wtorek, 23 października 2012

Sobótka- miejsce na weekendową wycieczkę


Ostatni weekend spędziliśmy z mężem w Sobótce niedaleko Wrocławia. O samym Wrocławiu tez pewnie napiszę, ale innym razem. Teraz chciałabym skupić się na miasteczku położonym u stóp mojej ulubionej Ślęży. Dlaczego ulubionej? Bo od dzieciństwa fascynowała mnie ta Góra Czarownic, wyrastająca nagle na tle krajobrazu. I choć wielokrotnie przejeżdżałam w pobliżu , nigdy wcześniej jej nie zdobyłam. 

Teraz nadarzyła się okazja. W ramach zakupów grupowych nabyłam dwuosobowy pobyt w hotelu Sobotel u podnóża Ślęży. Położenie hotelu, na skraju miasteczka bardzo mi odpowiadało. Hotel może nie należy do ekskluzywnych, ale ma schludne, stylowo urządzone pokoje z ogromnymi oknami, z których rozpościera się fantastyczny widok- ja po przebudzeniu widziałam wielobarwne drzewo. Jedzenie w restauracji jest smaczne, a śniadania w postaci szwedzkiego stołu urozmaicone. Hotel posiada też strefę SPA, ale mojemu mężowi nie chciało się z niej skorzystać (szkoda). Ogromnym atutem hotelu jest jego młoda i niezwykle uprzejma obsługa. Indywidualne podejście do każdego gościa, niezobowiązujące pytanie o to, jak minął dzień i niewymuszony uśmiech. Tak, właścicielowi można pozazdrościć takiego personelu. 

Samo miasteczko nie należy do największych, ale może poszczycić się dwoma zabytkowymi kościołami, muzeum i całkiem sporym sobotnim targiem . 

I…. rewelacyjną pizzą serwowaną przez Guiseppe w pizzerii La strada

A Ślęża? Cóż- piękna, majestatyczna, z kamiennymi rzeźbami. Najważniejszą zdaje się być niedźwiedź, który stał się wizytówka Sobótki. Wchodząc w ten słoneczny jesienny dzień na szczyt, przekomarzaliśmy się z mężem: 

- z dołu nie było widać, że to tak daleko- sapnął mąż po którymś podejściu. 

-Nie marudź, przecież mamy mnóstwo czasu. 

-Ale dlaczego mam się męczyć? 

- Oj, nie rozumiem, dwadzieścia lat temu oboje lubiliśmy takie wędrówki.- przypominam mężowi dawne dzieje. 

- Tak, tylko teraz ja zmądrzałem, a tobie całkiem odbiło- słyszę w odpowiedzi. 

- Nie, to ty zgnuśniałeś przed telewizorem, a ja jestem ciągle młoda.- Nie pozostaję dłużna. 

Nie doszliśmy do porozumienia, ale piękna pogoda pozwoliła nam cieszyć się widokami i swoją bliskością. Bo przecież ważne jest , by mieć kogoś, z kim idzie się w tym samy kierunku. 




Szliśmy zgodnie z mapką i próbowaliśmy obejrzeć wszystkie atrakcje- stary dąb, rzeźby kultowe, źródło, skansen archeologiczny w Będkowicach – tylko, że nazwa skansen to trochę duże słowo na nazwanie tego, co zobaczyliśmy ( rozpieszczeni jesteśmy obcując na co dzień ze słowiańską grupą rekonstrukcyjną) . Mam jednak wrażenie, że miejscowości położone w bezpośredniej bliskości Góry na razie nie potrafią w pełni wykorzystać jej potencjału. 




Nadzieję na zmianę daje lokalne stowarzyszenie, którego dziełem są tablice informacyjne w poszczególnych miejscowościach będzie potrafiło wykorzystać turystyczne oraz walory Ślęży i jej okolic.
I rebus na koniec:
Na czym polega fizjoterapia w szafie wnękowej? Zamyka się pacjenta w szafie i czeka aż się odpręży?

sobota, 20 października 2012

O Szczecinie po raz kolejny

O tym, że Szczecin potrafi być piękny, już pisałam. O tym, że fascynuje - również. Ale nie napisałam jeszcze, że potrafi być przyjazny.
Przywiozłam sobie we wrześniu rower z domu do Szczecina właśnie. Miałam niemałe obawy jeżeli chodzi o jazdę po tym mieście. Ale po drugim tygodniu zajęć stwierdzam, że była to bardzo dobra decyzja. Nie dość, że oszczędzam na biletach tramwajowych, to jestem na zajęciach dużo szybciej, niż osoby wybierające komunikację miejską! Sprawdziłam to z koleżanką. ;)
Do tego mam swoją dzienną dawkę ruchu - jeżeli jadę tylko raz to robię jakieś 6 km, ale zdarza mi się po zajęciach jechać do domu zupełnie okrężnymi drogami wtedy jest to ponad 10 km. ;)
Więcej też dostrzegam i odczuwam - słońce grzeje mnie przyjemnie po twarzy, wiatr chłodzi policzki, a kierowcy w zdecydowanej większości wiedzą, jak zachować się wobec rowerzysty. Nawet jeżeli jest to blondynka w sukience. ;)

Szczecin potrafi się też spodobać z zupełnie niespodziewanych stron. W piątek wybraliśmy się z K. na spacer. Nie mogłam wyjść z podziwu z jaką fascynacją przyglądał się on korze platanów. "Takie naturalne moro!"

A "Ptaki" dla Rudej ;)

Zapraszam też tu.





Babcia-hipsterka sabotowała kryształkowe starania wywiadowcze. ;)



wtorek, 9 października 2012

Książkowe zakupy

Księgarnia "Weltbild" kusiła mnie już od kilku dni zarówno papierowym katalogiem, który przychodzi regularnie, jak i mailami. Oferta "gazetkowa" nie skusiła mnie zbytnio, jednak, gdy po namowie anetapzn weszłam na stronę inetrnetową, zginęłam! Bogactow zniżek przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z zapałem zaczęłam klikać "dodaj do koszyka". Stwierdziłam, że potem przejrzę jeszcze raz i wyrzucę nadmiar. Tak też zrobiłam. Efekt: 13 ksiażek, za które zapłaciłam tylko 107 zł. Szaleństwo. 
Wśród moich zdobyczy znalazły się takie perełki jak: 
Wybór Marzenki

Prezent dla męża
Pawlikowska dla mnie
Do tego jeszcze kilka innych, o których napiszę, gdy będę je czytała w długie szare wieczory:)


piątek, 5 października 2012

"Matka wszystkich lalek"


Lubię powieści Moniki Szwai, bo pisze o Szczecinie i o Karkonoszach- oba regiony są mi znane i lubiane. W jednej ze swoich książek wspomniała nawet mieszkankę Trzebiatowa – autentyczną- która zna na pamięć całego „Pana Tadeusza”. 

Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po kolejną książkę autorki:  : "Matkę wszystkich lalek”. Już wcześniej dowiedziałam się, że książka jest „inna”, poważniejsza i trudniejsza.  Zasiadłam do czytania i… chyba mi się powieści pani Moniki przejadły, bo nijak nie mogłam się przekonać.
Po pierwsze: sięgnęła do tematyki śląskiej i jej zapis gwary mnie –rodowitej Ślązaczki- nie przekonał. W moim domu mówiło się inaczej- z większym pochyleniem samogłosek, a próbowałam się przekonać, bo w domu babci też była lalka z porcelanową buzią i miała na imię… Elza, Elżunia- tak jak lalka bohaterki.
Po drugie przeplatanie losów współczesnej Klary i wojennych losów Elżuni za bardzo „nie trzymało się kupy”. Zabieg retrospekcji w tej powieści mnie nie przekonał.
W sumie połączenie dotychczasowego stylu pisania prozy lekkiej , łatwej i przyjemnej z jakąś próbą udokumentowania czasów minionych, moim zdaniem, się pisarce nie udał. A szkoda, bo temat wynarodowienia śląskich dzieci z pewnością zasługuje na uwagę.
I na koniec jeszcze jedno ale- po raz kolejny zakończenie powieści kuleje. Zazwyczaj czytając książki Szwai już w połowie wie się, jak potoczą się losy bohaterów- tym razem też- konieczny jest totalny happy end. 

środa, 3 października 2012

Koncertowy Szczecin


Jako prawie-stała mieszkanka Szczecina powinnam rozpisywać się o imprezach organizowanych w tym mieście, ale cóż – wstyd się przyznać – nieczęsto na takowych bywam. Bynajmniej nie z powodu ich braku, a mojego lenistwa. A jak już bywam, to najczęściej zapomnę napisać (jak np. o Nocy Muzeów). Tym razem się jednak zawzięłam i napiszę. Bo po pierwsze jest o czym, a po drugie po prostu warto.
Opowiem Wam o dwóch koncertach, na które trafiłam w ten weekend w Szczecinie. Z powodu jednego z nich opuściłam moje rodzinne miasto na ten czas i nawet namówiłam siostrę, żeby upiekła ciacha, na drugi trafiłam całkiem przypadkiem, mimo że do tej pory, gdy chciałam nań trafić to mi się nie udawało.
W piątek wieczorem złapałam zły nastrój, jakąś chandrę wrześniową i pokłóciłam się z K. A jak się z K. kłócę to potem wychodzę z domu i idę na spacer. Na bardzo konkretny spacer – w stronę Teatru Lalek „Pleciuga”, przy którym znajduje się fontanna multimedialna. I to właśnie ta fontanna stała się celem mojej wyprawy. Nic tak nie koi moich zszarganych nerwów jak plusk wody i kolorowe lampki podświetlające całość. Od jakiegoś czasu znana mi była legenda, że fontannie tej zdarza się grać. Ale ani razu nie udało mi się na ten cud techniki trafić (nawet gdy szłam tam z takim właśnie zamiarem). Jakież więc było moje zdziwienie, gdy tym razem emocje uspokajało nie tylko światło i plusk wody, ale także dźwięki płynące z głośników przy fontannie (jeszcze nie rozgryzłam, gdzie się one dokładnie znajdują). Pooddychałam sobie spokojniej, pouśmiechałam się do siebie i, gdy muzyka skończyła grać, ruszyłam wolnym krokiem do domu.


W sobotę natomiast odbył się koncert, na który również nie planowałam iść, bo niestety portfel zaczynał już zawodzić, że bilet do Szczecina jest jednak ponad jego możliwości. Jednak udało mi się złapać na „krzywy ryj” z jednym z muzyków występujących podczas tej imprezy (i w zamian za podwózkę przyniosłam ciastka – rodzinna atmosfera musi być!). Poszliśmy więc z K.(!) na koncert - VIII edycję Śpiewających Żagli . Koncert odbył się w Klubie 13 Muz i był wydarzeniem, na które warto było się wybrać. Impreza trwała 3 godziny i był to czas spędzony przy fantastycznej muzyce - wbrew temu co mogłaby sugerować nazwa festiwalu,  nie były to same szanty – przewijała się poezja śpiewana, ballady różnego rodzaju, szanty co prawda też. Na koncert poszłam ze względu na znajomego , który tam grał i cieszę się, że tak się stało, gdyż każdy wykonawca pokazał coś innego, często bardzo oryginalnego.  -  a pod tym linkiem spory kawałek występu Pana Piotra. :)
Mam nadzieję, że po tym wypadzie uda mi się częściej wyciągnąć gdzieś mojego K. – musi się chłopak uspołecznić i ukulturowić. ;)