środa, 25 kwietnia 2012

Za kilka dni majówka


           Gdy stoisz u stóp Góry, nic nie zapowiada niespodzianki, która czeka cię kilka kilometrów dalej. Najpierw droga pnie się powoli w górę, potem zakręca i jest bardziej stroma. Z lewej strony majaczy dolina, dnem której kiedyś płynął strumień. My jednak idziemy dalej. Kolejny zakręt i serce zaczyna mocniej bić, bo wytrawny tropiciel niespodzianki zauważa już komin i szczyt dachu. Jeszcze kilka metrów i przed oczami strudzonego wędrowca pojawia się Dom- niewielka chata z zielonymi ścianami i dachem pokrytym srebrzystą blachą . To tu w ciszy, z dala od wsi, od ruchliwych dróg znajduje się Miejsce do którego wracam corocznie. Gdy jestem zmęczona i odczuwam potrzebę oderwania się od rzeczywistości, zamykam oczy i już tam jestem. Widzę zieleniejące na zboczach trawy, czerwoną jarzębinę na gałęziach, wrzosy ukryte między kamieniami, słyszę skowronki o świcie. Czasami muszą wystarczyć mi marzenia, ale gdy nadchodzi maj moje marzenia zmieniają się w rzeczywistość.

        Magia tego miejsca polega na niezmąconej ciszy, bliskości natury i niezwykłych ludziach. Tu odpoczywam po całorocznym zgiełku miasta, wyczerpującej pracy zawodowej. Tu wszelkie problemy widzi się z innej perspektywy.
Dom znajduje się na zboczu Góry, której szczyt porośnięty lasem, z niewielkim występem skalnym, odwiedzam w czasie każdego pobytu.  Okolice Domu porośnięte są wysokimi trawami, krzewami malin i jeżyn, brzozami i jarzębiną.  
W lecie zbiera się leśne owoce, grzyby , a zimą zjeżdża na czym popadnie po śniegu lub lepi monstrualnego bałwana.
Czas biegnie tu zupełnie odmiennym rytmem, odmierzany wschodami zachodami słońca.
Za kilka dni zobaczymy naszą Górę. Będziemy gadać, zwiedzać i pić kawę lub herbatę na progu domu. 
W planach rowerowa wycieczka na Rozdroże Izerskie, wyjazd do czeskich Hejnic i do Laźnych Liberda, gdzie sprzedają przepyszne laźnieńskie oplatki. 




sobota, 21 kwietnia 2012

Rozmówki na rowerze


Nie wszystko robimy w dwójkach. Czasami zdarza nam się spędzić czas we trzy. Z tego zazwyczaj wynikają „RytuWow’y” (czyt. Rytułały). A że ładna pogoda dzisiaj była, wybrałyśmy się we trójkę rowerkami do Otoku. Ruda kupiła nowy Superrower-cross trans pacific, więc głównym pretekstem wyprawy było jego przetestowanie. A ja tam wolę swój. Drugim powodem był pałac w Otoku, który chciałam sfotografować w ramach szkolnego projektu. Tak więc wszystkie trzy wsiadłyśmy na rowery i ruszyłyśmy. Po drodze wymieniałyśmy się pojazdami tak, żeby każda z nas miała okazję pojeździć na nowym cudzie. Kiedy Chuda trafiła na rower, w którym brakuje przerzutek z Rudą nie powstrzymałyśmy się od złośliwych komentarzy na temat tego, że rower nie jest ważny, tylko kondycja kolarza. Po za tym wszystkie miałyśmy ubaw z gry słownej, która nam wyszła ze słowa „rytuał”, często błędnie wypowiadanego jako „rytułał”. Ostatecznie doszłyśmy do wersji z zapisem „rytuWOW!”. Śmiechu więc było co nie miara.

Od jakiegoś już czasu interesuje mnie architektura. Z chęcią więc zaangażowałam się w szkolny projekt polegający na uratowaniu od ostatecznego zapomnienia kilku perełek architektonicznych w naszym otoczeniu. Teraz zajmujemy się pałacem w Otoku właśnie. Jest to stosunkowo nowy budynek, bo z końca XIX wieku, niestety już popadł w ruinę, gdy w 1987 roku został oddany w ręce prywatnego właściciela. 



Szkoda, bo pomimo wyjątkowego wymieszania stylów architektonicznych, pałac robi wrażenie i aż chciałoby się widzieć go w stanie użytkowym. Razem z Chudą obeszłyśmy ruiny, żebym mogła sfotografować istotne szczegóły. W tym czasie siostra opisywała mi, jak wyobrażała sobie wyremontowaną posiadłość. Opowiadała, gdzie było by miejsce na garaż, gdzie byłby balkon, a gdzie szafa na ukrywających się kochanków. W tym czasie Ruda też znalazła sobie towarzystwo – mieszkankę wsi, która opowiadała jej o różach rosnących niegdyś przy murach budowli.


piątek, 20 kwietnia 2012

Weekendowe przysmaki - czyli Vinci po raz drugi i makaron na zielono

W piątek po raz drugi zawitałyśmy z Rudą do pizzerii Vinci w Szczecinie. A to za sprawą magicznego kuponu, który otrzymaliśmy podczas ostatniej wizyty - kolejna zniżka na obiad. Tym razem byłyśmy jednak we dwie, wobec czego kłótni o pizzę nie było - jednogłośnie wybrałyśmy tę zieloną. Rucola, szynka, pomidor, podwójny ser i pewnie coś jeszcze. Do tego herbata jaśminowa. Pizza gigant, więc już na początku wiadomo było, że w kartonik zapakowany zostanie obiad dla mego lubego. Pizza znów była naprawdę dobra, acz Ruda stwierdziła, że w opisywanej wcześniej pizzerii Agandi mają lepsze ciasto. Dyskusji na temat najgorszych rzeczy, jakie jadłyśmy w lokalach nie będę tu przytaczać. ;)

 Pochwalę się natomiast kolejnym autorskim przepisem na makaron.

Składniki:
- 0,5 kg makaronu (ja użyłam rurek);
- duża śmietana 18%;
- 100 g sera pleśniowego typu blue;
- duża kostka serka topionego (śmietankowy, albo serowo-serowy);
- trochę masła;
- sos instant (ja użyłam carbonara, ale serowy też będzie ok);
- rucola świeża w ilości dowolnej;

Masło i oba typy sera wrzucamy do rondelka i roztapiamy na jednolitą masę. W osobnym naczyniu mieszamy sos instant z wodą (ok 300 ml) i śmietanką (ok 2/3 kubka śmietany), po czym mieszając energicznie wlewamy do roztopionego sera. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy, aż składniki połączą się dokładnie.
Makaron gotujemy na sposób al dente.
Makaron podajemy z sosem i świeżą, opłukaną rucolą ( w ilościach dowolnych). Bez rucoli ponoć też jest dobry - mój luby z zielonego zrezygnował.

Smacznego!

środa, 18 kwietnia 2012

Emipkowania ciąg dalszy.

Tym razem już z własnego portfela, a nie z karty upominkowej wysupłałam nieco kasy na książkę w empiku. Nie bez powodu w empiku i nie byle jaką książkę. "Pomnik cesarzowej Achai" Andrzeja Ziemiańskiego to pozycja, na której premierę czekałam od dawna. Dokładnie to od momentu, gdy dowiedziałam się, że "Achaja" będzie miała kontynuację. "Pomnik..." swoją premierę miał właśnie w empikach - 4 kwietnia z samego rana poleciałam więc do najbliższego empiku (dzień wcześniej upewniwszy się, ze pozycja będzie na 100% dostępna). Pachnąca drukarnią książka trafiła w moje łapki, po czym pognałam na dworzec, by już w pociągu zagłębić się w lekturę.

I tu nastąpić powinna recenzja.
I nastąpi. Ale znów zacznę od ilustracji. "Pomnik...", podobnie jak "Achaję" ilustrował Dominik Broniek - to ze względu na beznadziejną jakość rysunków w najnowszym wydaniu "Achai", polowałam na allegro na to stare. Ilustracje w najnowszej książce Ziemiańskiego są zupełnie inne od tych z "Achai", sądzę, że zastosowano przy ich tworzeniu inną technikę, mają zupełnie inny klimat, ale...wciąż są piękne. Jak na Brońka przystało - nie brakuje nagich kobiet w sytuacjach różnych, znajdziemy jednak również ilustracje o innej tematyce.
Co do samej treści... Chwała Ziemiańskiemu, że "Pomnik..." napisał - czekam z utęsknieniem na dwa kolejne tomy. Nie jest to bezpośrednia kontynuacja "Achai", akcja osadzona jest co prawda w tym samym świecie, niektóre wątki sygnalizowane w pierwszej pozycji zostają tu rozwinięte, ale akcja przeniesiona zostaje o 1000 lat w przyszłość. Poznajemy więc nowych bohaterów, zapominając prawie o tych dawnych (tym jednak zdarza się przypominać czytelnikowi o swoim istnieniu).
Książkę skończyłam szybko, jak na tą objętość, ale mam co do niej kilka zarzutów - nie była do końca tym, czego się spodziewałam i oczekiwałam. Momentami miałam poczucie, że cała akcja się ciągnie, spowalnia, były to jednak sytuacje rzadkie. Bardziej na tej ocenie zaważył fakt, że autor nie rozwinął wszystkich wątków, których rozwinięcia oczekiwałam w tej książce. W "Achai" zasygnalizowane zostały trzy wątki, na których rozwinięcie liczyłam - jeden został rozwinięty, drugi lekko poruszony, o trzecim zdaje się wszyscy zapomnieli.
Podsumowując - "Pomnik cesarzowej Achai" Andrzeja Ziemiańskiego jest pozycją ciekawą, wartą polecenia, pisaną z właściwą autorowi lekkością. Sądzę, że zainteresować może również osoby, które nie czytały "Achai", bowiem informacje zawarte w "Pomniku..." w zupełności wystarczą dla zrozumienia jego akcji. Moje rozczarowanie wynika zapewne z wyczekiwania na ową książkę i z fascynacji "Achają".

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

"Igrzyska śmierci" czyli pesymistyczny happy end.

Na "Igrzyska śmierci" do kina poszłam tylko ze względu na to, że o interesującej mnie porze nic innego w owym kinie nie było. Muszę jednak powiedzieć uczciwie - to była dobra decyzja. Film powstał na podstawie książki, której fragment miałam okazję, kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości, przeczytać, więc niechętnie poszłam do kina, utyskując, że wolałabym najpierw przeczytać całość.
I znowu zacznę od innej strony niż normalny człowiek zaczyna recenzję - zacznę od muzyki.
Muzyka zdecydowanie mi się podobała. Dobrana bardzo dobrze do sytuacji, w których występowała, nakręcała widza dodatkowo. A utwór podczas napisów końcowych, to moim zdaniem mistrzostwo.
Nie będę się wypowiadała na temat gry aktorskiej - nie znam się. Ale wypowiem się na temat kostiumów. Ale to za chwilę.

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości. Świat przedstawiony podzielony jest na pół - bogate państwo-matkę i biedne dystrykty. Teraz też wrócę do kostiumów - aktorzy grający mieszkańców dystryktów ubrani byli w stroje nawiązujące formą do czasów II wojny światowej (w moim odczuciu), natomiast mieszkańcy państwa-matki... Ahhh... Tam działy się piękne rzeczy - baśniowe kostiumy, makijaże, fryzury... Wszystkie możliwe kolory tęczy w przeróżnych konfiguracjach i nasyceniach, bogactwo szczegółów, detali, form. Coś cudownego! Część strojów przypominała uwspółcześnione wersje barokowych sukien, inne nawiązywały do różnych etapów mody XX w., wszystkie były w żywych, pięknych kolorach, często z dodatkowo komplikowaną formą. Uwielbiam!
Wracając jednak do samej akcji filmu. Państwo - matka, upamiętniając nieudany bunt dystryktów sprzed iluś tam lat, organizuje igrzyska - z każdego dystryktu wystawiane są 2 osoby (łącznie więc 24), całą imprezę przeżywa jedna osoba. Główna bohaterka bierze udział w jednych z takich Igrzysk, zwycięża zarówno igrzyska, jak i pewną rozgrywkę z systemem - udaje jej się ocalić życie drugiemu uczestnikowi. I gdyby w tym miejscu zakończyć film, można by stwierdzić, że zakończenie jest szczęśliwe, mamy happy end... Ale film trwa jeszcze trochę. I na głowę wylewają nam kubeł zimnej wody - system nadal trwa, ma się dobrze, wtłacza w swoje tryby naszą niepokorną bohaterkę. Sądzę więc, że wymowa owego dzieła jest pesymistyczna. I to bardzo.
Jest to film niejednoznaczny, w którym zapewne niektórzy nie dostrzegą tego co widziałam ja, potraktują go jak kolejną produkcję dla nastolatek - nie neguję, być może tym właśnie jest.

Po recenzji czas na krótką zajawkę naszej ostatniej rozmowy z Ruda, którą zdążyła już zasygnalizować (i zmotywować do napisania w końcu tego wpisu). Rozważania teoretyczno-literackie nad sernikiem...
- Wiesz, przestają wydawać od maja "Science Fiction". Ponoć kryzys na rynku wydawniczym... I co ja będę teraz czytać? - Zagaiłam znad czerwonej herbaty.
- Zapamiętaj ta datę. Może to początek końca epoki ciemnej? - Odparła Ruda, nawiązując do naszej nieustajacej nigdy dyskusji na temat tzw. epok jasnych i ciemnych, bądź jak kto woli epok rozumu i uczuć.
- Myślisz? Sądzę, że we współczesnym świecie nie będzie już możliwe wskazanie takich granic, rozróżnienie epok. Wydaje mi się, że zacznie się to zacierać, funkcjonować będą obok siebie autorzy mogący uchodzić za przedstawicieli epoki jasnej i ciemnej.
- Jesteś pewna? A gdyby cofnąć się do początków twojego ukochanego fantasy? Mamy Tolkiena i Lewisa. A później nic na tej płaszczyźnie. Później mamy w Polsce socrealizm, za granicą też nie powstaje nic wielkiego w dziedzinie fantasy. Jedynie SF. Ba! Nie istnieje nawet polskie pojęcie! Ja uczyłam się jeszcze tylko o fantasy. A fantastyce baśniowej uczę teraz. Fantasy przychodzi do nas w latach 80' XX w. - tłumaczenie Tolkiena właśnie, później pojawiają się twórcy rodzimi.
- No dobra... - zgodziłam się.  - Ale cały czas jesteśmy na płaszczyźnie tzw. literatury popularnej. A co z tą pretendującą do miana wysokiej? Jak się mają tacy współcześni twórcy do epoki ciemnej?
- No jak to? A takie "Lubiewo"? A "Wojna polsko-ruska"? Toż to czysty naturalizm. Ale nie ten realistyczny, tylko taki... - Ruda szukała słowo, co wykorzystałam, triumfalnie błyszcząc intelektem:
- Młodopolski? - dokończyłam za mamę.
- Dokładnie...
- I sądzisz, że pojawi się teraz epoka jasna?
- Skoro kończą wydawać pismo fantastyczne, to kto wie. Epoki ciemne zwykle przypadały na czas kryzysów wszelkiej maści, po zażegnaniu ich następowały epoki jasne.
- Mhm... Ale rynek wydawniczy fantastyki w Polsce ma się nadal dobrze, wydawane są nowości zagraniczne i krajowe. To samo z kinem - pozycje typowo fantastyczne wciąż wchodzą do kin.
- Co nie zmienia faktu, że wampirologia już wkrótce może zostać wyparta przez dawne harlequiny...

A o Herbercie następnym razem...

niedziela, 15 kwietnia 2012

Turystyka kawiarniana i Piraci!


        Sobotnie słoneczne popołudnie. Idealny czas na spacer. Najpierw przejechałam rowerem szczecińskie Jasne Błonia z charakterystyczna instalacją Hasiora, a potem z Chudą postanowiłyśmy przejść się na szczecińską "Starówkę”. Cudzysłów jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż wszystkie kamienice są replikami tego, co kiedyś mogło na Podzamczu się znajdować. Z zabytków znajdziemy tu czerwony gotycki ratusz. Spacer zakończyłyśmy z kawiarni, o której istnieniu nie wiedziałybyśmy, gdyby nie oferta Groupona. Cafe Aficionado położona jest na najniższej ulicy Podzamcza. Ulica nazywa się Wielka Odrzańska, ze względu na bliskość Odry. Wystój kafejki jest elegancki, stylowy i jednolity. Utrzymany w tonacji brązowo kremowej, co doskonale współgra z ofertą tego miejsca- w karcie znajduje się całe mnóstwo oryginalnych kaw, herbat, naparów i deserów. Do wyboru jest też kilka rodzajów ciast. To, co pozwala lokalowi odróżnić sie w gąszczu kawiarni na Starówce, to wydzielona część ze sprzedażą markowych cygar i oddzielne pomieszczenie dla palaczy tychże.

Dlaczego tak się rozpisuję o tym miejscu? Bo zwróciło ono naszą uwagę na pewien aspekt "turystyki kawiarnianej", którą uprawiamy- otóż mając sporą wiedzę o szczecińskich kawiarniach możemy manipulować naszym wizerunkiem. Klasyfikowałyśmy lokale ze względu na gusta naszych znajomych i tego, gdzie mogłybyśmy ich zaprosić. Cafe Aficionado została zaklasyfikowana dla osób nowoczesnych, ceniących dobrą kawę i raczej na spotkanie z mężczyzną (ale nie spotkań o charakterze intymnym, a raczej koleżeńsko- biznesowym). Sposób ułożenia stolików i krzeseł lub przy odrobinie szczęście niewielkich foteli pozwala zachować odpowiedni dystans. 
W kafejce rozgorzała potem jeszcze jedna dyskusja, ale o tym, będzie pisała Chuda. Wieczór spędziłyśmy w kinie. Poszłyśmy na "Piratów 3D", co planowałyśmy od kilku tygodni. Liczyłyśmy na dobrą rozrywkę i trochę zawiodłyśmy się. "Piraci" są lekką animką dla dzieci, zajawka obiecywała zabawne gagi, ale niestety spodziewałyśmy większego humoru. Tylko kilkukrotnie w pustym kinie echem odbijał się nasz rechot. Największym atutem filmu była plastelinowa animacja poklatkowa, która zawsze jest sztuką.


         Polski zwiastun filmu

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Lektura trochę nieświąteczna

       Do reportażu trzeba dorosnąć. U mnie trochę to trwało. Może dlatego, że w dzieciństwie były to moje pierwsze, zbyt dojrzałe lektury i  potem nie miałam odwagi do nich wracać?
       Było minęło. Ostatnio do reportażu wracam z dużą sympatią. Najpierw była lekka , łatwa i przyjemna Beata Pawlikowska, potem guru polskiego reportażu Kapuściński. Wczoraj skończyłam pasjonującą książkę „Ginące plemię” Farleya Mowata. Książka została wydana w Polsce w 1972 (czyli w 20 lat po wydaniu kanadyjskim) nakładem wydawnictwa Iskry.

           Reportaż przedstawia losy kanadyjskich Eskimosów z plemienia Ihalmiutów  w pierwszej połowie XX w.   Trzeba przyznać, że losy te nie są wesołe. Już w czasie czytania nasunęło mi się kilka myśli.
Po pierwsze Kanada zawsze kojarzyła mi się z dobrą organizacją i cywilizowanym podejściem dożycia.  A tu okazało się, że Kanadyjczycy dopuścili poprzez zaniedbania i zaniechania, a czasem przez bezmyślność do prawie całkowitej zagłady plemienia, które … wymarło z głodu!!!
Po drugie-  ponieważ książka została napisana w połowie ubiegłego wieku, pokazuje sposób patrzenia „cywilizowanego” człowieka na ludność tubylczą.  Chwilami zastanawiałam się, co znaczy cywilizowany.
Po trzecie reportażysta obdarzony był ogromnym zmysłem obserwacji i umiejętności opisywania widzianej rzeczywistości. Dzięki temu  poznałam życie ludu, którego nędzne resztki pewnie całkowicie już zasymilowały się z Kanadyjczykami i nie kultywują dawnych tradycji.
Po czwarte poznałam kolejną wersję stworzenia świata. Według Ihalmiutów świat został stworzony przez Kailę- istotę wszechrzeczy, Boga Niebios. Co ciekawe, na początku Kaila stworzył zająca i pardwę. 
Po przeczytaniu obudziła się we mnie ciekawość, co stało się z tymi resztkami plemienia, które zostało przesiedlone ze swojego terytorium. Zaczęłam szperać po internecie i niestety poza kilkoma ubogimi wzmiankami w angielskojęzycznej wikipedii , niewiele znalazłam. Już miałam się poddać, gdy trafiłam na blog z interesującym reportażem:
Może nie jest tego dużo, ale przynajmniej wiem, że choć częściowo kultura Ihalmiutów nie zaginęła. 
            Eskimosi na tyle mnie prześladowałi przez ostatnie dni, że i w czasie świątecznych rozmów ich temat pojawiał się co jakiś czas, zwłaszcza, gdy ktoś próbował na cokolwiek narzekać. 

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanocne

Słodkiej wiosny,
Wielkanocnego koszyka pełnego marzeń,
przemoczonych ubrań w Dyngusa
I zająca z humorem
Życzą Marzenka, Chuda i Ruda :)
A ja bawiłam się makro.

czwartek, 5 kwietnia 2012

O zorganizowaniu


- Mam znajomą blogerkę, którą podziwiam za zorganizowanie i perfekcję w kuchni- zagaiłam rozmowę przy porannej kawie ( tak, tak czasami pijemy kawę.)
- No i… - mruknęła Chuda, jeszcze nie całkiem rozbudzona.
- No i świetna jest- robi rewelacyjne potrawy (przynajmniej tak wyglądają n zdjęciach), zajmuje się domem i kilkuletnim synkiem, rozwija się intelektualnie, bo prowadzi działalność naukową. Zastanawiam się, jak ona znajduje czas na to wszystko i jeszcze zdąży prowadzić blog.
- A ja się nie zastanawiam. –zgasiła mój entuzjazm Chuda- ja wiem, ona to robi dokładnie tak, jak ty.
-E…?
- No tak, miałaś troje małych dzieci, dwa etaty- uczyłaś i wydawałaś gazetę. Zawsze było ugotowane, uprane i jeszcze robiłaś z nami różne rzeczy- ciastka, kartki świąteczne, wspólnie rysowaliśmy, malowaliśmy, czytałaś nam książki. Miałaś czas na to wszystko?
- Miałam i gdyby temu się bliżej przyjrzeć, masz rację. Staram się wykorzystywać każdą chwilę. Nie lubię bezczynności i nudy. Nie oglądam telewizji, wolę przeczytać wiadomości w necie , bo szybciej. Robie tysiąc rzeczy na minutę i ciągle narzekam, że na to, czy tamto nie mam czasu. Gdy przychodzę z nowym filcowym kwiatkiem do szkoły lub w prezencie daję ręcznie robiony drobiazg, słyszę pytanie: kiedy masz na to czas? Nie wiem , kiedy, po prostu mam i już…

I w ramach tego czasu zamiast sprzątać podłogi, myć okna i porządkować półki, wsiadłyśmy z Chuda na rowery i pojechały do Pogorzelicy. Słońce pięknie przygrzewało, więc jechało się cudnie.
Po południu ugotowałam bigos i upiekłam dwa mazurki, które do jutra poczekają na ozdobienie. 

wtorek, 3 kwietnia 2012

Pieczeń ze śliwkami

Święta coraz bliżej, a z nimi więcej czasu spędzanego w kuchni. Rodzinka ma ulubione potrawy, bez których Wielkanoc nie może sie obejść. Wśród nich są jaja w kminku- tradycyjna potrawa mojej rodziny na Śląsku, czy popisowa pieczeń ze śliwką lub grzybami autorskiego przepisu i wykonania.  Jaja będę przygotowywać w czwartek, mąkę na kiszony żur postawiłam wczoraj wieczorem. Pieczeń , aromatyczna i pachnąca, zapakowana w zamrażarce czeka na wielkanocne śniadanie.  (od surowego mięsa dziewczyny trzymają się z daleka, ledwo udało mi się namówić Marzenkę, by zdjęcia zrobiła- byłam szczęśliwa, że tym razem w kuchni towarzyszył mi mąż).

           Aby zrobić pieczeń potrzebujemy:
 ładny kawał szynki wieprzowej (ok. 1 kg)
sól peklową
suszone śliwki węgierki (co roku jesienią suszę ich ogromne ilości)
200 ml wina śliwkowego (wyrób mojego męża)- można zastąpić białym wytrawnym
kawałek słoninki  lub smalcu do smażenia
sól, pieprz, gałkę muszkatołową.

           Mięso peklujemy solą peklową i pozostawiamy na 24 godziny. Po tym czasie w szynce robimy ostrym nożem głęboką kieszeń. Wsypujemy do niej odrobinę soli  i gałki muszkatołowej, rozcieramy wewnątrz kieszeni ( mnie się udaje, bo mam szczupłe ręce) . Wpychamy do środka suszone śliwki. Otwór zaszywamy, związujemy  bądź spinamy specjalnymi szpilkami do zrazów.  Całość obsypujemy z wierzchu przyprawami- pieprzem i gałką muszkatołową. W brytfannie rozgrzewamy smalec lub topimy słoninkę.  Wkładamy nasze mięso i zarumieniamy z wszystkich stron. Następnie podlewamy winem, przykrywamy i dusimy na małym ogniu aż będzie miękkie (ok. 1 godziny). Czasami trzeba podlać wodą lub sokiem śliwkowym.
Potem pozostaje już tylko wyjąć , wychłodzić i kroić do chlebkaJ
Pozostały sos zużywam do bigosu. 
          Ozdobne łopatki ze zdjęcia jutro zostaną sprezentowane moim koleżankom z pracy.