez Bałtyk - było pochmurno, szaro, zimno i mżyło, więc zdecydowaliśmy się z K. tylko na krótki spacer na zewnątrz. Czym dalej jednak na północ, tym pogoda stawała się piękniejsza i gdy późnym popołudniem (dane ze zdjęć twierdzą, ze była to 20!) dotarliśmy do Oslo pogoda była piękna - świeciło słońce, chociaż temperatura była taka...wrześniowa w moim odczuciu. W stolicy Norwegii spędziliśmy ok. godziny na spacerze po czym ruszyliśmy w dalszą trasę. Dopóki było jasno, dopóty coś widziała, później poszłam spać i obudziłam się dopiero, gdy dojechaliśmy na miejsce...o godzinie 3 nad ranem było szaro - jak się okazało kolejnej nocy był to czas, gdy naprawdę całkiem ciemno nie robiło się ani na chwilę.
Podczas jazdy w oczy rzuciły mi się niezwykłe formacje skalne - dokładnie widać było sąsiadujące ze sobą warstwy, ba! prześledzić można było przebieganie dawnych kominów!
Większą część kolejnego dnia przespaliśmy. Gdy tata K. wrócił z pracy, postanowił pokazać nam Trondheim - miasto położone na dalekiej Północy nad największym z norweskich fiordów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od muzeum, skansenu, w którym zebrane został m.in. dawne, tradycyjnie budowane domy wraz z wyposażeniem. Następnie wybraliśmy się do wieży telewizyjnej, z której zobaczyć można całe miasto. Kolejnym punktem programu były "forty" (miejsce tak nazywane przez tatę K.) - budynek umiejscowiony na wzgórzu o wyraźnej funkcji obronnej. Później wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście oraz na wzgórze nad samym fiordem - tak pięknych krajobrazów dawno nie widziałam.
Drugiego dnia zwiedziliśmy wyspę nieopodal Trondheim, która niegdyś pełniła przeróżne funkcje - najpierw znajdował się tam klasztor, później więzienie, ostatecznie zaś jeden z punktów obronnych.
Na tym zakończyliśmy ekspresowe zwiedzanie najciekawszych, zdaniem pana Jarka, miejsc w Trondheim i wróciliśmy do domu pakować się i przygotować do podróży.

Wyjechaliśmy szarym świtem i z drogi powrotnej mamy chyba najwięcej zdjęć - aparat dostał się w moje łapki, a ja próbowałam uchwycić każdą kaskadę, każdy szczyt, kotlinę, łachę śniegu, czy jezioro... oraz setki innych elementów krajobrazu (łącznie z mostami i wiaduktami). Norweskie GÓRY zrobiły na mnie przeogromne wrażenie - są monumentalne, surowe, groźne. Wiszą nad miasteczkami i wsiami niczym niemi obserwatorzy, którzy w każdej chwili mogą zmieść z powierzchni ziemi ludzi wraz z ich domami, samochodami i gospodarstwami. Góry pocięte są setkami potoków, płynących z nigdy nietopniejących łach śniegu (czy to już lodowiec?), potoki spadają tysiącami mniejszych i większych kaskad czy wodospadów. Jadąc mieliśmy często z jednej strony skalną ścianę, z drugiej urwisko i potok - człowiek czuje się tam naprawdę maleńki. Ale jednocześnie te krajobrazy mają w sobie obietnicę swobody, czystości, kontaktu z naturą w jej prawdziwie dziewiczym wydaniu.
Stwierdzam odważnie - jeżeli będę kiedyś bardzo bogata, to zamieszkam w Norwegii, w tych Górach, nad tymi Fiordami. (dużo pieniędzy, bo tam wszystko jest kilkakrotnie droższe niż w Polsce). 
A zdjęcia tu.

2 komentarze:

jak schudnąć pisze...

tylko pozazdrościć takiej wycieczki, też bym tak chciała

Chuda pisze...

I nasz Polska potrafi być piękna - co uparcie pokazujemy od jakiegoś czasu. A do Skandynawii wcale tak daleko nie jest. ;)