sobota, 31 marca 2012

Empikowe upominki

Jak w którym wcześniejszym poście zostało napisane, w naszym posiadaniu znalazła się karta do Empiku. W związku z tym moja prywatna biblioteczka wzbogaciła się o kolejną pozycję. Ty razem jest to książka dotycząca pewnego rodzaju wierzeń. Postanowiłam Wam przybliżyć ją nieco.
"Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach" Paweł Zych i Witold Vargas, nakładem wydawnictwa BOSZ.


Książkę zamówiłam do Empiku przez internet i odebrałam w okienku między zajęciami - to był błąd - zamiast skupić się na wykładzie pogrążyłam się w powierzchownej lekturze. A właściwie nawet nie treść mnie wtedy zajęła, a ilustracje. Swoją recenzję zacznę bowiem niekonwencjonalnie - od omówienia ilustracji. Bestiariusz, a więc spis potworów, straszydeł, ale i stworzeń przyjaznych gnieżdżących się w bogactwie słowiańskich wierzeń, wydany został w sposób bardzo przystępny - większość stworzeń w nim opisanych opatrzona jest stosowną ilustracją. Obrazki zdecydowanie przypadły mi do gustu - w sposób ciekawy interpretują danego stwora, pozostawiając jednak pole do popisu wyobraźni czytelnika.
Co do treści zawartych w książce - część zawartych w Bestiariuszu stworzeń była mi wcześniej znana, z częścią spotkałam się po raz pierwszy. Opisy są napisane językiem lekkim, w sposób bardzo przystępny, sądzę więc, że "Bestiariusz" w wyborze może stać się alternatywą dla bajek czytanych dzieciom na dobranoc. Ciekawym zabiegiem, moim zdaniem, jest umieszczenie w niektórych miejscach pewnych kontekstów kulturowych czy notatek dot. danego stworzenia. I tak np. przy haśle "Dziady" odnajdujemy fragment dramatu Mickiewicza o znanym wszystkim tytule.
Moim ulubionym fragmentem stało się hasło "Wiła", a to za sprawą jakże interesującego opisu owych stworzeń, z którego wynika, że brakuje mi już tylko raciczek i mogłabym zatańcowywać kawalerów na leśnych polanach... :)
Sądzę, że jest to pozycja godna polecenia każdemu zainteresowanemu tematem wierzeń ludowych, kto gotów jest spojrzeć na nie z przymrużeniem oka, ale też osobom mającym dosyć sztampowych baśni czy bajek, bądź poszukującym np. źródeł inspiracji niejednego z polskich pisarzy (z A. Sapkowskim na czele). :)



środa, 28 marca 2012

Królewna Śnieżka

Królewna Śnieżka, która nie zjada jabłka, krasnale które są olbrzymami i książę bez spodni. Tak mniej więcej wygląda nowa ekranizacja znanej baśni, którą od 16 marca można zobaczyć w naszych kinach. W zeszłą sobotę wybrałyśmy się we trójkę do Multikina w Galerii Handlowej Galaxy. Oprócz nas na sali było też sporo dzieci, których rodzice raczej niedokładnie przeczytali recenzje. Film jest skierowany raczej do nastolatków i zdziecinniałych dorosłych. Scenarzyści (a może to tłumacze…?) bowiem zafundowali nam dużą dawkę niebanalnego humoru bogatego w dwuznaczności. Razem z Rudą i Chudą chichrałyśmy cały film, jako jedne z niewielu. Część widzów zapewne miało już nas dość, gdyż momentami wszystkie trzy gwałtownie parskałyśmy śmiechem, mimo że pozostali nie widzieli w scenie nic zabawnego. Mamy to do siebie, że jesteśmy wyczulone na wszelkie smaczki w dialogach, do tego posiadamy podobne poczucie humoru.
Wizualnie natomiast mamy do czynienia z ogromną ilością przepięknych strojów (choć Chuda jako wielbicielka gorsetów cały czas marudziła, że suknie są za mało wytaliowane), niesamowitymi zdjęciami lasów i jezior w zimowej szacie oraz Lily Collins w roli głównej. Siostra zwróciła uwagę, że została wystylizowana na Arudey Tautou. Faktycznie można zauważyć pewne podobieństwo, chociażby wyraźne, ciemne brwi. I wskazówka dla tych, którzy planują się na film wybrać: polecamy nie wychodzić jak tylko zapalą się światła, bo końcówka jest przezabawna, a jedynie my jej nie opuściłyśmy, wyszłyśmy z sali jako ostatnie, spłakane ze śmiechu. Jednocześnie po raz kolejny stwierdzilyśmy, że lubimy bajki i zaplanowałyśmy kilka następnych wizyt w kinie- zwłaszcza, że obejrzałyśmy zapowiedzi” Madagaskaru 3”, „Epoki Lodowcowej 4” i „Piratów!”.
A po kinie… trzeba zjeść coś dobrego! Udałyśmy się więc do cukierni Castellari mieszczącej się na parterze galerii. Tuż obok jest scena, na której odbywał się pokaz mody nowych kolekcji w popularnych sklepach, więc usiadłyśmy zwrócone w jej stronę, oglądając bardziej i mniej udane kreacje. Razem z Chudą zamówiłam torcik tiramisu, Ruda natomiast sernik. Do picia wzięłam ulubiony koktajl truskawkowy, a dziewczyny herbaty. Dostały je w takich śmiesznych zaparzaczach. Co do słodkości – torcik był dobry, ale jako fanka tiramisu żałowałam, że nie poprosiłam o deser, gdyż w cieście nie użyto sera mascarpone, a bez niego to już nie to samo. Zasłodzone i nagadane ruszyłyśmy na tramwaj, gdyż wkrótce z Rudą wracałyśmy do domu.

poniedziałek, 26 marca 2012

Zielona zapiekanka wg Chudej

        W czasie piątkowego spaceru podsumowałyśmy z Rudą blisko miesięczną działalność bloga. Odwiedziliście nas już ponad 1 100 razy, napisaliście wspólnie z nami około 40 komentarzy pod 10 opublikowanymi postami. Dziękujemy Wam za to i mamy nadzieję, że będziecie towarzyszyć nam dalej. Aby to osiągnąć przeanalizowałyśmy z Rudą, kto jest naszym stałym czytelnikiem - mama wyliczała po kolei stałych odwiedzających i zakres ich zainteresowań. Uznałyśmy, że trzeba o Was zadbać, postaramy się więc umieszczać więcej wpisów tematycznych, nieopierających się tylko na naszych rodzinnych rozmówkach. Ale i takich rozmów zabraknąć nie może - po to bowiem powstał ten blog - aby podzielić się z Wami naszymi spostrzeżeniami i niejednokrotnie zabawnymi sytuacjami z życia.

niedziela, 25 marca 2012

Szczecin da się lubić!


Szczecin da się lubić!
              Pod takim właśnie hasłem upłynął piątkowy spacer z mamą po Szczecinie właśnie. Rozpoczęło się od parków, których w tym mieście przecież nie brakuje – skwer na skwerze skwerem popychany. Jeżeli nie ma skweru, to jest chociażby aleja wysadzana drzewami. Poza tym wystarczy przecież opuścić ścisłe centrum by trafić najpierw do Lasku Arkońskiego, a kawałek dalej znaleźć się w całkiem regularnej puszczy. Wkrzańskiej. Czego, jak czego – zieleni w stolicy zachodniopomorskiego nie brakuje. Kolejnym poruszonym tematem była starówka. Tak, tak... już słyszę podnoszące się głosy „Szczecin nie ma starówki!” - słyszałam to nawet od rodowitych szczecinian. Szczecin nie ma starówki? Wobec tego wszelkie te secesyjne kamieniczki zawieszone są w próżni. Co prawda niejednokrotnie „ozdobione” są zniszczonymi ozdobami tynkowymi i sąsiedztwem bloków z wielkiej płyty, ale nie zmienia to faktu, że istnieją. Jedynym czego Szczecin nie ma, jest rynek – taki jak np. wrocławski – brak tu dużego centralnego placu. Ale mamy przecież Błonia. Mamy Wały Chrobrego (gdzie zresztą wypiłyśmy w piątek w bardzo przyjemnej atmosferze herbatę). 

       Ponadto ze Szczecinem wiążą się jeszcze inne miłe aspekty – posiada wszystkie wyznaczniki tzw.„dużego miasta”: bogatszą ofertę kulturalną, uniwersytety i szkoły wyższe, kawiarenki, centra handlowe z wyprzedażami, ogromną ilość second-handów, odpowiednią ilość dziwnych ludzi itp. Mimo to jest przecież miastem właściwie niedużym – gdy ktoś jest szczęściarzem i mieszka w centrum to wszędzie ma blisko.
 Wciąż posiada także tzw. miejsca kultowe. I podczas piątkowego spaceru jedno z takim miejsc odwiedziłyśmy. Bar Turysty to miejsce, gdzie Ruda chodziła na obiady w czasie studiów. I też tam obiad zjadłyśmy. Za oba mama zapłaciła 10 zł. Obiad naprawdę był smaczny, a atmosfera miejsca niezwykła. Wyjątkowa mieszanka ludzi tam jedzących – od zasuszonych emerytów, poprzez pracownice z sąsiedniej Kaskady, na Panach Profesorach skończywszy (nie wiem czy byli profesorami, ale wyglądali bardzo poważnie, więc w rozmowie tak ich określiłyśmy). Ruda westchnęła z rozrzewnieniem:
- Tu się nic nie zmieniło od tych 20 lat... - I pogrążywszy się we wspomnieniach pałaszowała swoje naleśniki.
- Czuję się jak hipster. - Stwierdziłam w odpowiedzi. - Mam na sobie hipsterską kiecę, a miejsce też nie należy do mainstreamowych. 
Ruda uśmiechnęła się i kontynuowała konsumpcję naleśników z serem. Ja z równym zapałem podeszłam do krokietów – były naprawdę dobre.
          Nasz spacer nie mógł się jednak obyć bez małych zakupów – buty (new look) upolowane na wyprzedaży idealnie pasują do długich spódnic – ta ze zdjęcia jest zapewne starsza niż ja. :)
Cudne zdjecia Szczecina znajdziecie na blogu naszej znajomej szczecińskiej rowerzystki :

poniedziałek, 19 marca 2012

Naszym Panom też się coś należy

Wczoraj zapadła decyzja- skoro w Kołobrzegu grają Klossa, to trzeba koniecznie jechać. Początkowo zapowiadał sie pełen samochód chętnych na wyjazd, ale pojechałiśmy we troje- tym razem dominowali moi mężczyźni. Przyjechali po mnie do pracy i wspólnie wybraliśmy się do Kołobrzegu. Przed seansem odwiedziliśmy jeszcze cukiernię Gruszeckich, których słodkości słyną w całym mieście. Moi Panowie nie odmówili sobie przyjemności wypicia dobrej kawy i zjedzenia ciastka. Zarówno tiramisu w formie walca, jak i ciastko węgierskie ( czekoladowe ciasto, takiż krem, do tego wiśnie) spełniły oczekiwania. Ja tym razem poprzestałam na herbatce- przed samym wyjazdem zdążyłam zjeść kanapkę. 

Kino prawie puste - tylko w sezonie trzeba wcześniej rezerwować miejsce. Film, cóż bywałam na lepszych. Pomysł był niezły- polski  Indiana Jones poszukujący Bursztynowej Komnaty.Niestety, wykonanie, takie jak zawsze.
- Nie było muzyki z serialu- utyskiwał Mąż.
- Klimatu nie trzyma- wzdychał syn mający świeżo w pamięci "W ciemności". 
Oczekiwania wobec filmu były dużo większe. Obejrzeć się dało, Stara gwardia aktorska dała z siebie wszystko,ale  dłużyzny niemiłosierne, taka sobie gra aktorska, "nie ta muzyka" sprawiły nam zawód. 
I jeszcze jedna refleksja- ileż u nas jeszcze takich "wojennych scenerii". Wystarczy wyjść poza centrum miasta i już można wojnę bez przygotowania kręcić. 

czwartek, 15 marca 2012

Spaghetti i rówieśnicy.

Spaghetti jest moją ulubioną potrawą. Zwłaszcza to, które robi Ruda, a od niedawna i ja, bo się nauczyłam. Kiedy tylko się da podsuwam mamie tą potrawę podczas planowania posiłków na najbliższe dni. Wczoraj wspólnie ją przyrządzałyśmy. Rzeczy, których potrzebowałyśmy to:

500g mięsa mielonego

500ml domowego przecieru pomidorowego

Wszelkie warzywa z lodówki

500g makaronu spaghetti

Ser żółty

Zaczęłyśmy od zesmażenia mięsa na patelni. Chwilę to trwa, cały tłuszcz musi się wytopić, a mięso zarumienić i pozbijać w grudki. Następnie dodałyśmy przeciery pomidorowe i warzywa pocięte w kostkę lub starte. My użyłyśmy papryki, marchewki, pora, ogórków z octu, cebuli, selera i czosnku. Nadaje się również groszek i kukurydza. Teraz pozostało nam tylko czekać aż mięso przejdzie przecierem, a cebulka się zeszkli, co jakiś czas dolewając wody, co by sos nie wyszedł za gęsty. 

Dzisiaj po powrocie ze szkoły zgrzałam wczoraj przygotowany sos, polałam nim wcześniej ugotowany makaron i wszystko posypałam startym serem. Smakowało wyśmienicie, jak zawsze. Ta potrawa ma jedną wadę: w zastraszającym tempie znika z talerza.



Oczywiście wspólne kucharzenie jest idealną okazją do porozmawiania. Poruszyłam temat „normalnych” ludzi w moim wieku. Mam odczucie, że mimo tego samego roku urodzenia posunęłam się nieco dalej w rozwoju od moich rówieśników. Brzmi nieco narcystycznie, ale taka jest prawda. Żeby dla niemal dorosłych ludzi świetnym dowcipem były słowa „pochwa” i „prącie” poruszane na lekcji biologii przy omawianiu układu rozrodczego?! I pomyśleć, że za rok te osoby będą wybierały nasz rząd i jeździły samochodami po naszych drogach… Przerażające.

Po za tym jakoś przy udziale Brata wyszedł temat sukcesu rodziców. Że nie polega on tylko na wychowaniu dziecka, które dobrze się uczy, ale dziecka, które lubi się uczyć. Uważamy, że Rudej to wyszło. Może nie wszyscy zawsze odrabialiśmy zadania domowe, ale cała nasza trójka czerpała przyjemność ze zdobywania wiedzy i z satysfakcji temu towarzyszącej.

Ach, no i czym by było przesiadywanie w kuchni bez herbaty? Obie piłyśmy jaśminową, z tym że ja jak na grzesznika przystało – z cukrem. Uznałyśmy, że żeby moja zbrodnia nie była taka straszna musimy kupić brązowy cukier – specjalnie do moich herbat.


Muzyka łączy pokolenia.


d i je

wtorek, 13 marca 2012

Między herbatą a ciastkiem

Zaczęło się od Karty podarunkowej do EMPIK-u , którą wygrałam w jakimś konkursie. Kwota do wydania była spora, więc cała rodzina po kolei buszowała z owa karta po księgarni realizując swoje skryte marzenia czytelnicze lub muzyczne. Naszym „łupem” padły 4 książki, jedno pióro, jeden długopis, trzy płyty, dwa magnesy na lodówkę. Pod koniec szaleństwa okazało się, że… na karcie nadal jest kilka złotych, które koniecznie trzeba wydać. Z Chudą zrobiłyśmy więc dosyć zaskakujący zakup: dwa arkusze jaskrawego filcu: różowy i zielony. W pełni usatysfakcjonowane udałyśmy się do kawiarni Cafe Club, aby w spokoju upajać się udanymi zakupami, bo chociaż Kasia Tusk na swoim blogu obwieściła koniec sezonu wyprzedaży, nam udało się jeszcze kilku przecen skorzystać- Chuda w Cubusie wypatrzyła biżuterię w promocji kup 3 za 39,90, a ja wzbogaciłam się o bordową bluzkę pasującą do moich ulubionych rajstop. (nikt chyba nie przypuszczał, że po dwóch godzinach w galerii „Kaskada” w Szczecinie miałyśmy w torbach tylko filc).

W kawiarni opadłyśmy na ulubione miękkie sofy i z lubością wciągnęłyśmy niesamowite słodkości: tort francuski i tort royal. Pierwszy to połączenie kilku zupełnie zaskakujących warstw: kokosu, biszkoptów z miodem, kremów, ciasta biszkoptowego, białej czekolady i dżemu porzeczkowego. Tort royal zachwyca ogromną ilością gorzkiej czekolady z ciemnym biszkoptem, kremem czekoladowym i wiśniami.  Do ciast zamówiłyśmy herbatę: Chuda -owocową mandarynkową, ja - Senchę egzotyczną. Zdecydowanie jednak wolę smak Senchy winogronowej.
        W Cafe Club herbatę podaje się w koszyczku do zaparzania, który wkłada się do sporego szklanego kubka. Gość otrzymuje informacje, jak długo należy parzyć wybrany gatunek herbaty, co dla laika jest istotną informacją.  Generalnie wolę herbatę pić z filiżanki a wodę otrzymać w sporym dzbanuszku, ale takie podanie też nie jest złe.
    Największym plusem Cafe Club (po za kartą klubową dającą 10% rabatu) są jednak niezwykle wygodne sofy, które sprzyjają wypoczynkowi, a ten , jak już wspomniałam, był nam niezwykle potrzebny. 
- Z filcu zrobimy torebki- zagaiła rozmowę Chuda, gdy już zasiadłyśmy przy stoliku w głębi lokalu.
- I ozdobimy wielkimi kwiatkami, przynajmniej ja swoją tak ozdobię…- rozmarzyłam się, w wyobraźni widząc już swoje dzieło.
- E… moja będzie z małymi kwiatuszkami. Możemy zacząć już dzisiaj. Igły do filcowania mam w domu.- zapaliła się do pracy Chuda.
Dalej rozmawiałyśmy o sposobach wykończenia, długości paska i innych detalach naszych nieistniejących torebek. Nie wiem, do czego doszłybyśmy w naszych rozważaniach, gdyby nie to, że… wielkie kawały tortu zostały pochłonięte, a herbata wypita. Należało więc wstać i ruszyć do domu, aby zacząć realizację ambitnych planów. 
A to wyniknęło z naszych planów (przynajmniej z moich) 

niedziela, 11 marca 2012

Pizza w mieście i moda na "sesyjki"

Korzystając z przyjazdu Rudej wraz z wydrukowanym kuponem zniżkowym do Szczecina, wybraliśmy się do pizzerii "Vinci" przy placu Odrodzenia Gdyby nie ów kupon zapewne w życiu nie zwróciłabym nawet uwagi na ukryty lokal - z ulicy widoczne są tylko drzwi i niewielka reklama postawiona nieco w głębi. Nastawiona trochę negatywne umiejscowieniem pizzerii tuż koło salonu gier miło się zdziwiłam, wszedłszy do środka. Lokal mieści się w piwnicy, zaaranżowanej w bardzo przyjemny sposób. Co prawda pierwszą moją refleksją było "Fajne miejsce na pub". Dla Rudej zapewne sporym atutem było miejsce przed lokalem, gdzie bez problemu mogła przypiąć swój rower.
Byliśmy jedynymi gośćmi w porze obiadowej, więc wybraliśmy najbardziej dogodny stolik i przystąpiliśmy do kompletowania naszego zamówienia. Pierwszym problemem okazały się moje i mego lubego preferencje smakowe: on chce mięcho, a ja zielone. Problem szybko został rozwiązany - istniała możliwość zamówienia pizzy w połowie jednego rodzaju i w połowie rodzaju innego. Do pizzy zamówiłyśmy z Rudą herbatę, luby jak zwykle roztwór chemiczny, powszechnie zwany Pepsi. Po chwili zostały podane filiżanki z wrzątkiem, herbata w torebkach, cytryna, cukier i... ciasteczko - czego nie spodziewałam się po pizzerii.
Sama pizza zaliczona została przeze mnie do tych normalnych - była smaczna, miała odpowiednie składniki itp, ale szału nie było. Z drugiej strony nie kapała z niej woda ani tłuszcz, była dobrze przyprawiona i odpowiedniej wielkości w stosunku do ceny.
Niezjedzone przez nas kawałki (nie byliśmy w stanie wcisnąć w siebie takiej ilości jedzenia), zostały nam bez problemu zapakowane w pudełko na wynos.
Do tej pizzerii zajrzymy jeszcze z pewnością - przed wyjściem otrzymaliśmy kolejny kupon rabatowy
uprawniający do duuużej zniżki. ;)
A teraz, by tradycji stało się zadość - wyimek z rozmówek różnych. W rolach głównych - Ruda i Chuda (czyli ja).
Wracałyśmy sobie spokojnie z Kaskady, spacerkiem do mojego szczecińskiego lokum i nawinął się nam temat mód wśród młodzieży. Ale nie mód na dane buty, czy kolory, a na zachowania.
Ruda rzuciła uwagą:
- Ostatnio poruszyłam w pracy temat mody młodzieżowej i dodałam, że dzisiejszym jej przejawem jest np. fotografia. Dziewczynki robią sobie wzajemnie zdjęcia. Czasem są to naprawdę ładne fotografie. Umieszczają je na portalach społecznościowych, chwaląc się swoimi pracami.
Przytaknęłam jej i spojrzałam z zainteresowaniem, wszak temat mi bliski.
- I wyobraź sobie - ciągnie dalej Ruda - że jedna z moich znajomych prawie gotowa była zabronić córce robienia tych zdjęć! Musiałam tłumaczyć jej, że nie ma w tym nic negatywnego, że akurat jej córce jest to bardzo potrzebne, by znalazła sobie pasję, gdy nie może uprawiać sportu.
Znowu inteligentnie kiwnęłam głową, dziewczynka bowiem jest chora i pomimo wcześniejszych sukcesów nie ma możliwości oddawać się tej pasji.
- Ogólnie sądzę, ze jest to pozytywny przejaw aktywności jakiejkolwiek. - Dodałam mądrze. - Dzieciaki wychodzą z domu, muszą kreatywnie myśleć: ile można zrobić koleżankom takich samych sesyjek? W końcu dziewczyny zaczynają kombinować - a może by się umalować, przebrać...?
- I potrzebują akceptacji tego, co robią, - wtrąciła Ruda - dlatego umieszczają to na portalach społecznościowych.
- No tak. Każdy lubi przecież się dowiedzieć, że to co robi jest ładne, ciekawe i coś wnosi do świata i życia innych ludzi. Przecież nie pozuję do zdjęć tylko po to, by mieć ładne zdjęcia. Pozuję i wrzucam je w różne miejsca, by móc sobie poczytać, jaka jestem piękna i cudowna. - Moja zawyżona samoocena z całą gwałtownością doszła do głosu.
- Niestety rodzice chyba często nie wiedzą co dzieci robią w internecie. Boją się niebezpieczeństw czyhających na ich pociechy. Nie dostrzegają możliwości, jakie owo medium daje. No bo pomyśl - ja wchodzę na któryś z twoich profili na portalach społecznościowych, czytam opisy i wiem, że wszystko jest ok.albo czytam opis na gg pozostałej dwójki, tak jak dzisiaj rano i nie muszę się martwić. - Podsumowała nasze rozważania Ruda.
Wniosek na dziś - każda pasja zakładająca aktywność jest dobra. A internet poza zagrożeniami niesie ze sobą wiele możliwości - również takie, o których się nie wspomina.

sobota, 10 marca 2012

Herbata z kapusty pekińskiej


Zachęcona pochlebnymi opiniami znajomych postanowiłam zorganizować babski wieczór w trzebiatowskiej pizzerii Agandi. Ponieważ cieszy się ona sporą popularnością, dzień wcześniej zarezerwowałam stolik w głębi niewielkiej sali. W Dzień Kobiet o ustalonej godzinie wkroczyłam do pizzernii i ... przy moim stoliku siedziała grupka dzieciaków, zajadając kebaby. Nic nie wskazywało na to, aby mieli się lada moment ewakuować. Na moje pytanie o rezerwację, barman zrobił stropioną minę- zapomniał. Niezrażone znalazłyśmy z koleżanką inny stolik. Już nie taki przyjemny, bo na wprost drzwi i trochę wiało. Czekając na resztę towarzystwa, zamówiłam herbatę. Za chwilę na stoliku pojawił się komplet: biała  filiżanka, a na niej niewielki dzbanuszek, z którego wystawał sznureczek od herbaty. Możecie sobie wyobrazić, jak mocna była już owa herbata! Nadal pełna optymizmu wlałam napój do filiżanki i... zaniemówiłam ( a to mi się rzadko zdarza) - w filiżance pływała...kapusta pekińska!
Dotarła reszta uczestniczek spotkania, więc złożyłyśmy zamówienie: pizza dla dzieci z dodatkowym ananasem, kebab zestaw , grillowana kanapka i sałatka amerykańska. Miałam dylemat, czy zamówić tę sałatkę i w końcu wybrałam pizzę. Był to trafiony wybór, gdyż za ok. pół godziny miałam przed sobą aromatyczną pizzę, z dużą ilością szynki i ananasa, natomiast sałatka okazała się nieporozumieniem- na górze straszyło kilka kawałków kurczaka, pomidora, parę ziarenek kukurydzy i trochę potartego żółtego sera,  reszta była sałatą lodową z sosem vinegret. Właścicielka tego dania patrzyła przerażona na górę zielska.  Nie tak wyobrażała sobie sałatkę amerykańską! Reszta potraw była smaczna, dobrze doprawiona i apetyczna. Pizza wypieczona w piecu miała ładnie zarumienione brzegi.
W sumie- jedzenie smaczne, ale więcej do tej knajpki nie zajrzę. Brak zamówionego stolika, kapusta w herbacie, okruszki po pizzy na wolnych stolikach, stosy brudnych naczyń nieodebranych na czas z "okienka" skutecznie mnie odstraszyły. Nie pomogą nawet piękne ryby w sporym akwarium, które są atrakcją  lokalu.
 Pizzę zamówię do domu. 

poniedziałek, 5 marca 2012

Rowerowo

Zaczęła się wiosna, słoneczko przyjemnie grzeje, czas odkurzyć rowery i ruszyć na wycieczkę! Z Rudą planujemy w tym roku dużo jeździć, więc rozpocząć trening należy jak najwcześniej. Lubimy razem pedałować, bo to umacnia naszą więź matka-córka i daje nam sposobność do rozmów. 
Wybrałyśmy się wczoraj do miejscowości Dreżewo, w której znajduje się piękny, klasycystyczny pałac. Po drodze naturalnie dużo rozmawiałyśmy, chociażby o tym, jak ważna jest własna wola i kontrolowanie kompromisów w związku. Wzięło się to z tego, że zrobiłam sobie drugi kolczyk w uchu, mimo że Maćkowi to nie odpowiadało, jednak zrezygnowałam już z wielu rzeczy tylko z Jego powodu, więc czasami mogę sobie pozwolić na mały bunt. Tak więc spełniłam swoje kilkuletnie marzenie i mam dwa kolczyki w prawym uchu!
W drodze powrotnej wiatr dawał nam się we znaki, szczególnie Rudej, więc zdecydowałyśmy się na przerwę. Mimo, że odwiedziłyśmy jedną z większych nadmorskich miejscowości w naszym regionie nie znalazłyśmy żadnej czynnej kawiarni czy cukierni, więc zmierzyłyśmy do pizzerii "Róża Wiatru" mieszczącej się przy stacji paliw. Nie spodziewałyśmy się niczego szczególnego, byłyśmy gotowe napić się ze styropianowych kubków, a tu proszę - miłe zaskoczenie. Okazuje się, że nawet w przydrożnym barze można porządnie podać herbatkę. Dostałyśmy śliczne filiżanki "Liptona", torebki wybranych herbat, cukier i cytrynkę no i przede wszystkim: Wodę w osobnych dzbanuszkach. Miłym zaskoczeniem były też żywe papryczki rosnące  w doniczkach na parapecie. Zaspokoiłyśmy swoje pragnienie dwoma filiżankami, bo tyle herbaty wyszło z owych dzbanuszków i ruszyłyśmy do domu.
Po powrocie doszłam jednak do wniosku: żadna, nawet najlepiej podana herbata nie dorówna gorącemu, prawdziwemu kakao z cynamonem i cukrem, przy ciepłych tostach, do których użyłam sosu pozostałego po sobotnich pizzerkach. Zmęczone i zadowolone usiadłyśmy przy naszym ukochanym, kuchennym stole i w ciszy delektowałyśmy się przygotowanym przeze mnie posiłkiem.

niedziela, 4 marca 2012

O włosach i pizzerinkach


             Pieczemy pizzerinki, jednak przygotowanie posiłku jest tylko pretekstem do pogaduszek. Zaczęło się od zielonych włosów Chudej i stwierdzenia, że młodość jest czasem na szaleństwo.
- Jak nie teraz, to kiedy?- zapytała Chuda.
- No wiesz? Uważasz, że ja już nie mogę pozwolić sobie na szaleństwo?- oburzenie Rudej było ogromne.- Gdybym tak myślała, to w wieku 43 lat nie zaczynałabym niczego nowego!
- No w sumie…  starsza pani z fioletowymi  włosami nie wzbudza tylu emocji jak młoda dziewczyna z włosami w tym samym kolorze, no o zielonym nie wspomnę.-zgadza się Chuda.
- Fioletowa płukanka z pioktaniny…, przebój dawnych lat.
- Nawet moje różowe włosy przestały Maćkowi przeszkadzać- pochwaliła się Marzenka.- Stwierdził, że lepiej teraz, gdy nie widzi mnie na co dzień.
Ruda, jako tolerancyjna matka pokiwała tylko głową.

Pizzerinki
Ciasto:
2 szklanki mąki
25 g drożdży
1 szklanka wody
1 jajko
Szczypta soli i cukru
Farsz:
Przecier z prawdziwych pomidorów
Oregano, bazylia, pieprz, papryka, sól
Grzybki od prezesa (pieczarki z bocznikami)
Potarta szyneczka drobiowa
Ser w dużej ilości

                  Mąkę wrzucamy do miski, robimy dołek , do którego wlewamy wodę, sypiemy odrobinę cukru i drobimy drożdże. Gdy drożdże urosną, dodajemy jajko, sól i wyrabiamy na jednolita masę. Ciasto wyrabiamy tak długo, aż przestanie się kleić do rąk. Jeżeli jest zbyt rzadkie dodajemy mąki, jeśli zbyt twarde- trochę wody. Pozostawiamy w cieple do wyrośnięcia (przykryte ściereczką)
W tym czasie przygotowujemy sos pomidorowy z przecieru i przypraw.
Gdy ciasto urośnie formujemy z niego niewielkie placki.
Następnie nakładamy przecier, grzybki, szyneczkę. Górę posypujemy serem.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy w 200 stopniach ok.15 minut. 
Smacznego!

sobota, 3 marca 2012

Na powitanie


Pomysł na założenie tego bloga przyszedł nam do głowy w czasie tradycyjnego codwutygodniowego posiedzenia w jednej z szczecińskich kawiarni.
Jesteśmy trzema nieszablonowymi kobietami z jednej rodziny. Nasze kobiece pogaduszki nie ograniczają się jednak do prozaicznych rozmów o codzienności, lecz dotykają niejednokrotnie spraw dużo głębszych. Dzielimy się wrażeniami po przeczytaniu nowej książki, czy obejrzeniu ciekawego filmu, komentujemy wydarzenia ważne i mniej istotne. Pewnie , czasami rozmawiamy też o błahostkach- nowych butach, trendach w modzie, smaku herbaty. Kiedy indziej wymieniamy się przepisami kulinarnymi lub odczuciami po wysłuchaniu kolejnego utworu muzycznego.
Mamy bogate zainteresowania od mody po architekturę przez rękodzieło, muzykę, literaturę, kolarstwo, kulinaria, psychologię i wiele, wiele innych.
Nasze dialogi zazwyczaj podszyte są humorem, ironią i szczyptą złośliwości, zarówno w stosunku do świata , jak i samych siebie.
Żeby nie było niedomówień – dialogi prowadzą: matka- Ruda i dwie (zazwyczaj) blond córki- Chuda i Marzenka.