czwartek, 27 grudnia 2012

Świąteczne zdobycze


                W tym roku Dzieciątko doskonale dopasowało się do potrzeb i gustów rodziny. Wszyscy siedzieli zachwyceni pod choinką, ciesząc się ty, co dostali.
Chuda znalazła pod drzewkiem 4 tomy „Pana Lodowego Ogrodu” Grzędowicza i pióro „Parker”. Mnie Dzieciątko obdarowało wymarzoną „Blondynką na Bali” i pełną dyskografią Marka Grechuty.
I o tej dyskografii teraz kilka słów. Wyobraźcie sobie wszystkie 15 płyt Marka Grechuty wzbogaconych o nagrania nie publikowane.  20 godzin fantastycznej muzyki.
Korowód i Kantata w kilku różnych wersjach,  niewydane na płycie piosenki do Sztandarów Hasiora (większość z nich wcześniej słyszałam tylko raz- w czasie koncertu Marka Grechuty w Opolu w 1989 lub 1990 r)  Przy okazji słuchania piosenek do obrazów – „Śpiewające obrazy” z 1981 r. i do Sztandarów opowiedziałam dzieciakom o Hasiorze i jego niezwykłej galerii oraz o obrazach, do których śpiewa Grechuta.  

Od wigilii słuchamy tych płyt i jeszcze nikomu się nie znudziło. Do zbioru dołączona jest niewielka książeczka z ciekawostkami na temat zamieszonych na płytach utworów.
Razem- rewelacja!
„Blondynkę na Bali” też już oczywiście przeczytałam. Jaka jest?
Mniej magiczna niż poprzednie książki. Beata Pawlikowska wydaje się być rozczarowana komercjalizacją Bali i ma problem ze znalezieniem na wyspie prawdziwego życia, nie nastawionego na turystykę. Ale mimo to znalazłam to, co u Beaty tak lubię- refleksje o życiu i podróżowaniu. Tylko brak zakreślacza (chyba został w pracy) sprawił, że jeszcze nie pozaznaczałam tych najważniejszych fragmentów.
Chuda napisze, jak skończy czytać. Na razie, jak widać, czyta. Wszędzie i bez przerwy;)

środa, 26 grudnia 2012

Czorne kluski, rolada wołowo, modro kapusta i kompot z krauzy- tradycje rodzinne


Święta nastrajają do rodzinnych rozmów i wspominek. Już w czasie wigilijnej kolacji rozmawialiśmy o rodzinnych tradycjach, o tym, że one nas określają i pozwalają czuć się bezpiecznie.  Dzieci opowiadały o swoich doświadczeniach  szkolnych, o pisaniu wypracowań i o wartości tradycji. Tych tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, jak i tych tworzonych w każdej rodzinie.

A w naszym domu mieszają się zwyczaje śląskie i poznańskie. Stąd na naszym wigilijnym stole obok śledzi i pierogów stała słodka śląska moczka. Co ciekawe, potrawy pozostają niezmienne od lat i żaden z członków rodziny nie życzy sobie zmian.
W tym roku święta spędziliśmy w domu, a nie w górach, więc mogłam podogadzać bliskim. Zgodnie z koncertem życzeń ugotowałam to, na co mieli ochotę. Były to: galaretki drobiowe i rybne (życzenie męża), rosół rybny z drobnym makaronem (wybór Chudej), a w drugi dzień świąt podałam tradycyjny, tytułowy śląski obiad.

Tradycyjnie na choince pojawiły się pierniczki, bliskim wysłałam ręcznie robione kartki oraz bombki decupage . Do prezentów pod choinka dołączone były zabawne wierszyki.  Prezentów w tym roku było bezliku i wszyscy wyglądali na zadowolonych, ale to temat na inny wpis.
Tradycyjnie też po wigilii graliśmy w planszową grę- w tym roku był to „Eurobiznes”, a w pierwszy dzień świąt odwiedziliśmy rodzinę.
Święta powoli dobiegają końca i chyba każdy z nas ma uczucie, że spędził je radośnie i rodzinnie. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałybyśmy życzyć Wam zdrowia, szczęścia, pomyślności, wielu sukcesów w rozpoczętych lub planowanych przedsięwzięciach (w tych zupełnie nieplanowanych również).
 Życzymy by te Święta wniosły w Wasze życie spokój, radość i pozwoliły odpocząć od codzienności.

Chuda, Ruda i Marzenka 

 
 A pod choinką specjalnie dla Was - śpiewająca Marzenka. :)


piątek, 21 grudnia 2012

Misz- masz

Dzisiejsza notka swoją formą będzie odbiegała troszkę od tego, do czego Was przyzwyczaiłyśmy, bo będzie o paru rzeczach na raz.
Po pierwsze mamy zwyciężczynię konkursu "złap dziesiątkę". Sztuka ta udała się Kasi, która przesłała nam takie oto zdjęcie:
A jako, że nasz blog jest "herbaciany", więc Kasia otrzyma od nas zestaw herbacianych prezentów: filiżaneczkę oraz kilka smaków specjalnie dla niej mieszanych herbat.

No właśnie, herbata... Dziś dotarła do mnie wreszcie paczka z herbatą, którą zamówiłam już jakiś czas temu w sklepie smaczna herbata . Skorzystałam przy tym z rabatu i dnia darmowej wysyłki, więc moje zamówienie wyszło stosunkowo tanio. W paczce znalazło się:
100 g senchy
100 g pu-erh
100 g rooibos
100 g yerba mate
50 g herbaty białej z płatkami róży.
Jak widać większość zamówienia to herbaty czyste, bez dodatków, gdyż od jakiegoś czasu bawię się w mieszanie i komponowanie autorskich mieszanek.
Moją dumą są: herbata zimowa (ulubiona Marzenki) oraz zielona z dziką gruszką ( moja ulubiona).
Z zupełnie innej beczki Chuda na swoim blogu  ogłosiła Candy związane z naszą wspólną pasją czyli rękodziełem. W imieniu Chudej zapraszam do zabawy.

A teraz na zakończenie: tak śpiewają dzieciaki w mojej szkole: 




czwartek, 20 grudnia 2012

Czytelnicze marzenia i kolejna "Blondynka"


„Blondynka na tropie tajemnic” to moja kolejna lektura na długie zimowe wieczory. 

W świecie opisywanym przez Pawlikowską jest ciepło, żar wręcz leje się z nieba , a pot przykleja się do skóry. Zima sprzyja takim właśnie lekturom. Siedzisz sobie w bezpiecznym, cieplutkim, ale nie przegrzanym mieszkanku popijasz aromatyczną herbatę- może być mate lub  owocowa i czytasz o Amazonii, Brazylii, Tanzanii, czy Zanzibarze. Bo te właśnie miejsca opisuje podróżniczka w omawianej książce.
Jak zwykle u Pawlikowskiej mnóstwo pięknych zdjęć, pozytywnego myślenia, zabawnych rysunków i magii zaklętej w naturze.
Mój ulubiony cytat: „W podróży często ludzie dzielą się prawdą, która ich dotyczy, szczególnie, gdy jest to prawda świeżo odkryta i trudna dla nich do zrozumienia czy zaakceptowania. Podróż pomaga ułożyć sobie wszystko w głowie, a rozmowy z przypadkowo spotkanymi osobami są często jak drogowskazy”
Zwłaszcza to drugie zdanie wyjątkowo mi odpowiada i pasuje do mojego stylu podróżowania. Lubię rozmawiać z ludźmi, każde spotkanie wzbogaca mnie, pozwala spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Czasami takie spotkania pozostają na długo w mojej pamięci, a opowiedziane w podróży historie niejednokrotnie ciekawsze są od książek.
Już nie mogę doczekać się, kolejnych książek Beaty- mam nadzieję że ktoś sprezentuje mi „Blondynkę na Bali”, bo fragmenty znalezione w Internecie są zachęcające.

Czekam też z utęsknieniem na kolejny urlop, bo planujemy go z Marzeną spędzić bardzo aktywnie. Ma być intensywnie i ciekawie. Z wieloma kilkudniowymi wyprawami  po Polsce.
A wracając na chwilę do marzeń książkowych, to przeczytałam informacje o nowo wydanym przewodniku na temat Pomorza Zachodniego. Oj, gdy będę w empiku, to chociaż do ręki wezmę i popatrzę, bo póki co mnie nie stać na to cudo.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł. Gdynia '70



Historia jest raczej jednym z najmniej lubianych przeze mnie przedmiotów. Nie mam pamięci do dat, nazwisk, wydarzeń. Ale jest taki okres w dziejach naszego kraju, który interesuje mnie szczególnie, a niestety zazwyczaj na lekcjach nie ma już czasu na jego omawianie: PRL. Wcześniej jednak nie było to nic szczególnego – ciekawe, ale nie dla mnie. Zmieniło się to, odkąd dość mocno zainteresowało mnie jedno konkretne wydarzenie tamtego okresu: Czarny Czwartek Grudnia ’70.  A skąd mi się to wzięło…? Długa historia, zaczynająca się od tego, że moim idolem jest Kazik Staszewski. Jestem zafascynowana muzyką, którą tworzy wraz z KULTem i Kaenżetem, jestem pełna podziwu dla słów, które pisze. 



Nie całe dwa lata temu doszły mnie słuchy, że Kazik nagrał „Balladę o Janku Wiśniewskim” – utwór do filmu „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski Padł”. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tego filmu nie obejrzeć, nawet, jeśli jedynym powodem miała być właśnie ta piosenka. Czas jednak mijał, a okazji do odwiedzenia kina nie znalazłam. Pod koniec kwietnia, będąc u rodziny na Śląsku, wreszcie udało mi się namówić kolegę na seans w rybnickim Cinema City. Podejrzewam, że był to już jeden z ostatnich seansów (w końcu premiera odbyła się w lutym). Byliśmy jedynymi widzami w sali.
Film mnie niesamowicie poruszył. Opowiada o wydarzeniach grudniowych w Trójmieście, a szczególnie w Gdyni. Brunon Drywa – pracownik portu w Gdyni, ojciec trójki dzieci, ginie od rykoszetu na przystanku SKM Gdynia Stocznia. Historia jego rodziny jest umiejętnie przepleciona z obrazem strajku, tragedii stoczniowców, sytuacji, w której Polak strzela do Polaka.
Po seansie mocno zainteresowałam się tematem Czarnego Czwartku nie tylko w Trójmieście, ale także w Szczecinie i Słupsku, a nawet wcześniejszych wydarzeń w Poznaniu. Kiedyś z mamą w drodze do rodziny na Śląsk miałyśmy przesiadkę w Poznaniu w środku nocy. Jedyne, co chciałam wtedy zobaczyć to pomnik ofiar strajków PRL, który na szczęście był dość blisko dworca.
Podczas naszej wycieczki rowerowej do Gdańska oczywiście nie mogło mnie zabraknąć w Gdyni, również pod pomnikiem, a przy okazji odbyłyśmy przejazd ulicą Janka Wiśniewskiego. Również w drodze powrotnej pociągiem, gdy staliśmy na stacji Gdynia Stocznia, patrzyłam na kładkę nad torami oraz na wiadukt i widziałam makabryczne sceny z filmu. Aż przechodził mnie dreszcz.
Ale miało być o książce. Przy okazji ogromnych zakupów w księgarni Weltbilt mama kupiła mi książkę „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł. Gdynia ‘70” autorstwa Mirosława Piepki i Michała Pruskiego. Jak się potem z lektury dowiadujemy, są oni scenarzystami filmu oraz kolegami z redakcji. Co ciekawe – chodzili też do tego samego liceum w Sopocie, ale wówczas jeszcze się nie znali. Obaj brali udział w zamieszkach na ulicach: siedemnastoletni Mirek w Gdańsku, szesnastoletni Michał w Gdyni. Obaj widzieli rzeczy, jakich osoba w ich wieku nie powinna ogladać. Wstęp do książki, w którym obaj opowiadają swoje wspomnienia, poruszył mnie niesamowicie. Myślę, że duży wpływ na moje wrażenie miał fakt, że w tej chwili mam siedemnaście lat i nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeżyć ten koszmar, który oni przeżyli i potrafią o nim opowiedzieć w tak niesamowity sposób.


Większość książki tworzą wspomnienia związane z tworzeniem scenariusza. Przebiegi wywiadów z ludźmi, którzy brali udział w strajkach i ich rodzinami. Dużo miejsca naturalnie zajmują rozmowy ze Stefanią Drywą – żona głównego bohatera. Jest kobietą spokojną, pogodną, opowiada wszystko, co pamięta. Najbardziej poruszyły mnie jednak dwa inne wywiady: jeden z Wiesławem Kasprzyckim – torturowanym niemal na śmierć, drugi z Panią Żebrowską – matką zamordowanego w wieku siedemnastu lat Janusza Żebrowskiego. Obie te osoby do dzisiaj nie potrafią rozmawiać o tamtych wydarzeniach, gdy mają odpowiedzieć na pytanie - łamie im się głos, łzy napływają do oczu.
Wywiady i rzetelne opisy dziejów są przeplecione autentycznymi zdjęciami i fragmentami scenariusza, również scen wyciętych.
Dlaczego chciałabym polecić tą książkę? Czarny Czwartek należy do najmroczniejszych faktów historii współczesnej Polski i wciąż nie jest do końca wyjaśniony. Straszną tragedią było to, że większość ofiar stanowiła młodzież ucząca się w przystoczniowych szkołach lub dopiero rozpoczynająca pracę w stoczni. Książka jest wyjątkowa, ponieważ pomimo tego, że właściwie przedstawia tylko suche, oparte dokumentami fakty, bez żadnych osobistych odczuć i wtrąceń autora, potrafi niesamowicie wzruszyć. Mnie pozwoliła docenić spokój czasów, w których dane mi jest żyć, dorastać.
Post nie bez powodu opublikowany dzisiaj. Siedemnastego grudnia miała miejsce większość wydarzeń opisanych w książce. Dzisiaj mamy czterdziestą drugą rocznicę...

środa, 12 grudnia 2012

kino nie do końca rodzinnie.

Dziewczyna mojego brata, czyli A., ma szczęście - wygrała dwie wejściówki do Multikina na "Listy do M." w ramach Kina na obcasach, więc brata mojego na seans zabrać nie mogła. Bilety chciała mi oddać, ale zaproponowałam, żebyśmy we dwie wybrały się do kina, na co przystała. Pewnego przedzimowego wieczora wybrałyśmy się więc razem na film.
W ramach Kina na obcasach ( o czym nie wiedziałyśmy) nie wyświetla się od razu filmu, najpierw odbyła się krótka rozmowa z panią z jednego ze szczecińskich SPA, podczas której A. wygrała zaproszenie na zabiegi, następnie zorganizowane zostały jeszcze dwa szybkie konkursy, oraz niewielkie losowanie. A. tym razem zdobyła pendrive, a ja zestaw upominkowy od Pachnącej Szafy. Ponadto wszystkie panie obdzielone zostały próbkami kosmetyków, produktów zapachowych oraz słodyczy.
Dopiero wówczas rozpoczął się film. Film dość dobrze już znany, emitowany bowiem w kinach przed rokiem, wejdzie zapewne na kilka lat do stałego świątecznego repertuaru filmowego w telewizji. I mimo całej jego naiwności, porusza kilka tematów ważnych i na czasie, jest przyjemny w odbiorze, mi jednak zdarzyło się popłakać. Jak zwykle też byłam pod wrażeniem wigilijnej kreacji Małgorzaty (Agnieszka Wagner). Ogólnie postać ta, już podczas pierwszego oglądania "Listów..."przypadła mi do gustu.

Cały wieczór spędzony w towarzystwie A. uważam za bardzo udany i mam nadzieję, że udało nam się przełamać lody dzielące nas do tej pory. :)

sobota, 8 grudnia 2012

Zapachniało piernikami


Usiadłyśmy we trzy. Ostatnio nieczęsto nam się to zdarza, bo Chuda tylko czasami do domu zagląda, a i Marzena ma tysiąc różnych spraw. Tym razem się udało. Nawet dwukrotnie. Wczorajszy wieczór spędziłyśmy, pijąc aromatyczną, korzenną herbatę, słuchając Grechuty , malując szkło na prezenty i gadusząc o wszystkim i o niczym.
Dzisiaj dalszy ciąg, tym razem zasiadłyśmy do lukrowania pierników. Tradycję robienia świątecznych pierników przeniosłam ze swojego rodzinnego domu, gdzie na miesiąc przed świętami babcia zarabiała piernikowe ciasto. Ciasto to musiało odleżeć przynajmniej 24 godziny w ciemnym, chłodnym miejscu, dopiero wtedy można  było je wałkować, wykrawać pierniczki i piec.  
Pewnego roku babcia tak dobrze schowała ciasto, że nie mogła go potem znaleźć. Przygotowała drugą porcję i pierniki zostały upieczone. A ciasto znalazło się w czasie wiosennych porządków w piwnicy i ponoć udało się z niego pierniczki zrobić!  
A pierników i różnych drobnych ciasteczek babcia robiła mnóstwo, bo do Wielkanocy musiało ich wystarczyć.
Mając taki wzór, nie można nie piec. Moje pierniki też przygotowuje się dużo wcześniej, by mogły odpowiednio skruszeć. Ciasto przygotowałam dwa tygodnie temu, pierniki piekłam ponad tydzień temu, a dziś zgodnie z rodzinną tradycją je lukrowałyśmy. Zabrakło tylko Piotra, który jako dziecko zawsze nam pomagał.

Tym razem  było kobieco. Ubawiłyśmy się przy tym przednio, wspominając te dziecięce pieczenie pierników i lukrowanie, gdy w dziecięcych buziach znikała prawie połowa lukru i duża część dekoracji ( cóż, od tamtego czasu niewiele się zmieniło- dziewcvzyny co i rusz podjadały cukiereczki i rodzynki, oblizywały lukier skapujący na palce).
Kucharzyłyśmy do piosenek Kory, którą wszystkie lubimy.

A oto przepis na tradycyjne pierniczki:
1 kg mąki
1 szklanka miodu
250 g masła lub margaryny
4 jajka
1 szklanka cukru
2 łyżeczki amoniaku
100 ml wody
przyprawy korzenne ( ja mieszam swoje z cynamonu, goździków, wanilii, anyżu, kminku, czarnego pieprzu, gałki muszkatołowej, kurkumy, imbiru, mielonej skórki z mandarynki)
łyżka kakao
łyżka kawy Inki

Sposób wykonania:
Miód, cukier i masło topimy, dodajemy przyprawy, kawę i kakao. Zdejmujemy z ognia. Gdy odrobinę wystygnie wsypujemy przesianą mąkę i dokładnie mieszamy. Ciasto wychodzi dosyć twarde. Odstawiamy je w chłodne miejsce przynajmniej na dobę, może być dłużej (jak w babcinej historii- nawet do Wielkanocy) .  Po upływie podanego czasu  do masy dodajemy 4 jajka i rozpuszczony w letniej wodzie amoniak. Wyrabiamy ciasto na jednolita masę (początkowo jest ono grudkowate i nie chce się zespolić, ale pod wpływem ciepła rąk i cierpliwości wychodzi ładna, gładka masa). Gdyby okazało się, że ciasto jest zbyt twarde, można dodać letniego mleka.
Odkładamy kulę ciasta na godzinę, a następnie porcjami wałkujemy, wykrawamy pierniczki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni ok. 15-20 min.- aż się lekko zarumienią. (trzeba bardzo uważać- ja zawsze jedną partię przypiekę!)

Kiedy wystygną, lukrujemy i zdobimy. Gdy dzieci były małe, a w domu się nie przelewało sama przygotowywałam lukier z cukru i wody albo białka i wody. Lukier barwiłam kurkumą i sokiem z buraków. Teraz korzystam z gotowych lukrów.

piątek, 7 grudnia 2012

Wyniki konkursu!


Minęła godzina 19.00 a więc ogłaszamy wyniki konkursu. Jury, w skaldzie  Chuda, Ruda i Marzenka, po debacie zadecydowało (oj nie mogło się zdecydować!) , że nagroda w postaci  „Dziennika z podróży” należy się Asymace. Nagrody pocieszenia w postacie drobnych wyrobów hand made wyślemy do pozostałych uczestniczek. Proszę na maila adres do wysyłki. 


środa, 5 grudnia 2012

Norwegia

Do Norwegii zaproszona zostałam przez K. w lipcu. Pojechaliśmy na cztery dni, z czego dwa spędziliśmy w trasie. Dwudziestoczterogodzinna jazda przez Niemcy, Szwecję i Norwegię należy do naprawdę męczących przeżyć, nawet jeżeli za kierownicą nie siedziałam ja. W czasie samej podróży przeczytałam chyba ze dwie książki i dokończyłam dwie suknie słowiańskie.
Pierwszego dnia wyjechaliśmy ok. 3 w nocy z domu, pierwszej części jazdy właściwie nie pamiętam - poszłam spać. Pamiętam natomiast przeprawę promową przez Bałtyk - było pochmurno, szaro, zimno i mżyło, więc zdecydowaliśmy się z K. tylko na krótki spacer na zewnątrz. Czym dalej jednak na północ, tym pogoda stawała się piękniejsza i gdy późnym popołudniem (dane ze zdjęć twierdzą, ze była to 20!) dotarliśmy do Oslo pogoda była piękna - świeciło słońce, chociaż temperatura była taka...wrześniowa w moim odczuciu. W stolicy Norwegii spędziliśmy ok. godziny na spacerze po czym ruszyliśmy w dalszą trasę. Dopóki było jasno, dopóty coś widziała, później poszłam spać i obudziłam się dopiero, gdy dojechaliśmy na miejsce...o godzinie 3 nad ranem było szaro - jak się okazało kolejnej nocy był to czas, gdy naprawdę całkiem ciemno nie robiło się ani na chwilę.
Podczas jazdy w oczy rzuciły mi się niezwykłe formacje skalne - dokładnie widać było sąsiadujące ze sobą warstwy, ba! prześledzić można było przebieganie dawnych kominów!
Większą część kolejnego dnia przespaliśmy. Gdy tata K. wrócił z pracy, postanowił pokazać nam Trondheim - miasto położone na dalekiej Północy nad największym z norweskich fiordów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od muzeum, skansenu, w którym zebrane został m.in. dawne, tradycyjnie budowane domy wraz z wyposażeniem. Następnie wybraliśmy się do wieży telewizyjnej, z której zobaczyć można całe miasto. Kolejnym punktem programu były "forty" (miejsce tak nazywane przez tatę K.) - budynek umiejscowiony na wzgórzu o wyraźnej funkcji obronnej. Później wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście oraz na wzgórze nad samym fiordem - tak pięknych krajobrazów dawno nie widziałam.
Drugiego dnia zwiedziliśmy wyspę nieopodal Trondheim, która niegdyś pełniła przeróżne funkcje - najpierw znajdował się tam klasztor, później więzienie, ostatecznie zaś jeden z punktów obronnych.
Na tym zakończyliśmy ekspresowe zwiedzanie najciekawszych, zdaniem pana Jarka, miejsc w Trondheim i wróciliśmy do domu pakować się i przygotować do podróży.

Wyjechaliśmy szarym świtem i z drogi powrotnej mamy chyba najwięcej zdjęć - aparat dostał się w moje łapki, a ja próbowałam uchwycić każdą kaskadę, każdy szczyt, kotlinę, łachę śniegu, czy jezioro... oraz setki innych elementów krajobrazu (łącznie z mostami i wiaduktami). Norweskie GÓRY zrobiły na mnie przeogromne wrażenie - są monumentalne, surowe, groźne. Wiszą nad miasteczkami i wsiami niczym niemi obserwatorzy, którzy w każdej chwili mogą zmieść z powierzchni ziemi ludzi wraz z ich domami, samochodami i gospodarstwami. Góry pocięte są setkami potoków, płynących z nigdy nietopniejących łach śniegu (czy to już lodowiec?), potoki spadają tysiącami mniejszych i większych kaskad czy wodospadów. Jadąc mieliśmy często z jednej strony skalną ścianę, z drugiej urwisko i potok - człowiek czuje się tam naprawdę maleńki. Ale jednocześnie te krajobrazy mają w sobie obietnicę swobody, czystości, kontaktu z naturą w jej prawdziwie dziewiczym wydaniu.
Stwierdzam odważnie - jeżeli będę kiedyś bardzo bogata, to zamieszkam w Norwegii, w tych Górach, nad tymi Fiordami. (dużo pieniędzy, bo tam wszystko jest kilkakrotnie droższe niż w Polsce). 
A zdjęcia tu.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przez żołądek do serca, czyli bułki drożdżowe


Bycie teściową to zadanie niezwykle trudne, a już bycie dobrą teściową to prawie oksymoron.
Mam dużo szczęścia, gdyż moja teściowa to cudowna kobieta, z którą świetnie się rozmawia, można na niej polegać, a jej dobroć czasami potrafi być denerwująca. Lata temu zastąpiła mi mamę, choć zastąpiła to złe słowo. Od tak dawna nie mam mamy, że ona się nią po prostu stała. Lepszej nie mogłabym sobie wymarzyć.  
Mając taki wzór, staram się być dobrą „prawie teściową” dla drugich połówek moich dzieci. Chociaż jest to nielada wyzwanie! 
- Zaproś K. na śniadanie.- proszę Chudą.
- Mamo, ale on się ciebie boi!- słyszę w odpowiedzi.
-A A. je z nami?- pytam syna.
- Nie, bo ty na nią patrzysz.
- Dlaczego się mnie boją? Przecież nie gryzę!
- Ale czują respekt.
Tylko M. Marzenki daje się namówić na wspólne posiłki od samego początku.  (K. powoli też się oswoił z moją obecnością, zwłaszcza, że cały poprzedni rok nawiedzałam ich w Szczecinie).
Kiedyś postanowiłam oswoić towarzystwo i zaprosiłam na pizzę z okazji zakończenia roku szkolnego. Okazało się, że A. siedziała jak na rozżarzonych węglach, więc rozmowa się nie kleiła. Zrezygnowałam z oswajania na siłę, ale wierzę, że kiedyś usiądzie ze mną i wypije herbatęJ
A na razie gotuję dobre obiady, aby dzieciaki chociaż tak odczuły, ze są dla mnie ważne. Wszystkie, także te „przyszywane”.
K. kiedyś nieopatrznie przyznał, że lubi moje bułki z parówką, więc teraz ma je przynajmniej raz w miesiącu.
Dzisiaj też piekłam słynne bułeczki.
A  oto przepis:
1kg mąki
1 kg cienkich parówek (mogą być z biedronki)
50 g drożdży
0,5l wody
1 łyżeczka cukru
odrobina oleju
Sól, pieprz, zioła do smaku.  


W mące robimy dołek, kruszymy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i pół szklanki wody. Czekamy aż drożdże trochę urosną. Potem dolewamy resztę wody ( powoli, sprawdzając, żeby nie wlać za dużo), dodajemy 2 łyżeczki soli, przyprawy (ja dodaję oregano, pietruszkę, koperek). Wszystko dokładnie mieszamy na jednolitą masę (najlepiej ręką) Ciasto wyrabiamy tak długo, aż „odstaje” od ręki. Jeżeli jest za miękkie dodajemy mąki, jeżeli za suche- wody. Na koniec dodajemy odrobinę oleju, aby ładnie odchodziło od rąk w czasie lepienia bułek.
Blaszkę smarujemy olejem. Parówki kroimy na 2-3 cm kawałki. Każdy kawałek parówki owijamy ciastem, formując podłużną bułeczkę, układamy na blaszce dosyć luźno, bo mocno rosną. Czekamy aż trochę podrosną, a następnie wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze ok. 220 stopni, aż się zarumienią.
Bułki podajemy na ciepło lub zimno z majonezem, musztardą lub keczupem. My podajemy z sosem borówkowym.

Przypominam o moim czytelniczym konkursie!