piątek, 30 listopada 2012

Trzebiatowski Ośrodek Kultury ma już 20 lat


W Trzebiatowie jest wiele miejsc, o których warto i trzeba wspominać. Wiele się tutaj dzieje. Z Marzenką planujemy już od dłuższego czasu wycieczkę z aparatem, by sfotografować zabytkowe kamienice, zachwycić się detalami, a potem o tym wszystkim napisać.
Na razie z powodu niesprzyjającej aury zamykamy się w murach.
29 listopada 2012 r miałyśmy okazję uczestniczyć w ważnym wydarzeniu kulturalnym naszego miasta- 20-lecie działalności obchodził Trzebiatowski Ośrodek Kultury, czyli kulturalne serce miasta.

Z tej okazji do Pałacu zaproszeni zostali przyjaciele i sympatycy TOK-u, w tym my. Na początku obejrzałyśmy ciekawą prezentację ukazującą dorobek placówki, a było co pokazywać, bo w Pałacu od lat dzieje się bardzo wiele. Organizowane są koncerty, wystawy, konkursy. Działają koła zainteresowań dla dzieci i dorosłych,  wzbogacany jest wielotomowy księgozbiór biblioteczny.
TOK jest także organizatorem największych imprez plenerowych: Sąsiadów i Święta Kaszy.  
W drugiej części uroczystości wystąpił zespól kameralny „La Donna e Mobile”, prezentując najpierw polskie tańce a następnie utwory Straussów i Brahmsa. Zespół tworzą artystki Filharmonii Koszalińskiej, a towarzyszy im niezwykle dowcipny konferansjer, obdarzony specyficznym poczuciem humoru. Dzięki zestawieniu odpowiednio dobranego repertuaru z humorystycznym podejściem do muzyki koncerty zespołu podobają się melomanom i słuchaczom na co dzień odbierającym inne gatunki muzyczne. 

W przerwie trzebiatowscy licealiści, w tym Marzena , przeczytali fragmenty „Pana Tadeusza”.
Kolejnym punktem programu były życzenia od  zaproszonych gości, zarówno włodarzy gminy, dyrektorów zaprzyjaźnionych placówek , jak i całej rzeszy sympatyków .
Uroczystość pokazała, jak wielkim uznaniem i autorytetem cieszy się dyrektor TOK pani Renata Teresa Korek oraz , jak ważna jest kierowana przez nią instytucja dla naszego miasta.
Myślę, ze o historii i współczesności TOK można by napisać pracę magisterską. Postaram się któregoś dnia napisać szerzej o tym miejscu. Teraz tylko jeszcze kilka słów od siebie.
Dla nas Pałac jest miejscem odwiedzanym bardzo często i przy różnych okazjach. Należymy do stałych bywalców biblioteki, uczestniczymy w konkursach – kilka razy dzieciaki były laureatami zarówno konkursów plastycznych, jak i literackich czy recytatorskich. Uczestniczą też w koncertach- nie tylko jako słuchacze, ale i jako artyści.  W pałacu nie czujemy się gośćmi, lecz raczej członkami pewnej pałacowej społeczności.

środa, 28 listopada 2012

Konkurs z podróżą w tle


Anetapz przypomniała mi o urodzinach ulubionego pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera. Jego książki czytywało się z wypiekami na twarzy w czasach, gdy nie mieliśmy 100 kanałów w telewizji, a wyprawa  po za granice kraju była równie egzotyczna jak lot na Księżyc.
Do fascynacji twórczością Fiedlera przyznaje się też moja ulubiona podróżniczka Beata Pawlikowska.
Właśnie skończyłam czytać kolejną książkę reporterki- prezent urodzinowy od córki i jej chłopaka- „Blondynka w kwiecie lotosu”.

Książka jest zbiorem reportaży z podróży do Azji. Wcześniej wspomnienia te ukazały się w kieszonkowych „Dziennikach z podróży”, które czytuję w pociągu i traktuję jako „książkę wędrującą”.
Na „Blondynkę w kwiecie lotosu” składają się opowieści z Himalajów, Tybetu, Sri Lanki, Indii.
Podróżniczka zachwyca się religią buddyjską, zagląda do hinduistycznych świątyń, kosztuje regionalnych potraw.
W Himalajach zmaga się z własnym zmęczeniem i opisuje piękno  lasu rododendronów.
W Tybecie przypomina o tragicznym losie mieszkających tam Tybetańczyków, żyjących pod jarzmem Chin.
W Sri Lance opowiada o gatunkach herbaty ( to mój ulubiony rozdział) i o tym, jak zbierane są listki tego napoju bogów.
Indie zaś przedstawione są w swoim chaosie i zgiełku , w kontraście bogactwa i biedy, z szczurami i Taj Mahal.
Wszystkie reportaże okraszone dowcipnymi komentarzami i rysunkami autorki oraz zapierającymi dech w piersiach zdjęciami.
Uwielbiam w mgliste jesienne wieczory podróżować z Pawlikowską.
Do tego samego Was zachęcam. Jednocześnie proponuję małą zabawę.  Mam do sprezentowania  „Dziennik z podróży. Blondynka w Himalajach”. 

Wyślę  go do osoby ( wysyłka na terenie Polski), która najdowcipniej opowie  w kilku słowach o swojej podróży bądź wycieczce - w komentarzu do tego posta .
Zabawa trwa do 6 grudnia, godz. 19.00 (ktoś dostanie mikołajkowy prezentJ

wtorek, 27 listopada 2012

Szczecin na rowerze

A oto kolejny z wpisów cyklu szczecińskiego. :)
Po Nocy Reklamożerców, jak już zostało napisane Ruda obudziła mnie bladym świtem o 10 rano. Zjadłyśmy śniadanie, doprowadziłyśmy się do stanu umożliwiającego pokazanie się między ludźmi i ruszyłyśmy na podbój kolejnych miejsc. Głównym punktem programu było zwiedzenie szczecińskiego, niedawno otwartego Decathlonu. Wsiadłyśmy więc na rowery i ruszyłyśmy. Ruda połechtała nieco moją dumę, stwierdzając, że wjazd za mną pod górkę był dla niej pewnym wysiłkiem (byłam święcie przekonana, że z moją kondycją i na Kozie będę najwyżej widziała majaczącą z przodu tylną lampkę jej roweru). Na ścieżce rowerowej wiodącej wzdłuż Cmentarza Centralnego i później jeszcze dalej jechałyśmy już obok siebie rozprawiając na temat pozytywnych reakcji ludzi na nasz widok, nieodpowiedzialnego zachowania niektórych użytkowników dróg - w tym zarówno pieszych, rowerzystów, jak i kierowców aut. Zanim się spostrzegłyśmy, byłyśmy już na miejscu. Mile zaskoczył mnie fakt, że parking dla rowerów przy sklepie jest zadaszony.



Przynajmniej godzinę spędziłyśmy spacerując między półkami - polary, odzież termoaktywna, rękawiczki, czapki, odzież rowerowa, do biegania, akcesoria do rowerów... i jeszcze parę innych alejek, które żywo nas zainteresowały. Podczas owego zwiedzania znalazłam też swój rower. Wprawdzie jeszcze nie mój, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. ;) Wygłupiałyśmy się przy dzwonkach z Hello Kitty, dziecięcych kaskach, które były na Rudą za duże i robiłyśmy sporo głupich rzeczy, łącznie z przyznawaniem się do blondynizmu. Z Decathlonu wyszłyśmy z kilkoma zakupami - m.in. polarami, skarpetami i kurtką oraz częścią tatowego wyposażenia kolarskiego (bo ostatnio biedny narzekał, że siodełko ma niewygodne).
Po zakupach ruszyłyśmy w drogę powrotną do centrum, by wykorzystać kolejny Groupon. Niestety pizzeria okazała się otwarta dopiero od późniejszej godziny, na co nie mogłyśmy sobie pozwolić, że względu na pociąg Rudej. Na szczęście w bezpośrednim sąsiedztwie pizzerii otwarta była restauracja Kuźnia. Lokal zrobił na nas bardzo dobre wrażenie już od początku - przepiękny wystrój wnętrza i to co najbardziej lubimy - wygodne sofy przy jednym ze stolików. 

Obie zamówiłyśmy zupę gulaszową, wcześniej jednak podano chleb ze smalcem i ogórkiem. Zupa była naprawdę dobra, a smalec zabójczy. Ponadto miejsce godne polecenia ze względu na ceny - bardzo atrakcyjne, szczególnie uwzględniając interesujące promocje (mnie wybitnie zainteresowała oferta na środy - 40% zniżki z legitymacją studencką - dopytałam, haczyka nie ma).
Po obiedzie zostało nam jeszcze trochę czasu, więc ruszyłyśmy do Kaskady w poszukiwani rękawiczek zimowych dla mnie na rower. I niestety nie produkują rękawiczek na moje łapki. Co nie zmienia faktu, że będę jeździć na rowerze również zimą.

niedziela, 25 listopada 2012

Noc Reklamożerców 2012

Noc z 24 na 25 listopada spędziłam z Rudą w Multikinie w Szczecinie na Nocy Reklamożerców. Umówiłyśmy się w Galaxy, a ze względu na to, że mama miała być rowerem, to i ja na Rodła rowerem pojechałam. Nikt mnie nie przejechał, nikt mnie nie strąbił, nikogo nie rozjechałam - pełen sukces.
Nasza noc w centrum handlowym zaczęła się bardzo pozytywnie - pani szatniarka oraz pan Józek z ochrony umożliwili nam pozostawienie rowerów w bezpiecznym miejscu pod kluczem - zostawianie ich bowiem w nocy na parkingu nie napawało nas radością.
Następnie zaliczyłyśmy niewielkie zakupy w Realu i szybki rajd po sklepach. Jako, że do całej imprezy zostało nam trochę czasu poszłyśmy na kawę do lokalu znajdującego się już na terenie kina. Zamówiłyśmy kawy "sezonowe" : cynamonowo-miodową i czekoladowo-piernikową. Podane zostały w ogromniastych kubkach (po 400 ml) i były naprawdę pyszne.
Po kawie poszłyśmy zająć swoje miejsca w sali kinowej. Reklamy emitowane były w czterech okołogodzinnych blokach, rozdzielonych kilkunastominutowymi przerwami. Niewiele obejrzanych przez nas spotów znałyśmy z telewizji, część pochodziła np. z zupełnie egzotycznych zakątków świata, niektóre z różnych względów nie zostały dopuszczone do emisji, inne zupełnie nie przyjęłyby się na naszym rynku, kolejne zaś emitowane były 40 lat temu.
Zachwycałyśmy się spotami domów mody, wyłyśmy ze śmiechu na reklamach bielizny (seria składała się z dobrych 10 reklam), płakałyśmy i wzdychałyśmy do pięknych krajobrazów na reklamach społecznych. Kilka spotów mocno zapadło nam w pamięć, wzbudzając żywe emocje nawet kolejnego dnia (sądzę, że później też). Niektóre z reklam zarejestrowałyśmy, by niedługo potem już ich nie pamiętać.
W międzyczasie oddałyśmy się obserwacji nocnego życia centrum Galaxy, wdałyśmy się w krótką acz miłą pogawędkę z pracownikami remontowymi, rzuciłyśmy kilkoma głębokimi myślami na temat prawdziwego życia.
Z kina wyszłyśmy ok. 4:20 nad ranem - umęczone, ale zadowolone. Odebrałyśmy rowery i pojechałyśmy do domu spać. Długo jednak nie pospałyśmy - o 10 Ruda urządziła mi pobudkę i ruszyłyśmy na dalszy podbój Szczecina. Ale o tym w następnym wpisie.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=kotfBJ8NdK0

kilka ciekawych reklam z ten imprezy:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=ZxXfAipZH6M
http://www.youtube.com/watch?v=SaHS2diEFmo&feature=player_embedded    - na tej popłakałyśmy się równo.
http://www.youtube.com/watch?v=fER-WhFUzoA&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=uFsFzZolfss&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=UugC8J0qxX0&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=9_4xocBXE7g
http://www.youtube.com/watch?v=yaBAiRe8igw&feature=player_embedded
http://www.youtube.com/watch?v=0e8CWepeldY  - wyobraźcie sobie 10 reklam w tej estetyce.
http://www.youtube.com/watch?v=Mo01RI2-DdU&feature=player_embedded

Chudej cukiernicze zapędy

Z Rudą nie widuję się wybitnie często - co któryś weekend wracam do domu, czasem Ona przyjeżdża do Szczecina. Wobec tego, gdy nadarzyła się kolejna okazja skwapliwie z niej skorzystałyśmy. Ruda odwiedziła mnie przy okazji Nocy Reklamożerców 2012 w szczecińskim Multikinie. 
Ze względu na to, że jest moją kochaną mamusią, ale nie zostanie na obiedzie postanowiłam upiec ciastka. Nie wzniosłam się może na wyżyny kunsztu cukierniczego, bo ciasto kupiłam gotowe, ale i tak spędziłam nieco czasu przy garach. 

Przepis na szarlotkowe ciasteczka francuskie

Potrzebujemy:
- gotowe ciasto francuskie
- jabłka
- cynamon, goździki, imbir w proszku...(albo gotową przyprawę do piernika - z takimi jednak trzeba uważać, niektóre zawierają mąkę)
- jajko
- cukier

Jabłka obieramy i kroimy na ósemki (żeby powstały nam takie małe półksiężyce). 2/3  przygotowanego cukru mieszamy w zamykanym pojemniku z większością przypraw i wrzucamy do środka jabłka, które należy porządnie potrząsnąć, by ładnie obtoczyły się w tej mieszance. 

Ciasto francuskie kroimy na trójkąty. Moje miały wymiar ok. 10*5*5 cm. W takie trójkąciki zawijamy jabłka - kładziemy kawałek owocu na cieście, cieńszą krawędzią w stronę szerokiego kąta trójkąta - kąt ten zawijamy na jabłko, lekko naciągając. Dwa pozostałe wierzchołki układamy, tak by najdłuższa krawędź dała się połączyć sama ze sobą (czyli kawałki od wierzchołków z środkiem tej krawędzi). 

W razie problemów - odsyłam do słownika matematycznego xD A muszę tak to opisać, bo w ferworze walki z ciachami zapomniałam zupełnie o robieniu zdjęć. W dodatku robienie zdjęć rękoma poklejonymi cukrem byłoby trudne. 

Po zawinięciu jabłek układamy ciasto na papierze do pieczenia, którym wyłożona wcześniej powinna być blacha (wersja studencka - na kratce do piekarnika kładziemy folię aluminiową). Górę smarujemy rozbełtanym jajkiem z cukrem i resztą przypraw. Zapiekamy zgodnie z przepisem na ciastka nadziewane z opakowania ciasta francuskiego (jeżeli ktoś ma przedpotopowy piekarnik, który nie informuje o temperaturze, to zapiekamy "na oko" - aż urosną i ładnie się zarumienią, na średnim ogniu). 


Ciastka idealnie smakują na ciepło (no przecież nie mogłam się powstrzymać) oraz na zimno. A w dodatku zabójczo pachną jesienną atmosferą. 
Proporcje składników należy dobrać do ilości ciastek i własnych upodobań. 
Zdjęcie niestety dość słabej jakości - robione przy sztucznym świetle. 



wtorek, 20 listopada 2012

sushi

O kuponie, który wykorzystaliśmy przy okazji poniedziałkowej kolacji, było już tu. W końcu udało nam się go zrealizować - zabrałam swojego K. na kolację. Z początku podchodził do tematu bardzo nieufnie - "ale to będzie dawało rybą!", z czasem jednak oswoił się z tą myślą i przeżył ten posiłek bez uszczerbku na zdrowiu. Obserwowanie go, przysporzyło mi jednak sporo radości. Rzadko bowiem widzę, jak robi coś po raz pierwszy, a tak był w przypadku jedzenia sushi. 
Lokal w którym jedliśmy to Sushimado, niewielka szczecińska restauracja specjalizująca się w kuchni japońskiej. Lokal urządzony jest skromnie i nowocześnie, acz z kilkoma wyraźnie japońskimi (lub japonizującymi) akcentami. Niewiele z tego co napisano w karcie było dla nas zrozumiałe, niemniej pomoc obsługi i podstawowe rozeznanie w temacie pozwoliły nam podjąć decyzję - ja zdecydowałam się na maki z surowym łososiem, K. uznał, że aż tak odważny nie jest i zamówił maki z gotowanymi krewetkami. Sympatyczna kelnerka, przy zaserwowaniu zamówionych specjałów wyjaśniła "z czym to się je", w jakiej kolejności, dlaczego tak, a nie inaczej. Uspokoiła nas też, stwierdzając, że jedzenie palcami nie jest w złym tonie i można sobie na to jak najbardziej pozwolić, z czego ja skwapliwie skorzystałam, a K. męczył się pałeczkami. Z właściwą sobie beztroską rozrzucał ryż po podstawkach i stole, cieszył się do swojego odbicia w kulistej lampie, popijał wszystko zimną colą (która skończyła się bardzo szybko ze względu na ilości chrzanu wasabi, jakie dodawał do swojego sushi).
Do tego zamówiliśmy herbatę jaśminową - K. wrzucił do niej taką ilość brązowego cukru w kryształach, ze momentami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie usiłuje wyprodukować jakiegoś sosu. ;)
Samo sushi określę jako potrawę smaczną, acz jedną z tych, które można zjeść raz na jakiś czas - codziennie niekoniecznie. 

Zdjęcia robione w połowie posiłku, pojedynczą porcją sześciu "zawijasków" można się spokojnie najeść. 


Ten dzbanuszek mieścił w sobie taaaaakie ilości herbaty, że zastanawiam się, jak było to możliwe. Ponadto był tak ciężki, że mógłby służyć za sprzęt na siłowni ;) Ale był piękny.



K. walczy z wasabi. Zielony japoński chrzan bardzo przypadł mu do gustu.

"Popatrz, umiem jeść pałeczkami!"

niedziela, 18 listopada 2012

Listopadowe śniadanie


Listopad ze swoimi mgłami, późnym świtem i ogólną melancholią jest doskonałym czasem na zwolnienie obrotów i celebrowanie codzienności. Niedziela zaś wydaje się do tego stworzona.
Dla nas niedziela rozpoczyna się śniadaniem, które niejednokrotnie przeciąga się prawie do południe. Nie inaczej było i dzisiaj. Szwedzki stół, kawa w dzbanku, herbata , obowiązkowo jajka i jakieś sosy. Zasiedliśmy w czworo , śmiejąc się i przekomarzając, potem młodsza część rodziny wróciła jeszcze do pościeli, leniuchować i odpoczywać. Z mężem siedzieliśmy nadal przy kawie i jabłeczniku. Słuchaliśmy programu Beaty Pawlikowskiej. Audycja stała się pretekstem do rozmowy o podróżowaniu, o tym, że lubię czasem pobyć sama ze sobą i nie nudzi mnie 6 godzin samotnej jazdy rowerem. Wróciły też wspomnienia z sierpniowej eskapady i naszych maratonów.
- Wiesz, lubię jeździć z Marzenką, bo ona potrafi milczeć.- stwierdziłam.
- Niemożliwe.- mąż nie krył zdziwienia, bo żyje w przekonaniu, że nam to się buzie nie zamykają.
- Naprawdę, czasami jechałyśmy po kilka godzin , zamieniając ze sobą zaledwie kilka słów. Dopiero na postojach dzieliłyśmy się spostrzeżeniami. – kontynuowałam- z Czesią jeździ się zupełnie inaczej, ona rzeczywiście ma potrzebę mówienia.
- Wyobrażam sobie.- mruknął mąż, przypominając sobie wszystkie nasze wspólne posiłki, w czasie których więcej jest rozmów niż jedzenia.
Rozmowa dalej toczyła się w tym klimacie. Jednocześnie przygotowywałam kolejne zestawy prezentowe- butelki i pudełka ozdabiane metodą decoupage. W butelki wlejemy domowe wino, w pudełeczkach pojawią się pierniki, które za kilka dni zacznę piec.

Wreszcie do kuchni zawitała i Chuda, a wtedy mąż dyskretnie się ulotnił, abyśmy mogły spokojnie oddać się kobiecym pogaduszkom. 

sobota, 10 listopada 2012

Czekoladowe Gryfice


         Listopad skłania do melancholii i popadania w zadumę, czy wręcz chandrę. Aby tego uniknąć, ciągle szukamy sobie zajęcia. Sobota była na tyle pogodna, że można było wsiąść na rower i pognać przed siebie. Pognać to może trochę za dużo powiedziane zwłaszcza, gdy przez 20 km silny wiatr wieje w twarz. Nie mniej jednak na wycieczkę pojechałyśmy. Pretekstem stały się zakupy w Lidlu, gdzie w tym tygodniu można było kupić ubrania narciarskie, a ponieważ u nas nie myśli się o zimowych rowerzystach, wiec większość z nas w zimie korzysta ze strojów narciarskich;) Bluzy polarowe, ciepłe skarpety, rajstopy przydadzą się na pewno.
Oczywiście zakupy to tylko pretekst, bo najważniejsze było jednak wspólne spędzenie czasu. Pojechałyśmy najpierw jedną ze swoich ulubionych dróg- fragmentem tegorocznej trasy gryfickiego maratonu rowerowego.  Piękny bukowy las, zaorane pola, słowem krajobraz niezwykle urozmaicony.
W Gryficach zatrzymałyśmy się na rynku, bo zauważyłyśmy ciekawie wyglądającą kawiarenkę. Już sama nazwa brzmiała  kusząco: „Czekoladowa lokomotywa”.  Niewielkie, stylowe wnętrze zapraszało do odpoczynku. Zamówiłyśmy kawę, czekoladę na gorąco i sernik z wiśniami na ciepło.
Wszystko było pachnące, aromatyczne i świeżutkie.

- Wiesz mamo, lubię z Tobą jeździć.- stwierdziła Marzena, gdy już kończyłyśmy serniczek.
- Ja też, bo mam z kim na kawę i ciasto się wybrać.
- No właśnie- potwierdziła Marzena- i mam kogo naciągnąć- dodała rozbrajająco.
- Wiesz- zaczęłam po chwili milczenia- gdyby mnie ktoś teraz zapytał , po co jeżdżę na rowerze, odpowiedziałabym, żeby potem bezkarnie obżerać się słodkościami.
A słodkości były rewelacyjne… na naszej kawiarnianej mapie zapisujemy Czekoladową Lokomotywę, jako miejsce, które można polecić i do którego będziemy wracać.
( a dlaczego lokomotywa?- chyba z powodu muzeum koleiwąskotorowej, które mieści się niedaleko)
                Po kawie i zakupach ruszyłyśmy do domu. Tym razem najkrótszą drogą i z wiatrem. Miałyśmy nadzieję, na jakiś urokliwy zachód słońca, niestety ono schowało się za burymi chmurami. 

czwartek, 8 listopada 2012

Asterix i Obelix po raz n...

Z okazji "Śród z Orange" wybraliśmy się z K. do kina. Ale że, jak wszyscy wiedzą, jestem hipsterem od czasów, gdy hipsterstwo jeszcze nie istniało, nie poszliśmy na nowego Bonda, jak zatrważająca część kolejki do kasy. O nie! My, jak przystało na poważnych studentów, wybraliśmy się na film pt. "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" w reżyserii Laurenta Tirarda.

Mam do tej serii jakiś taki sentyment - pamiętam jeszcze z jaką niecierpliwością czekało się na kreskówki o losach sympatycznych Galów lecące w TV.
W tej części Obelix odnajduje miłość życia, Asterix marudzi, a Brytyjczycy piją wrzątek. W dodatku twórcy polskich tekstów chyba byli pod ogromnym wrażeniem umiejętności językowych Dżoany Krupy, co jest bardzo dobrze słyszalne w wypowiedziach Brytów i na początku było denerwujące i uciążliwe. A Cezar nie jest Cezarem.

W filmie tym ujęło mnie jednak kilka rzeczy - latający Normanie, Obelix, którego fanką pozostanę chyba dozgonnie oraz suknie Brytyjek. 
Muzyka w tej produkcji była właściwie niezauważalna - wtapiała się w tło, w pamięć zapadł mi tylko jeden utwór.
Znalazło się tam też kilka nawiązań do filmów kultowych, jak np. "Gwiezdne Wojny".
wybraliśmy się na wersję w 3D - był to ostatni seans Asterixa i Obelixa, a wcześniej wybrać się do kina nie mogliśmy. 3D było jednak na tyle subtelne, że odbiór filmu w żaden sposób nie zmieniłby się raczej bez niego. Kilkakrotnie wokół padał śnieg, raz coś chciało mi wybić oko, a poza tym widoczna byłą jedynie przestrzenność nieco głębsza, niż ta w wersji 2D.
Zabrakło mi w tej produkcji czegoś. Film był... rozczarowaniem? Nie, to chyba zbyt mocne słowo. Co prawda daleko mu było do części z Kleopatrą, zagraną przez boską M. Bellucci. Niemniej jednak bawił, obyło się raczej bez płakania ze śmiechu, ale śmialiśmy się w głos dość często, a tego przecież oczekujemy po tego typu obrazach.
 "Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" nie jest filmem, o którym powiem: idziecie koniecznie! Jest lekki, zabawny, porusza też temat przyjaźni i robi pod górkę historykom, ale widziałam już w życiu lepsze filmy (gorsze w prawdzie też). Z jego obejrzeniem można jednak poczekać aż pojawi się na DVD albo zastanie wyemitowany na którąś Gwiazdkę w TV.

środa, 7 listopada 2012

Zakupy grupowe, rozdział kolejny

Groupon.pl tak lubi mnie i Rudą, że sprezentował nam po 20 zł do wydania na dowolną ofertę. Obie wybrałyśmy coś do wszamania. W przypadku mamy było to sushi, ja zdecydowałam się na kanapki w Subwayu, na które zdążyłam już zaprosić swojego K.
Cóż mogę napisać o ofercie tego właściwie fast fooda? Kilka dobrych rzeczy - przede wszystkim nasza kanapka przygotowywana jest przy nas, wszystko odbywa się na naszych oczach, do wyboru jest ogrom składników, a ilość warzyw w kanapce powaliła nawet mnie. Do wyboru mamy kanapkę 15sto i 30stocentymetrową. Myślę, że ta mniejsza jest doskonałym rozwiązaniem na drugie śniadanie, my natomiast zamówiliśmy sobie po dużej i bez najmniejszego problemu można było uznać, ze jesteśmy po obiedzie. moim zdaniem jest to bardzo ciekawa pozycja na tle innych sieciowych restauracji szybkiej obsługi - proponuje posiłki zdecydowanie zdrowsze, lepiej zbilansowane, sycące na dłużej i w całkiem przystępnych cenach.

Na sushi niestety się z Rudą nie wybrałyśmy, jak to było w planach, gdyż okazało się, że konieczna jest rezerwacja stolika. Nic straconego - kupon jeszcze przez jakiś czas zachowuje ważność, więc zdążymy jeszcze przekonać się, czy surowa ryba, to coś co chcemy jeść.
Ze względu jednak na to, że nie miałam żadnej alternatywy obiadowej, wybrałyśmy się na placki po węgiersku na Turzynie.