piątek, 27 lipca 2012

Na urlopie


Na wczasach ludzie się zmieniają... Nawet jeżeli im się wydaje, że nadal są Kowalskimi czy Nowakami, to tak naprawdę zmieniają się w rzeszę wczasowiczów lub turystów. Grają role narzucone przez urlop. Wystarczy wyjechać do jakiejkolwiek miejscowości turystycznej, by to zobaczyć. Tłumy maszerujące środkiem drogi ( no kajos nie mogę sobie wyobrazić, że tak chodzą w swoich Katowicach, Warszawie, czy Łodzi...)
Tatuś jeżdżący goradrem z butelką piwa w ręce na co dzień pewnie jest szanowanhm pracownikiem i nigdy nie przyszło mu do głowy picie w pracy ;) Teraz chce nadgonić stracony czas i spędzić czas z dzieckiem, a że sam przy okazji dziecinnieje, trudno.
Urzędnik w krókich obcisłych kolarkach pędzi 150 km. Rowerem , by zaliczyć kolejny kilometr, by pokonać siebie i innych.
Pani farmaceutka lub listonoszka (nieważne) ukazuje swoje wątpliwe kształty leżąc jak morświn na plaży. Na co dzień obowiązuje ją dresscod, schludny mundurek.
Ja też się zmieniam. Wylewnie witam się z sąsiadami zza między. Opowiadam o ploteczkach i ich wysłuchuję. Cały dzień łażę w dresie lub wyciągniętej koszulce i szortach. Piję kawę o poranku przed domem. Przestaję się spieszyć. Nawet siano grabię...

I jeżdżę na rowerze, odwiedzam targowisko, mam czas dla znajomych, ba nawet nawiązuję nowe znajomości.
(i tylko w miejscowościach turystycznych staram się chodzić po pasach i nie zachowywać głośno).
Odpoczywam.

sobota, 21 lipca 2012

O Jarmarku św. Jakuba i nie tylko


             W piątek, 20 lipca wyznaczono mi termin obrony pracy dyplomowej. Pojechałam więc sobie do Szczecina. PKP , zmieniając rozkład jazdy, podarowało mi cały dzień szwendania się po mieście. Rozpoczęłam od solidnych zakupów w sklepie rowerowym, teraz mam nowe solidne sakwy i kilka innych drobiazgów koniecznych do planowanej przez nas wyprawy. Potem na Turzynie zjadłam dwa naleśniki z twarożkiem. Ponieważ do obrony nadal  miałam sporo czasu, pojechałam obejrzeć, jak kwitną róże na Różance. Właśnie są w pełni rozkwitu i ich nieziemski aromat roznosi się nie tylko w parku.

Obrona okazała się niestresującym  dodatkiem do sympatycznego spotkania z koleżankami z roku. Spędziłyśmy miłe popołudnie w kawiarni „Czekoladowa”, zajadając się czekoladowymi (a jakże) przysmakami i planując kolejne spotkanie, już nieoficjalne, koleżeńskie.

Przyjemnie było tak po prostu posiedzieć, pośmiać się i pogadać o sprawach istotnych i błahych, jak to kobiety.
Do odjazdu pociągu nadal miałyśmy sporo czasu, zatem skierowałyśmy się ku katedrze, gdzie zgodnie z reklamami odbywał się Jarmark św. Jakuba. Jarmark jest elementem katedralnego odpustu i chyba miał nawiązywać do średniowiecznych tradycji.

Od kiczowatej, odpustowej atmosfery, jaką pamiętam z dzieciństwa różnił się jednak dosyć znacznie. Oprócz typowej jarmarcznej tandety pojawiło się rękodzieło artystyczne (wszechobecne na takich imprezach) i ogromne ilości „swojskiego jadła”: stoiska uginały się od chlebów, kiełbas i serów wszelkiego rodzaju. Dobrze, że byłyśmy po obfitym podwieczorku, bo pewnie cos byśmy znowu zjadły. Lubię tę atmosferę ludyczności, niespiesznego przechadzania się między kramami, gdy gdzieś przygrywa ludowa kapela (choć tu akurat rozlegały się... azteckie dzwięki). Oczywiście wszystko ma swoje granice i po obejrzeniu wszystkich stoisk szybko myślę o ucieczce w spokojniejsze, mniej ludne miejsce. 
Zupełnie innym aspektem jarmarku jest jego połaczenie z kościelnymi obrzędami, wszak to obżarstwo, kult doczesności, a nawet pijaństwo ( tu i ówdzie można było dostać regionalne , niepasteryzowane piwo) odbywało się na placu katedralnym. Nie sądzę by wielu odwiedzającyh imprezę dotarło  do drzwi katedry, która kusiła chóralnym śpiewem i muzyką organową (skutecznie zagłuszaną przez zgoła inne rytmy). 
Po dwudziestej pożegnałyśmy się na dworcu. I gdy wydawało się, że już nic mi się nie przytrafi, że spokojnie usiądę w wagonie i poczytam książkę, pojawił się spragniony zwierzeń podróżny. Dwie godziny prowadziłam ożywioną dyskusję na temat życiowych wyborów, pomyłek, tego, co w życiu ma wartość. Ilekroć spotykam na swojej drodze ludzi, którzy nie potrafią sobie poradzić z własnym życiem, którzy czują, że przegrywają, że zgubili gdzieś po drodze cel i radość życia, odczuwam głęboką wdzięczność do losu, że oszczędził mi takich błędnych kroków, że z każdej porażki potrafiłam wyciągnąć wnioski i sprawić, by przyniosła korzyść.
Gdybym miała podsumować ten dzień, podałabym przysłowie „Każdy jest kowalem swojego losu” i dodałabym jeszcze, że jeżeli oczekujemy jakieś rady, powinniśmy jej przede wszystkim szukać w sobie. 

niedziela, 15 lipca 2012

Lektura na poprawę nastroju?


       Żyjemy w najlepszym miejscu na świecie. Nie jest tu ani za zimno, ani za gorąco. Omijają nas wielkie kataklizmy (choć ostatnio jakby częściej trafiają się nam burze i nawałnice, które zrywają dachy). Najbardziej jadowite stworzenie nazywa się żmija, czasami trafiamy na szerszenia.
Warto o tym pamiętać, gdy zaczynamy narzekać na mokre lato, silny wiatr, duchotę lub nie wiem co jeszcze.
Ilekroć ogarnia mnie tęsknota za czymś niepoznanym, odmiennym, sięgam po książki podróżnicze i szybko zostaję sprowadzona na ziemię.  Uwielbiam czytać o Afryce, Amazonii czy Syberii, ale cieszę się, że to nie ja odganiam się od moskitów, pająków, piranii i pijawek. Nie ja muszę uważać na jadowite węże, dzikie jaguary i milion innych niebezpieczeństw. Robią to za mnie inni, a ja tylko odczuwam refleksy ich uczuć.
       Tym razem podróż odbyłam razem z Wojciechem Cejrowskim ( bo wszystkie książki Beaty Pawlikowskiej, jakie były w naszej bibliotece lub , które zakupiłam do swojej, już dawno zostały przeczytane po wielokroć i pożyczone bliskim i znajomym).

Książka nosi tytuł „Rio Anaconda” i jest zbeletryzowanym zapisem wyprawy w głąb amazońskiej dżungli. Sposób pisania niesamowicie mnie zaskoczył, gdyż W. Cejrowski kojarzył mi się dotychczas z ciętym, złośliwym językiem, do bólu dosadnym, wręcz obrażającym tych, o których mówił. Język pisany Cejrowskiego jest bardziej stonowany. Dalej skrzy humorem, czasami rubasznym, czasami złośliwym, ale w postawie autora widać nie tylko dystans do wielu spraw (którego mu w tekstach mówionych brakuje), ale także pokorę, pokorę przed nieznanym, niewytłumaczalnym.
W opowieści o poszukiwaniu ostatnich Dzikich Indian autor niejednokrotnie przytacza słowa szamana, czarownika. Bardzo mądre, głębokie, ponadczasowe i… ponad przestrzenią. Wiele z tych słów, mądrości można zastosować tu i teraz , „w dżungli życia”- jak powiedziałaby Pawlikowska.
I dlatego będzie to dla mnie kolejna WAŻNA KSIĄŻKA.

sobota, 14 lipca 2012

Piotruś Pan


Jakiś czas temu z Chudą wybrałyśmy się na pizzę do pizzerii Brooklyn, która mieści się w Szczecinie na ul. Witkiewicza. Znalezienie pizzerii nie jest łatwe, ale jak się już trafi, to można delektować się pysznymi daniami. Oczywiście korzystałyśmy z zakupów grupowych, dzięki czemu na naszym stole wylądowała pizza, która się na tym stoliczku nie mieściła.  

Aby skonsumować tego giganta potrzebowałyśmy dużo czasu, a ten umilałyśmy sobie rozmową o „Piotrusiu Panu”. Kilka dni wcześniej w Empiku miałyśmy okazję przeglądać cudne wydanie tej niezwykłej książki dla dzieci. Chuda zachwycała się ilustracjami, które fantastycznie dopełniały książkę. Szybko jednak z książki przeszłyśmy do dywagacji na temat pewnego typu mężczyzn, którzy swój przydomek od wspomnianej książki noszą. Piotruś Pan , zgodnie ze słowami J.M. Barriego:
„Ze wstydem musimy przyznać, że zarozumiałość była jedną z najwyraźniejszych cech Piotrusia”
„nikt nie umiał wyglądać tak radośnie jak Piotruś, a jego śmiech był najweselszym ze śmiechów”.
„Był bardzo zmienny, a zabawa, która chwilowo zajmowała go, w następnej chwili mogła przestać go zajmować. Zawsze istniała możliwość, że gdy będziesz spadał następnym razem, pozwoli ci upaść.”
A to zaledwie kilka cech bohatera. Czym zatem wyróżnia się Piotruś Pan – ten książkowy i ten spotykany czasami w Realu?
Z pewnością niepohamowaną chęcią zabawy, dla niego wszystko było zabawą i tylko zabawą. Dalej potrzebą posiadania matki- no właśnie nie kobiety, ale matki . Wendy doskonale się w tej roli spisywała do momentu, gdy nie dorosła, bo dorosłej Wendy, która zapomniała jak się lata, Piotruś już nie akceptował.
Następnie należało by wymienić egoizm, egocentryzm i zapatrzenie w siebie. Piotruś przypisywał sobie wszelkie zasługi i czyny bohaterskie, nawet , jeżeli to nie on ich dokonał.
Co zatem przyciąga kolejne pokolenia Wendy do tego typu faceta? 
Instynkt macierzyński? 
Chęć zaopiekowania się wiecznym chłopcem?
Radość życia i nieobliczalność?
Błysk w oku? 
Niepoprawny optymizm?

Jedno jest pewne. Trudno wyobrazić sobie życie u boku Piotrusia Pana, chyba, że ten wydorośleje lub jego wybranka zaakceptuje fakt, że wszelkie życiowe problemy będzie musiała rozwiązywać sama, bo na Piotrusia Pana liczyć nie będzie  mogła. 

poniedziałek, 9 lipca 2012

O keszach i Jarmarku św. Gawła


Jarmark św. Gawła w Gryficach stał się pretekstem do kolejnej rowerowej wycieczki. Jarmark ten był częścią większej imprezy pod hasłem Bałtycki Festiwal Ognia. Niestety, pokazy ogniowe odbywały się wieczorem, a nam nie uśmiechał się nocny powrót po ruchliwej drodze, musiałyśmy zatem zadowolić się podziwianiem stoisk z rękodziełem artystycznymi  i podglądaniem treningu żonglerów.  Żałujemy, że nie dało się obejrzeć wszystkich atrakcji, mam nadzieję, ze w przyszłym roku impreza zostanie powtórzona, bo zapowiadała się niezwykle ciekawie.

Marzena przy okazji zebrała znajdujące się w Gryficach kesze.
Geokaching jest zabawą skierowaną głównie do użytkowników GPS (ale nie tylko – o tym zaraz) polegającą na poszukiwanie „keszy” (cache – skrzynka) ukrytych przez innych uczestników. Skrzynką zazwyczaj jest wodoszczelne pudełko np. śniadaniowe w którym schowane jest kilka drobnych upominków na wymianę oraz logbook – notesik, do którego wpisują się znalazcy. Po odnalezieniu kesza należy też wpisać się do jego internetowego logu.
Jak zacząć swoją zabawę z geocachingiem? Najpierw należy odwiedzić internetową bazę skrzynek, jak np. polska opencaching.pl  lub międzynarodowa geocaching.com . Po zalogowaniu się szukamy skrzynek w swojej okolicy. Najlepiej zacząć od tradycyjnych o niskim poziomie trudności. Gdy już wytypujemy kesza, którego chcemy znaleźć są dwa wyjścia: albo spisujemy dokładne współrzędne geograficzne do swojego urządzenia GPS i nim kierowani udajemy się na miejsce ukrycia, albo korzystając z podanych wskazówek i mapy Google próbujemy sami odnaleźć schowek. Moim zdaniem ta druga metoda jest ciekawsza, niestety nie wszystkie skrzynki posiadają wskazówki, lub podane „spojlery” nie są precyzyjne.
Jak wygląda keszowanie w moim wykonaniu? Zazwyczaj spisuję wszystkie wskazówki tekstowe, a te w zdjęciach zgrywam na telefon. Często rysuję lub drukuję mapki, które pomogą mi trafić w okolice ukrycia skrzynki. Nie zawsze się udaje, ale za każdym razem jest przy tym dużo zabawy. Z Rudą kiedyś biegałyśmy po parku w Świnoujściu i przeszukiwałyśmy każdy pień po ściętym drzewie (bo w takim miał się znajdować kesz). Jakiś chłopiec zainteresował się, co też robimy i zapytał. Odpowiedziałyśmy, że zbieramy puszki. Wczoraj natomiast kilka razy wracałyśmy pod kościół w Gryficach, bo w okolicach kręcił się kościelny podejrzliwie patrzący na mnie oglądającą… rynnę.

Mogłabym jeszcze dużo pisać o rozmiarach skrzynek (Nano, mikro, małe, średnie, duże, bardzo duże) i ich rodzajach (tradycyjne, Multi-cache, quiz, wydarzenie, mobilna, own cache, nietypowa, wirtualna) oraz kilku innych ciekawych dodatkach, jak np. geokrety czy odznaki FTF, jednak po takie informację odsyłam na własną Wiki opencachingu  i zachęcam do zabawy! 

piątek, 6 lipca 2012

Niezwykłe muzeum Terakowskiej


               Radosna jak skowronek o świcie popędziłam wreszcie do biblioteki. W końcu będę mogła czytać to co chcę, a nie to, co muszę ( nie, żebym marudziła, ale „pomoc psychologiczno-pedagogiczna w świetle nowych rozporządzeń” już mi bokiem wychodziła).
Na pierwszy ogień poszły książki, które chcę sobie odświeżyć, czyli: „Bieguni” Tokarczuk i „Kraina chichów” Carrolla. Oprócz nich coś lżejszego- Cejrowski, Terakowska, Szwaja.
                 Wydawało mi się, że przeczytałam wszystkie książki Doroty Terakowskiej (szkoda, że już nic więcej nie napisze…) i te lekkiego kalibru, np. „Władcę Lewawu” i te trudniejsze: „Poczwarkę” czy „Ono”. Okazało się, że w bibliotece jest „Muzeum rzeczy nieistniejących” czyli zbiór frazeologizmów opatrzonych dowcipnym, nieraz złośliwym komentarzem.

Kilka miesięcy temu natknęłam się na fragmenty tej książki w Internecie i nie mogłam pojąć skąd pochodzą. Teraz już wiem, były drukowane w „Przekroju” a potem zebrane w jedną całość.
Mam swoje ulubione, np.: „Zabój- typowa miara miłości, tak jak centymetr czy gram są miarą długości i wagi. Zakochałam się na zabój, mawiają dziewczyny. Można się zakochać na jeden zabój albo na kilka, do wyboru. Ale że nikt nigdy zabója nie widział, więc nie istnieje”.
Świetna lektura na wakacje i nie tylko- już zastanawiam się, jak wykorzystać te teksty na lekcjach języka polskiego w mojej szóstej klasie. Mogą znacznie uatrakcyjnić lekcje o związkach frazeologicznych. 
A przy okazji znalazłam wirtualne muzeum Terakowskiej .