wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczne Izery

Co widzicie, patrząc na te chmury?

Każdy nowy świt jest tajemnicą, niespodzianką. Jeszcze wszystko może się zdażyć i tylko od nas zależy, czy to będzie dobry dzień.
Wigilijny poranek w Domku pod Orzechem. Pachną gotujące się grzyby, stygnie kompot z suszonych owoców. Za kilka godzin usiądziemy do stołu.

Niech ten świąteczny czas będzie czasem rodzinnych rozmów
spotkań przy filiżance herbaty
 a Dobro, które rodzi się w każdym z nas
niech w nas wzrasta. 

C

piątek, 20 grudnia 2013

Sobotnie kolędowanie trzebiatowskiej "Dwójki"

Grudniowy, szary, mglisty sobotni poranek (14.12.2013). Trzebiatowianie właśnie robią przedświąteczne zakupy. Z rynku dobiega radosny dziecięcy śpiew- to uczniowie Szkoły Podstawowej nr 2 przygotowali niespodziankę dla mieszkańców- Jarmark Bożonarodzeniowy. Może nie tak okazały , jak te w wielkich miastach, ale równie barwny i przepełniony zapachami oraz smakami. Na przechodniów czekały kolorowe ozdoby choinkowe, stroiki, kartki świąteczne wykonane własnoręcznie przez uczniów i ich rodziców oraz nauczycieli. Rodzice upiekli rewelacyjne ciasta, przygotowali kawę i herbatę. Można było także posilić się pożywną grochówką serwowaną przez Stowarzyszenie Przyjaciół Dwójki.
Na spragnionych atrakcji czekali także Słowianie z bractwa Chąśba, chętnie włączający się w szkolne inicjatywy.Wśród Słowian udzielała się i Chuda, która wystawiła nasze rękodzieło.


Celem jarmarku, w którego organizację włączyła się cała społeczność szkoły, była nie tylko promocja SP 2 w środowisku lokalnym, ale przede wszystkim podtrzymywanie tradycji bożonarodzeniowych i zachęcanie do spędzania czasu w rodzinnym gronie przy wspólnym pieczeniu pierników i wykonywaniu ozdób choinkowych.
Aby impreza mogła dojść do skutku, już od kilku miesięcy się do niej przygotowywaliśmy. Dzieci pod okiem nauczycieli i rodziców przygotowywały kolorowe bombki i ozdoby z masy solnej czy papieru, grupa wokalna przygotowywała świąteczny repertuar, rodzice piekli pierniczki inne smakołyki.


Dzięki zaangażowaniu tak wielu osób mogliśmy umilić mieszkańcom to sobotnie przedpołudnie, a każdy, kto nas odwiedził odchodził zadowolony i bogatszy o niebanalny drobiazg lub chwilę wzruszenia i refleksji. 
Dla mnie najważniejsze było to, że po raz kolejny wystąpiliśmy jako społeczność szkolna. Wspólnie kwestowali nauczyciele, uczniowie, rodzice, sympatycy. Byliśmy jedną wielką rodziną. 

A żeby wprowadzić czytelników w świąteczny nastrój, proponuję obejrzeć nasze dzieci w akcji, czyli odgrywajace jasełka. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Gromadne granie :)

Kolejny wpis z cyklu "Bo w Trzebiatowie też się dzieje..." - ano dzieje się. Czasem w dodatku bardzo spontanicznie, ale o tym za chwilę.

Wraz z moimi przyjaciółmi planujemy wspólnie powitać Nowy Rok. A że do Sylwestra już niedługo, trzeba było w końcu doprecyzować nasze plany na ten wieczór. W tym celu udaliśmy się razem 14 grudnia to trzebiatowskiej pizzerii Gromada. Samo wnętrze jest przepiękne i część spotkania upłynęła mi na zachwytach architekturą (ale o tym, że jest pięknie pisała już Ruda TU).

Zamówiliśmy pizzę, odpowiednie napoje i szybko przedyskutowaliśmy plany sylwestrowe, po czym D. wyciągnął gitarę i zaczął "drzeć ryja" (fragment zamówiony i dedykowany). :) Do wspólnych śpiewów włączyliśmy się wszyscy i niedługo później w naszym kierunku ruszyła jedna z pań kelnerek. Ale zamiast zrugać nas za hałasowanie, wyłączyła muzykę grającą w lokalu. 

D. zastanawiający się "Co by tu jeszcze zagrać?"

Aż do zamknięcia lokalu siedzieliśmy wspólnie grając, śpiewając, wygłupiając się i śmiejąc, do zabawy wciągają też sąsiedni stolik. D. był niezmiernie szczęśliwy mając tak żywiołowo reagującą publiczność, dla której bisować musiał kilkakrotnie.

W tle sobotnia publiczność popisów D.
Po raz kolejny bawiliśmy się w swoim gronie wybornie i zapewne jeszcze nie raz to powtórzymy, udowadniając, że nawet w malutkim Trzebiatowie można zrobić spontanicznie coś naprawdę ciekawego. 

A tak na marginesie D. na imię ma Dawid. Bo ostatnio wyraził obawę, że już na zawsze pozostanie tajemniczym D. ;)

sobota, 14 grudnia 2013

Przepis na babski wieczór przed świętami.

4 ciemne piwa, gorzka czekolada, katarzynki, trzy noże, trzy deski, góra bakalii, to według dziewczyn przepis na babski wieczór przed świętami.
No ale może od początku: z moją przyjaciółką mamy małą tradycję- przed świętami spotykamy się na gotowaniu moczki. Nie inaczej było i w tym roku. Gdy wróciłyśmy z Chudą z jarmarku, o którym napiszę w poniedziałek, szybko ugotowałam to, co zamierzałam, by późnym popołudniem spokojnie zająć się przygotowywaniem tradycyjnej śląskiej moczki. Moi bliscy nie wyobrażają sobie, by mogło jej zabraknąć na wigilijnym stole. Każda śląska gospodyni ma swój przepis, który w szczegółach różni się od tych, podawanych w książkach kucharskich i w Internecie. A że przekazywany jest w tradycji ustnej, wiec i ja szczegółów swojego nie zdradzę.
Dzień wcześniej ugotowałam rybny rosół na pasternaku , w którym zamoczyłam piernik. Gdy przyszła przyjaciółka, należało do tak przygotowanej bazy wrzucić resztę produktów. Na pierwszy ogień poszło ciemne porterowe piwo, przy czym cześć owego specjału wylądowało w naszych szklaneczkach. Z szafek powyjmowałam resztę produktów: suszone owoce, bakalie i orzechy. Każda z nas wzięła nóż i deskę i zaczęłyśmy krojenie. Bawiłyśmy się przy tym świetnie, wspominając a to zeszłotygodniowy huragan, a to minione święta, a to jakieś anegdotki. Kolejne porcje bakalii lądowały w wielkim garze, wszystko bulgotało i pachniało. Co jakiś czas mieszałam, dolewałam kolejne piwo, dodawałam następne ingrediencje.


Po 2 godzinach brązowa masa była prawie gotowa. Wtedy zaopatrzyłam dziewczyny w łyżeczki i poprosiłam, by spróbowały i określiły, co jeszcze dodać. Zgodnie stwierdziły, że brakuje powideł śliwkowych (jeden słoik okazał się za mało) . Dorzuciłam zatem drugi i teraz smak był już idealny (oczywiście, jak co roku wyszedł wielki gar słodkiej mazi, którą będę rozdawała tym, którzy są mi wyjątkowo bliscy).
Przelałam specjał do słoików i zagotowałam. Będzie spokojnie czekał sobie do wigilii.

I tak tradycji stało się zadość. 

piątek, 13 grudnia 2013

Trzebiatowska inscenizacja

W Trzebiatowie dzieją się różne rzeczy. Tym razem mieszkańcy zostali zaproszeni na inscenizację wprowadzenia stanu wojennego, przygotowaną przez Grupę Rekonstrukcji Historycznej 14 Pułku Piechoty I Armii Wojska Polskiego "Nałęcz" z Trzebiatowa. W wydarzeniu udział wzięli także członkowie Grupy Rekonstrukcyjnej Milicji Obywatelskiej z Kołobrzegu. oraz Centrum Rozrywki Aktywnej „Piastów”.
 13 grudnia już od 7.30 mieszkańcy mogli poczuć ducha przeszłości- urzędnicy miejscy i przechodnie byli legitymowani przez milicję obywatelską i wojsko. Punktualnie o 8.00 z megafonów rozległ się charakterystyczny głos gen Jaruzelskiego, który obwieścił wprowadzenie stanu wojennego na terenie całego kraju. Później zgromadzona przed Ratuszem młodzież wysłuchała wspomnień żołnierzy stacjonujących wówczas w naszym mieście oraz zwięzłej informacji o wydarzeniach tamtego dnia. 

 Moich szóstoklasistów najbardziej zainteresowała milicyjna nyska, do której zostali wciągnięci przez zomowców, potem obejrzeli uzbrojenie funkcjonariuszy i uczestniczyli w nielegalnej demonstracji. Cała inscenizacja trwała ok. godziny i bardzo się dzieciakom podobała.
 Inną „atrakcją” była obecność mediów- TVN, Polsat, TVP, które chwilami zapominały, że mają służyć, a nie przeszkadzać. ( w czasie zatrzymania samochodu dzieciaki widziały jedynie kamery a nie działania grupy rekonstrukcyjnej.) 

Myślę , że uczniowie zapamiętają to wydarzenie, a utrwalone na lekcji historii zostanie na dłużej w ich pamięci. 

środa, 11 grudnia 2013

Wariacje na temat angielskich ciasteczek imbirowych

W czasach, gdy o komputerach miałam jeszcze niewielkie pojęcie, a globalna sieć była ideą z sfery SF, kupiłam przed świętami kobiecą gazetę. W środku była wkładka z przepisami na ciastka z różnych stron świata. Większość miała albo niemożliwe do kupienia w Polsce produkty, albo tak skomplikowany opis, że zniechęcała do prób wszelakich. Ale… był tam przepis na angielskie ciasteczka imbirowe. Przyjrzałam mu się stwierdziłam, że mam wszystko, co trzeba, a i przepis należał do łatwych. Pierwsze ciasteczka upiekłam z maleńkimi wówczas dziećmi -wspólne pieczenie ciastek było naszym sposobem na późnojesienna nudę - i tak im zasmakowały, że na stałe wpisały się w bożonarodzeniowe menu. Gazeta potem gdzieś się zapodziała, więc i przepis pewnie niewiele ma wspólnego z oryginałem, ale ciastka i tak są pyszne.
W tym roku miałam ich nie piec, ale skoro robimy Jarmark Bożonarodzeniowy, to ciastka te będą moim wkładem w imprezę.

Aby przygotować ciasteczka potrzebujemy:
0,5 kg mąki
100g masła lub margaryny
3 żółtka
1 białko
1 szklankę cukru
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
1 opakowanie cukru waniliowego
2 cytryny
kawałek świeżego imbiru ( ok. 3 cm )
wiórki kokosowe.
Cytryny parzymy, szorujemy i ścieramy skórkę na tarce. Trzemy także obrany ze skórki imbir.
Wyciskamy sok z połowy cytryny. Zagniatamy ciasto z mąki, masła, żółtek, cukru, dodajemy proszek do pieczenia, cukier waniliowy, sok z cytryny, otartą skórkę z cytryny i imbir. Ciasto odstawiamy na pół godziny w chłodne miejsce. Białko kłócimy- będzie potrzebne do smarowania ciastek.
Następnie wałkujemy na cienki placek i wycinamy okrągłe ciastka z dziurką. Każde ciastko smarujemy białkiem i obsypujemy wiórkami kokosowymi. Układamy na oprószonej mąka blaszce. Pieczemy w 170 stopniach aż wiórki lekko się zarumienią.




Zapach w kuchni jest cudny. 

niedziela, 8 grudnia 2013

Stary Szmugler

30 listopada byłam na imprezie Andrzejkowej u znajomych i gdy złapałam chwilę gorszego nastoju, zadzwoniłam do swojego przyjaciela D. Ten pocieszając mnie rzucił "Idź się baw, a w poniedziałek idziemy na koncert!". I tak też w poniedziałek, 2 grudnia, przyjechał do Szczecina jeszcze z dwoma innymi znajomymi, dołączyły do nas znajome znajomego ;) i rozpoczął się wieczór.

Koncert, na który się wybraliśmy odbywał się jakieś 200 m od mojego mieszkania w niezwykle klimatycznej Tavernie Cutty Sark. Jeśli postanowicie tam zajrzeć, nie przestraszcie się trocin na podłodze - to część wystroju, podobnie jak ogromne beczki służące za stoliki. Miejsce jest naprawdę niezwykłe i wyjątkowo klimatyczne, z dużym wyborem np. regionalnych piw. 

Grała szczecińska kapela Stary Szmugler (oraz TU) specjalizująca się w szantach. Koncert był doświadczeniem naprawdę wartym przeżycia - szanty zwykle mają to do siebie, że doskonale się ich słucha, a jeszcze lepiej śpiewa. Wraz ze znajomymi bawiliśmy się naprawdę doskonale i z koncertu wszyscy wyszliśmy z płytami zespołu, zdjęciami z muzykami oraz szerokimi uśmiechami na ustach. 

I z ręką na sercu mogę Was zapewnić - jeśli nadarzy Wam się kiedyś okazja  uczestniczenia w koncercie tego zespołu - nie wahajcie się ani chwili... :)

Poniżej link do chyba najważniejszego utworu tamtego wieczora:

Edukacja muzyczna wg Marzenki ;)

Jeszcze nie tak dawno koncerty inne niż plenerowe imprezy przy okazji miejskich festynów były dla mnie równie egzotyczne jak wakacje na Hawajach. Sprawy w swoje ręce wzięła jednak Marzenka i postanowiła nadrobić moje braki w tej kwestii. 
Zaczęło się 18 maja br. kiedy to wybrałyśmy się wspólnie na koncert szwedzkiej grupy Sabaton, który odbył się w szczecińskim Słowianinie. Była to pierwsza impreza tego typu, na której byłam, czułam się więc jeszcze nieco nieswojo. Marzenka natomiast szalała w najlepsze - ja wolałam pozostać jednak w pewnym oddaleniu od sceny - możliwość dostania od kogoś przez przypadek z łokcia Marzki nie rusza, mnie jednak wciąż napawa lekkim przerażeniem. ;) Niemniej na koncercie bawiłam się naprawdę dobrze, mogąc usłyszeć na żywo jeden z lubianych przeze mnie zespołów.

Jeden z moich ulubionych utworów Sabatonu (idealny na rower) ;)
 
Kolejną większą imprezą, na którą wybrałyśmy się razem (towarzyszył nam też M. Marzenki) był

Rock in Szczecin - Folk Edition odbywający się również w szczecińskim Słowianinie 12 października br. W ramach koncertu wystąpiło kilka zespołów: Cruadalch, Percival Schuttenbach, Dalriada, RADOGOST, GRAI, ALESTORM. I tym razem bawiłam się już nieco "odważniej". Wprawdzie wciąż daleko mi było do młodszej siostry, ale nie stałam już jak podrygujący kołek w kącie. ;) Większość występujących zespołów była mi wcześniej nie znana, jednak jest to estetyka, która jak najbardziej do mnie przemawia. 

Ostatnim koncertowym spotkaniem z Marzenką do tej pory był wrocławski koncert happysadu, który odbył się w klubie Alibi 18 października. Był to bardzo wyczekiwany przeze mnie koncert, na którym bawiłam się naprawdę świetnie. Bawiłabym się pewnie jeszcze lepiej, gdyby nie kilka uchybień organizacyjnych - w klubie było naprawdę za dużo ludzi (z Marzką bardzo szybko wycofałyśmy się na sam tył tłumu), a średnia wieku była przeze mnie zawyżana! (Co miał powiedzieć biedny Maciej, który jest ode mnie starszy?) Brakowało mi też kilku z moich ulubionych utworów. Niemniej bawiłam się naprawdę bardzo dobrze w towarzystwie mojej siostry. Sądzę, że parę obserwujących nas osób bawiło się równie dobrze. ;)

Mam nadzieję, że przed Nami jeszcze nie jeden dobry koncert i udana impreza. :)

 A poniżej ważny dla nas utworek happysadu. :)

 

sobota, 7 grudnia 2013

Mikołaj czy Ksawery czyli kiermasz świąteczny

Przeglądając ostatnie  wpisy w blogosferze zauważyłyśmy dziwne nagromadzenie dwóch imion: Mikołaj i Ksawery. Postanowiłyśmy nie odbiegać od dominującego tematu i połączyłyśmy mikołajkowy nastrój z tym, jak  huragan Ksawery pokrzyżował nam trochę plany. 
W piątkowe południe razem z Chudą zapakowałyśmy do naszego „transportera” rękodzieło i pojechałyśmy do Pałacu, gdzie odbywał się Kiermasz Bożonarodzeniowy. ( Wiało, ale przecież na Pomorzu zawsze wieje, więc starałyśmy się do aury podchodzić ze stoickim spokojem)

Impreza zapowiadała się interesująco- Trzebiatowski Ośrodek Kultury udostępnił swoje pałacowe wnętrza szkołom oraz instytucjom, które zajmują się rękodziełem artystycznym. Kiermasz rozpoczną się w czwartek, w piątek dodatkowo odbywały się jeszcze wielokulturowe mikołajki, które co roku przyciągały rzesze dzieciaków spragnionych Mikołaja, i artystycznych doznań.
W tym roku dzieci mogły zrobić ozdoby choinkowe, upiec pierniki, obejrzeć przedstawienia przygotowane przez mniejszości narodowe. I pewnie obie imprezy byłyby bardzo udane gdyby nie... Ksawery. Wiało, hulało, śnieżyło i kto mógł chował się w domu. Drogi stawały się nieprzejezdne, dzieciaki z koła ukraińskiego miały kłopoty z dojazdem z powodu drzewa zwalonego na jedyną drogę dojazdową ze wsi. Można było zauważyć pewną nerwowość organizatorów. Na szczęście dzieciaki przybyły i w salach pałacu zrobiło się wesoło i gwarno.



Na sali wystawienniczej było jednak pustawo. Co pewien czas jakiś zabłąkany zwiedzający przeszedł między stoiskami zaglądając to tu, to tam i robiąc niecodzienne zakupy. A było w czym wybierać- koronkowe bombki, aniołki i gwiazdki, ozdoby z masy solnej, kartki świąteczne, choineczki z papierowej wikliny, świeczniki, biżuteria, maskotki. Cuda i cudeńka. A na pokrzepienie pyszne ciasto i kawa przygotowane przez rodziców z mojej szkoły.

Podejrzewam, ze gdyby nie huraganowy wiatr, zwiedzających byłoby o wiele więcej a trzebiatowskie choinki nabrałyby zupełnie nowego wyglądu, dekorowane oryginalnymi ozdobami.

Z Chudą byłyśmy jednak zadowolone, gdyż tego typu imprezy są dobrym sposobem na promocję i spędzenie czasu w gronie niezwykle ciekawych i nietuzinkowych ludzi.

Stoisko SP nr 2 w Trzebiatowie


Mam nadzieję, że w najbliższą sobotę pogoda będzie łaskawsza i jarmark przygotowany przez społeczność mojej szkoły spotka się z większym zainteresowaniem trzebiatowian. 
Już dziś na nasz  jarmark serdecznie zapraszam- sobota , 14 grudnia godz. 10-14 przed Ratuszem w Trzebiatowie. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Weekendowo-pracowicie

Chuda przyjechała ze Szczecina już w czwartek wieczorem i na wstępie stwierdziła, że weekend spędzamy w kuchni. Faktycznie… gdy w piątek wróciłam z pracy na gazówce parował gar pełen rosołu – Chuda postanowiła piec paszteciki, do których potrzebowała gotowanego mięsa i marchewki, stąd gar rosołu. Przygotowałam aromatyczną kawę z cynamonem widząc, że zapowiada się dłuższe siedzenie. 
Po chwili na stole wylądował biżuteryjny majdan mojej Najstarszej. Ja dołączyłam z decoupage i tak spędziłyśmy wieczór, szykując się do jarmarku bożonarodzeniowego. I choć za oknem było dżdżyście i morczno, w naszej kuchni panował radosny, przedświateczny nastrój. Pachniało cynamonem i jabłkami a my rozmawiałyśmy o naszych planach na przyszłość. Mamy parę pomysłów, które powoli zaczynają się krystalizować i nabierać sensownych kształtów. Podejrzewam, że w czasie świąt, gdy spotkamy się w pięcioro, ustalimy coś konkretnego, Na razie zbieramy pomysły, a te są coraz bardziej oryginalne.
W sobotę zrobiłyśmy zakupy, a potem Chuda „wyprodukowała” wielki kosz pasztecików. Po południu zabrałyśmy się za pieczenie góry pierniczków- nie wyobrażamy sobie świat bez zapachu korzeni i miodu. Przypominałyśmy sobie czasy, gdy dzieci były jeszcze małe i z ogromnym utęsknieniem czekały na święta, na pieczenie i lukrowanie ciastek. Wieczorem Chuda wybyła na andrzejki ( po to były jej paszteciki) a ja miałam wreszcie spokojny wieczór spędzony z mężem przy lampce wina. 





piątek, 29 listopada 2013

Wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy


Jak co roku we Wrocławiu miesiąc przed świętami odbywa się na rynku Jarmark Bożonarodzeniowy. W tym czasie z okolic Pręgierza uderza nas świąteczny nastrój z zapachem choinki, przypraw korzennych, czekolady i piernika, z brzmieniem kolęd i  zimowych piosenek oraz tysiącem kolorów światełek. Niektórym się to podoba, innym nie. Moim zdaniem można tam miło spędzić czas, byle nie za długo.

Najbardziej lubię te jarmarki za to, że można tam dostać produkty niedostępne przez pozostałą część roku, jak na przykład srebrna biżuteria z ogromnym wyborem wzorów. Już od trzech lat noszę komplet nabyty tam w grudniu 2010 roku i za każdym razem, jak zgubi się jakiś element (zdarzyło się to niestety już dwa razy) czekam aż do świąt, żeby uzupełnić zestaw. Ponadto jestem ogromną fanką owoców w czekoladzie, które są tam sprzedawane. 
Urzekł mnie również kącik dla dzieci – „Bajkowy Lasek”. Jest to mini park rozrywki, w którym mieszczą się nieduże instalacje mechanicznych teatrów lalek, przy których z głośników można wysłuchać ich treść. Niesamowicie spodobała mi się postać Królowej Śniegu – jej twarz idealnie odzwierciedla zimny charakter bohaterki oryginalnej baśni Andersena. 
Oczywiście oprócz słodyczy można na jarmarkach dostać niemal wszystko: szynkę z domowej wędzarni, oscypki, miody, potrawy z różnych zakątków świata, wszelkiego rodzaju grzańce… Nie brakuje też stoisk z rękodziełem. Znajdziemy aniołki z gliny i ze szkła, wszelkiego rodzaju biżuterię, szydełkowe cuda, wyroby z wełny i całą masę innych, typowo festynowych stoisk. 
A że jesteśmy we Wrocławiu, nie mogło zabraknąć krasnala na szczęście ;)


wtorek, 19 listopada 2013

Sos z rukoli

Jakieś trzy lata temu w sklepie ogrodniczym znalazłam nasiona rukoli, czyli rokietty, a że lubię eksperymentować, to zielsko wysiałam. Efekt przeszedł moje oczekiwania- na działce pojawił się rząd wysokich zielonych wiechci zakończonych beżowo-brązowawymi kwiatkami. Liście ciemne i mięsiste niewiele przypominały rachityczne listeczki kupowane w markecie, a smaku nie dało się nawet z tymi listeczkami porównać.

 Pamiętam, jak pierwszy raz poczęstowałam tą moją rukolą swoją bratową- była zdumiona jej intensywnym ostro orzechowym smakiem.  Zielsko tak dobrze poczuło się na mojej działce, że… rozsiało się samo i teraz od września do grudnia a nawet do stycznia, jak nie ma wielkich mrozów mam mnóstwo rukoli. Moje koleżanki od września dopominają się zieleniny, którą całymi garściami przynoszę do pracy, bo nie sposób jej przejeść w domu.

A co robię z rukolą? Ano dodaję do codziennych kanapek i grzanek, wrzucam do niedzielnej jajecznicy i zielonej zupy. Jednak ulubionym sposobem podawania rukoli jest łączenie jej z makaronem. Przepisy mam dwa. Dziś ten z sobotniego obiadu, czyli sos do spaghetti - na życzenie Kethryweris.
Aby przygotować sos potrzebujemy:
  sporą garść rukoli – myślę, że jakieś 0,5 litra ( bo chyba takie są te sklepowe opakowania)
  łyżkę masła
  200 ml bulionu lub wody
  200 g serka topionego
  100ml jogurtu naturalnego bądź śmietany
  Rozdrobniony ser żółty ( i ser typu rokpol lub inny z niebieską pleśnią dla smakoszy) po 100g
  Sól, pieprz, czosnek.
Rukolę dusimy na masełku kilka minut, trzeba uważać, żeby jej nie przysmażyć. Można do duszenia dodać odrobinę wody. Gdy zmięknie wrzucamy serek topiony (warto go przedtem rozdrobnić) , zalewamy bulionem, czekamy aż serek się roztopi. Wówczas dodajemy pozostałe sery. Gdy sery się rozpuszczą, pozostaje powoli wlewać jogurt lub śmietankę, stale mieszając, aby się nie zwarzyła. Na końcu dodajemy sól, pieprz i posiekany czosnek.
(wersja dla leniwych: dusimy rukole na masełku i dodajemy sos z 4 sery z torebki).

Sos idealnie pasuje do spaghetti, ale można podać go i z rurkami. Choć do rurek wolę ukolę z jajkiem i boczkiem, ale o tym innym razem.
A na marginesie- żeby wrzucić dziesiejsze zdjęcia pobiegłam po południu z psem na działkę, coby rukolę moją obfotografować. Przy okazji narwałam sporo jesiennego zielska- sałatę, koper, szczypior, groszek zielony i oczywiście rukolę. 
Okazało się, że biegać też lubię, nie tylko jeździć rowerem :)



niedziela, 17 listopada 2013

Wspólna sobota

Sobotę rozpoczęłyśmy o ósmej rano kawą z pianką i grzankami. To było prawdziwe celebrowanie poranka. Rozmawiałyśmy o zalanej szkole we Wrocławiu i planach matrymonialnych Gui. O kredycie studenckim i  ostatniej sesji zdjęciowej Chudej. O przerwie świątecznej i planowanym wyjeździe w góry. O bractwie wczesnośredniowiecznym i kiermaszu świątecznym.
- Ależ ja się za morzem stęskniłam- westchnęła Gui, gdy już zjadłyśmy wszystkie grzaneczki, a wskazówki zegara niebezpiecznie przesunęły się za 9. 
- No to czas ruszać nad Bałtyk.
- Pewnie, choćby wiało i padało...
No w złą godzinę to powiedziała, bo... wiało i padało. Nam to oczywiście nie przeszkodziło w realizacji planu na przedpołudnie. Do Niechorza dotarłyśmy mokre. Krótki spacer plażą, kilka fotek wzburzonego Bałtyku i powrót do domu. Na szczęście z wiatrem. Ależ brakowało mi takiego wypadu z Gui! Jest świetnym kompanem rowerowym, rozmumiemy się bez słów, uzupełniamy się. Wspólna jazda to frajda, nawet jeśli warunki są tak ekstremalne jak tym razem.


Gdy my podziwiałyśmy morze, Chuda uzupełniała dokumentację kredytową. 
Po powrocie zaaplikowałyśmy sobie grzane piwo cytrynowe z korzeniami (przyprawę do grzańców mieszam samodzielnie). 
Na obiad zaserwowałam wspomniane w poprzednim poście spagetti z sosem rukolowym. Popołudnie spędziłam z Chudą, Gui umówiła się z przyjaciółmi. 

Siedziałam w kuchni malując kolejne butelki , gdy Chuda stwierdziła:
- przychodzę do ciebie ze swoją robótką.- po czym wyłożyła na kuchennym stole pudełeczka, woreczki, słoiczki a w nich korale, bigle, druty, szpilki, czyli zestaw do wyrobu biżuterii. 
- Muszę wreszcie wykorzystać te koraliki, by... móc kupić inne. 
Rozmawiałyśmy przy tym o książce Elżbiety Cherezińskiej "Korona lodu i krwi". Mamy co do tej pozycji mieszane uczucia , więc dyskusja była na tyle gorąca, że wygnała z kuchni Ślubnego, który na chwilę wszedł sprawdzić, co robimy. 



Koło 19.00  Chuda zainteresowała się, co z kolacją, a raczej z pieczonymi jabłkami.
Posprzątałyśmy więc nasze robótki, wydrążyłam pokaźną ilość jabłek, przygotowałam smakołyk. W tym samym czasie grzałam juz wino z korzeniami, a dziewczyny przygotowywały "seans filmowy".
Zasiadłyśmy we trzy w mojej sypialni, rozłożyły laptop i zajadać się jabłkami, popijając gorące wino obejrzałyśmy "Tajemnicę Zielonego Królestwa". Dziewczyny były na tym filmie w kinie, o czym pisała Chuda (tu) i już wówczas stwierdziły, że koniecznie chcą obejrzeć tę baśń wspólnie ze mną. Miały rację. Nasz śmiech słychać było w całym domu.
A niedzielne przedpołudnie minęło tak szybko... za szybko i znów trzeba się było pożegnać... Następne wspólne pogaduchy w realu dopiero na Boże Narodzenie. 
Dobrze, że mamy internet i telefony...

piątek, 15 listopada 2013

W oczekiwaniu na dziewczyny

Na weekend przyjeżdżają obie. Gui z Wrocławia, Chuda ze Szczecina. Umówiły się i ze Szczecina pojadą już wspólnie. Czekam. Ostatnio czytałam i słuchałam, jakie są ich kulinarne marzenia. Zebrałam je i gotuję. Dla Chudej kaczka w borówkach. Dla Gui sos do jutrzejszego spaghetti ( bo ponoć najlepsze spaghetti gotuje mama) i kurczak na niedzielę. Do tego rosół. No i jeszcze zupa krem na dzisiejszy przyjazd. Będą późno. I z pewnością będą chciały coś zjeść. Najlepiej lekkiego i na ciepło. Czyż może być coś lepszego niż wymarzona zielona zupa krem?
Dwoję się i troję. Najpierw kaczka, bo najdłużej będzie stała na kuchence.

Aby przygotować kaczkę w borówkach potrzebowałam:
1 niedużą kaczkę
2 jabłka
200 ml dżemu z borówek (tegoroczne, zbierane latem)
200 ml wina jabłkowo-głogowego (też tegoroczne- pisałam o nim tu)
Sól, pieprz, gałkę muszkatołową, świeży imbir.
Kaczkę nacieramy sola i pieprzem- wewnątrz i na zewnątrz. Faszerujemy jabłkami i borówkami oraz kilkoma plasterkami imbiru. Spinamy klamerką bądź wykałaczką, aby farsz nie wypadł. Układamy w brytfannie lekko polanej olejem. Osypujemy gałką muszkatołową. Kaczkę rumienimy z wszystkich stron, a następnie podlewamy winem. Przykrywamy brytfannę pokrywka i dusimy Az zmięknie.

Moja właśnie kończy się dusić.
A o zupę krem zrobiłam tym razem z szpinaku nowozelandzkiego, który bujnie w tym roku urósł na mojej działce. Zmiksowałam w rosole z kurczaka i kaczki, dodałam jajeczko, odrobine kaszy manny, doprawiłam. Przygotowałam tarty ser, imbir i grzaneczki z żytniego pieczywa.



Ślubny w tym czasie zlał do butelek kolejne „beaujolais nouveau”. Jest delikatne i dosyć słodkie.  Będziemy się jutro delektować… 

Ostatnia róża z działki...

wtorek, 12 listopada 2013

O naszej babskiej przyjaźni

Idziemy raźno przez Świnoujście. Mamy takie same maratonowe koszulki, zaśmiewamy się z czegoś do rozpuku, poszukując kawiarenki, gdzie będą miejsca siedzące na zewnątrz - szkoda marnować słońce. Zachowujemy się jak trzy przyjaciółki, którymi przecież jesteśmy - ja, Ruda i Marzenka. Dwie siostry i ich mama, wyglądająca na trzecią z sióstr.



Nasza przyjaźń rozkwitać zaczęła wcale nie tak dawno. Człowieka, autorytet i przyjaciółkę dostrzegłam w mojej mamie, dopiero będąc w liceum, wcześniej była po prostu mamą. Z Marzenką przyjaźnić zaczęłam się jeszcze później - jako dwie nastolatki dzielące ze sobą pokój niejednokrotnie pałałyśmy do siebie nieskrywaną niechęcią co najmniej. Sytuacja zmieniła się, gdy wyjechałam do Szczecina na studia i widywałyśmy się znacznie rzadziej. Wprawdzie do dziś, gdy mamy spędzić ze sobą więcej niż kilka dni, najprawdopodobniej dojdzie do jakiegoś spięcia, ale większość czasu, który możemy spędzić wspólnie, spędzamy w zgodzie.

Nierzadko spotykamy się z sytuacją, gdy nowo poznani znajomi nie potrafią uwierzyć, że Ruda jest naszą mamą, nie siostrą. Wciąż bowiem wygląda bardzo młodo i odznacza się ogromnym dystansem do siebie oraz radością życia, które pozwalają jej głośno śmiać się razem z nami, spacerować, trzymając się za ręce, głośno rozmawiać nad ciastkiem i filiżanką kawy.



Niemniej nie wszystko Jej już wypada, więc niejednokrotnie przynosimy jej z Marzenką nieco wstydu, gdy jesteśmy wszystkie trzy, a ja wraz z młodszą siostrą dostaję "małpiego rozumu". Nasze wygłupy kilkakrotnie zostały już udokumentowane na zdjęciach, co nie przeszkadza wydurniać się nam dalej.

Cieszy mnie niezmiernie, że moja mama i młodsza siostra są zarazem moimi najlepszymi przyjaciółkami.I mam nadzieję, że się to już nie zmieni.

wtorek, 5 listopada 2013

Poznań- Dzień Historyczny

Po krótkiej przerwie wracam do poznańskich wspomnień. Wcześniejsze znajdziecie Tu i Tu.

Ostatni dzień pobytu w Poznaniu nazwaliśmy z Ślubnym Dniem historycznym, ponieważ zdecydowaliśmy się na spacer po najstarszej części Poznania oraz po muzeach. Rozpoczęliśmy od rynku, gdzie obejrzeliśmy makietę , potem przeszliśmy śladami murów obronnych, zajrzeliśmy przez kraty na plac budowy zamku Przemysła II . Cóż, uczucia mamy mieszane w stosunku do tej budowli, z ocenami poczekamy aż skończą się prace budowlane. Za to zachwyciła nas remiza strażacka, która swoją nowoczesną bryła świetnie komponuje się z murami obronnymi. 
Przy remizie złapaliśmy tramwaj na Ostrów Tumski. Nie wchodziliśmy jednak do obiektów sakralnych, gdyż te odwiedziliśmy 24 lata  temu. Tym razem zaciekawił nas rezerwat archeologiczny Genius Loci usytuowany nad wykopaliskami. Najpierw, czekając na projekcję filmu, mogliśmy przejrzeć publikacje o Ostrowie Tumskim, potem staliśmy się widzami filmu popularno-naukowego w 3D, opowiadającego o początkach Poznania. Wreszcie zaopatrzeni w nowo zdobytą wiedzę oraz audio przewodnika ruszyliśmy na zwiedzanie wykopalisk. Uwielbiam takie miejsca, gdzie widzę historię, a tam miałam pod stopami pozostałości po pierwszych wałach obronnych. Niesamowite uczucie.
W historycznym klimacie dotarliśmy do „Makiety Poznania”, miejsca, które reklamowało się pokazem światło, dźwięk i nie wiem , co jeszcze. Weszliśmy do maleńkiej salki, gdzie byliśmy jedynymi widzami i naszym oczom ukazał się Poznań średniowieczny. Lektor opowiadał o jego historii, błyskały światła, woreczki i czerwone światło imitowały pożary i wojny. Ba, nawet dym się pojawił. Myślę, że dzieciaki byłyby zachwycone takim pokazem. My chyba spodziewaliśmy się czegoś więcej. Nie da się jednak zaprzeczyć, że byliśmy bogatsi o sporą dawkę wiedzy historycznej.
 Strasznie głodni udaliśmy się do restauracji „Szachownica” na naleśniki gryczane ( zakupione w ramach zakupów grupowych)  Pychotka! Jeśli zabłądzicie do Poznania- polecam to zaskakujące połączenie smaków (pod warunkiem, że lubi się smak kaszy gryczanej).


Ostatnim punktem naszej wyprawy historycznej była Cytadela. Zachodzę w głowę , dlaczego nie odwiedziliśmy jej poprzednim razem. Może wydawała nam się zbyt odległa? A może Ślubny miał wtedy czołgów po dziurki w nosie i nie chciał kolejnego muzeum uzbrojenia? Nie wiem. Wiem, że dobrze się stało, bo nie trafilibyśmy tam tym razem, a byłoby to niedopuszczalne, gdyż obecnie teren Cytadeli jest pięknym parkiem, miejscem niedzielnych spacerów, gdzie wśród zieleni ukryte są rzeźby współczesnych plastyków. Dla mnie najważniejsza okazała się praca Magdaleny Abakanowicz, artystki, której dzieła fascynują mnie od dawna. Dłuższą chwilę spędziłam spacerując pomiędzy ogromnymi rzeźbami instalacji "Nierozpoznani".
A potem pozostało nam tylko zakupić kilka marcińskich rogali, żeby znajomych poczęstować i udać się na dworzec. Do domu wiózł nas ten sam pociąg "Mewa".

- Co Ci się najbardziej podobało w Poznaniu?- zapytałam męża w pociągu.
- To, że tyle czasu mogłem z Tobą spędzić.
Czyż można chcieć innej odpowiedzi? 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Zaduszkowe spacery

Tegoroczne Zaduszki , podobnie jak rok temu spędziłam na Śląsku. Miałam ku temu powody, bo w tym roku zmarło tam dwoje bliskich mi osób i zależało mi, aby odwiedzić ich groby.
Wizyta na cmentarzu była jednak tylko jednym z wielu fragmentów tego wydłużonego weekendu. Umówiłyśmy się w Radlinie z Gui i to rozmowy i spacery z nią okazały się dla mnie najważniejsze.
Spotkałyśmy się w piątkowe przedpołudnie i od tej chwili byłyśmy prawie nierozłączne. Najpierw wspólnie odwiedziłyśmy wspomniane wcześniej groby i zapaliłyśmy znicze, potem wybrałyśmy się na długi spacer po cmentarzu. Opowiadałam radlińskie wojenne historie, te których echa są w innym wpisie. Obok cmentarza zostawiły się stragany ze zniczami, wiązankami i… słodyczami odpustowymi. Zrobiłyśmy więc odpowiednie zakupy- ciastka w kształcie misiów z kremem z białek, kartofelki, makaroniki z cukru w różnych kolorach, pierniczki, i tataraczki. Uwielbiam zwłaszcza te ostatnie, a spotkałam się z nimi tylko na radlińskich straganach odpustowych. Owe tataraczki to kłącze tataraku w cukrze i nic się z nim nie może równać.
Tak zaopatrzone poszłyśmy na kolejny spacer- do mojej ulubionej fontanny z Matką Polką, a ponieważ pogoda była zaskakująco ładna, rozsiadłyśmy się na ławce i gadałyśmy, gadałyśmy. O szkole, o maratonach rowerowych, o planach wakacyjnych (tak, tak, my już myślami byłyśmy na wakacjach!) 


Rozmarzyłyśmy się niesamowicie. Wieczór także spędziłyśmy wspólnie, mając do towarzystwa jeszcze moja siostrę, która odpoczywała po pracowitym tygodniu. A potem była jeszcze noc w jednym łóżku…
Kolejny dzień także upłynął nam na długim historyczno-sentymentalnym spacerze, w czasie którego towarzyszyła nam moja siostrzenica. Obejrzałyśmy pomnik pomordowanych w szybie Reden, pokazałam Gui salę sportową „Sokolnia”, gdzie  ćwiczą gimnastycy i karierę rozpoczynał mistrz olimpijski Leszek Blanik- duma Radlina. Poszłyśmy obejrzeć XIX w. zabudowania kopalni „Marcel” i kamienice dawnej dzielnicy Emma , po Śląsku znanej Yma.  Nazwa dzielnicy pochodzi od imienia córki dawnego właściciela kopalni. Co jakiś czas stwierdzałam:
- Tu mieszkałam przez 6 lat, a tu mieszkał wujek.
- Tu mieszkała babcia, a ja zostałam poczęta.
- Tu chodziłam do przedszkola. – Ja też – dodała siostrzenica.
Spacer zakończyłyśmy kawą i goframi w „Domu Sportu”.
 I tak oto  Zaduszki stały się pretekstem do rozmów o życiu i nostalgicznego spaceru. 


Radlin nie jest może miejscem pełnym zabytków, ale jeśli komuś chce się zejść z głównej ulicy i zajrzeć w boczne uliczki, to znajdzie niejedną perełkę architektoniczną, niejeden ciekawy pomnik i usłyszeć sporo niezwykłych historii. 
Ciekawe zdjęcia Radlina można znaleźć na Facebooku ( zdjęcia nocnego cmentarza tam właśnie znalazłam) .

wtorek, 29 października 2013

Poznań- Dzień Podróżnka

Drugi dzień pobytu w Poznaniu został tak nazwany z kilku powodów. Inspiracją był kuzyn, który w sobotni poranek przywitał nas smsem- „Witajcie podróżnicy”. I stąd nazwa dnia. Rozpoczęliśmy go wyjazdem do Puszczykówka. Pamiętam, że ilekroć przejeżdżałam przez tę miejscowość w drodze do Poznania, obiecywałam sobie, że kiedyś zawitamy do muzeum Fiedlera. Nigdy się jednak nie udało. Koniecznie należało to nadrobić. I tak o godz. 10.00 wysiedliśmy na maleńkim dworcu w sercu Wielkopolskiego Parku Narodowego.


Muzeum nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Trochę tchnęło ubiegłym wiekiem, trochę kiczowatością i chęcią zysku właścicieli. Może te 24 lat temu byłabym zadowolona, teraz pojawiło się tylko rozczarowanie. Po wielkim podróżniku, autorze genialnych reportaży z różnych stron świata, autorze, który w nas, pokoleniu wychowanym w socjalizmie, zaszczepiał marzenia o dalekich podróżach, pozostało trochę zakurzonych pamiątek, gablotki z motylami, wycinki prasowe i książki.
W podziemiach wśród pajęczyn wyeksponowano „Świat Indian” , wśród których stał i nasz podróżnik. Na maleńkim placyku hucznie nazwanym „Ogrodem Tolerancji” stłoczono repliki kilku posągów i rozpadające się kipi. Po drugiej stronie wystawiono… piramidę, z rzekomo leczniczymi właściwościami- sfotografowałam nawet cennik, bo szczerze powiedziawszy oboje nie wiedzieliśmy , czy śmiać się, czy płakać.

Ślubny zainteresował się repliką samolotu hurricane, ja wolałam replikę Santa Marii Kolumba.  Zwiedzanie całości zajęło nam niecałą godzinę. 
Trochę zawiedzeni wróciliśmy na dworzec i o dworcu chciałabym kilka słów napisać. Otóż po pierwsze był… wyremontowany z czynną stylową kafejką, gdzie napiliśmy się kawy i czekolady w filiżankach, a nie w papierowych kubkach! 
Akurat siedział tam miejscowy bywalec, trochę dziwak, trochę społecznik. Opowiedział nam o swojej walce z władzami o drzewa.
Na zewnątrz były ławeczki i działający zabytkowy z pewnością zegar.





Drugim punktem sobotniego programu było zwiedzanie Toursalonu na targach poznańskich. Decyzje o wizycie na targach podjęliśmy w piątek wieczorem, gdy okazało się, że swoje stoisko wystawia zaprzyjaźniony z nami Kajtur, o którym niedawno pisałam tu.
Przeszliśmy przez salę, zakupiliśmy bułgarskie słodkie pieczywo, spróbowaliśmy piwa ze Wschowy.

Bez większych problemów znaleźliśmy Centrum Rozrywki Aktywnej z ciekawie przygotowana ekspozycją. Potem Ślubny zasiadł nad talerzem jadła, a ja poszalałam między stoiskami. Tu posłuchałam informacji o wyspie Uznam, tam o szlakach rowerowych Opolszczyzny. Tu napiłam się kawy zbożowej, tam spróbowałam miodu. W czasie swojej ekspresowej wyprawy przez Polskę zebrałam pokaźną reklamówkę ulotek, map i przewodników.
Partnerem targów była Japonia, więc i na stoisku japońskim postałam przez chwile przyglądając się, jak animatorki wraz z dziećmi wyczarowują cudeńka z papieru.
Ostatnim elementem Dnia Podróżnika było spotkanie z wspomnianym wcześniej kuzynem. Spotkanie o tyle ciekawe, że pierwsze w realu. Przez sześć lat wymienialiśmy się mailami, czatowaliśmy , pisaliśmy smsy. Teraz nadszedł czas na spotkanie i było to spotkanie niezwykle udane.

Wieczór spędziliśmy w hotelu Gromada na uroczystej kolacji z lampką wina. 

niedziela, 27 października 2013

Poznań- "dzień nostalgiczny"

- A może Poznań?- zapytałam męża, gdy planowaliśmy nasz coroczny urodzinowy weekend. Pomysł został zaakceptowany, więc zaczęłam szukać odpowiedniej oferty rabatowej na noclegi. Zaplanowałam tzw. minimum programowe i ruszyliśmy w podróż.
Mile zaskoczył nas pociąg interregio  „Mewa”, który nie tylko był nowoczesny i czysty, ale nawet wyposażony był w Internet. Jadać więc do Poznania , mogliśmy dokończyć planowanie. Rozłożyliśmy na stoliku mapy, przewodniki, otworzyli odpowiednie strony internetowe i tak powstał plan naszej eskapady.
Poznań jest dla nas miejscem szczególnym, nostalgicznym. To tu na dworcu PKP poznaliśmy się w czerwcu 1989 roku. Przez cały rok spotykaliśmy się w tym mieście, gdzie Ślubny uczył się w szkole chorążych. Z braku funduszy całymi dniami wędrowaliśmy po muzeach, parkach, skwerkach.
Potem byliśmy w Poznaniu tylko raz- na wystawie malarstwa wielkich impresjonistów francuskich w 2001 r.
Tym razem postanowiliśmy sobie, że zwiedzimy miejsca, których wtedy nie widzieliśmy, bo jakimś dziwnym trafem do nich nie dotarliśmy albo ich jeszcze nie było oraz te, które były nam szczególnie bliskie.
I tak powstał zarys pobytu. Pierwszy dzień- piątek nazwaliśmy „dniem nostalgicznym”. Rozpoczęliśmy go do poszwędania się po dworcu PKP – bardzo zdziwił nas nowy dworzec i to, że został połączony z ogromnym centrum handlowym. Potem, pieszo powędrowaliśmy znanymi uliczkami na rynek, żeby zakupić karty turysty. Z lubością korzystamy z tej formy promocji, gdyż pozwala nam ona nie martwić się o bilety komunikacji miejskiej i daje mnóstwo zniżek w różnych miejscach. Pierwszą zniżkę wykorzystaliśmy już „Pod koziołkami”, gdzie koniecznie musieliśmy zajrzeć. 
Potem obowiązkowe koziołki na ratuszu i można przejść do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych. To tam, wówczas jeszcze wyższej szkole oficerskiej wojsk pancernych uczył się Ślubny. Na terenie jednostki byłam tylko raz- na mężowskiej promocji ( dobrze znałam tylko izbę odwiedzin) . Teraz miałam okazje obejrzeć miejsce, gdzie Ślubny spędził trzy lata. Na terenie centrum znajduje się niesamowicie nowoczesny sprzęt, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie mniejsze wrażenie zrobiła i kolekcja czołgów, znajdująca się w mieszczącym się tam muzeum.

W pobliżu jednostki znajduje się urokliwe jezioro Rusałka, gdzie także spędzaliśmy mnóstwo czasu, bo było blisko, romantycznie i nie trzeba było płacić. Okazało się, że Rusałka na szczęście niewiele się zmieniła, więc spacerowaliśmy jej brzegiem, przypominając sobie ten pierwszy rok.
Ostatnim punktem programu była Palmiarnia. Jakoś tak się złożyło, że ominęliśmy ją 24 lata temu i należało to niedopatrzenie naprawić. To był dobry pomysł, bo na dworze było deszczowo i chłodno, a w palmiarni cieplutko i egzotycznie. Obejrzeliśmy kolekcje tropikalanych roślin- mnie najbardziej podobały się rośliny kwitnące i… ulubione kaktusy. Potem były motyle i ryby.



Już mocno zmęczeni postanowiliśmy zameldować się w hotelu „Gromada”. Nim tam dotarliśmy, przejechaliśmy kilka przystanków tramwajem w te i we wte, bo się nam kierunki pomyliły . 

środa, 23 października 2013

"Już wrocławianka, czy jeszcze trochę słoik?"



Moja droga do szkoły prowadzi przez skraj dzikiego lasu zamieszkałego przez Niedźwiedzie Brunatne. Nieraz dostrzegam któregoś w oddali, gdy leniwie stąpa po leśnym runie lub moczy pysk w strumieniu. Zaraz obok jest polana zamieszkana przez magoty – jedyne europejskie małpy i muflony. Następnie mijam jezioro, z którego patrzą na mnie Flamingi Różowe, prawdopodobnie doszukując się w moim perłowo-różowym rowerze krewniaka. Ale to przecież Gazella, daleko jej do tych ptaków. A potem… wjeżdżam na Kładkę Zwierzyniecką i oddalam się od wrocławskiego ZOO. 


Wrocław czaruje chwilą. Idąc przez przejście podziemne pod Rondem Regana słyszę dobrze mi znaną melodię z mojego ulubionego filmu. To młody akordeonista dorabia grając La Valse d' Amelie. Chociaż z peronu właśnie odjeżdża mi tramwaj nr 10, zatrzymuję się, opieram o ścianę, zamykam oczy i słucham. Przecież czwórka przyjedzie za 5 minut. 5 minut mnie nie zbawi. Spędzam je w Paryżu.


Wrocław czaruje miejscem. Zwiedzając Ostrów Tumski warto przejść przez Lwią Bramę, aby znaleźć się w ogrodzie Wydziału Teologicznego. Nie sam ogród jest jednak celem wycieczki, a schody znajdujący się w jego lewym, tylnym rogu. Schody te prowadzą do… wody. Odry, konkretnie. Warto usiąść na szczycie tych schodów, zamyślić się i pozwolić, aby wystraszył Cię plusk ryby.
Wrocław czaruje klimatem. O tym nie muszę chyba mówić nikomu, kto we Wrocławiu był. A kto nie był, powinien jak najszybciej to nadrobić i poczuć. Tutaj historia przenika się ze współczesnością. Tutaj można wyruszyć w architektoniczną podróż przez wieki. Zaczynając od gotyckiej zabudowy wcześniej wspomnianego Ostrowa, przez barokowy gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego, modernistyczną Halę Ludową (obecnie Halę Stulecia) po współczesny Sky Tower górujący nad miastem. Zachwyci się ktoś, kto – jak ja – jest fanem mostów. Grunwaldzki, Oławski, Rędziński i wiele, wiele innych perełek – do wyboru, do koloru. Obowiązkowo oczywiście rynek i Plac Solny (koniecznie z zakupem kwiatka!), Panorama Racławicka, spacer po podwalu. Trzeba też po główce pogłaskać chociaż jednego krasnala. Atrakcje miasta można by wymieniać i wymieniać w nieskończoność, ja się jednak ograniczę do prostego: do zobaczenia we Wrocławiu!

wtorek, 22 października 2013

Króciutko o Poznaniu- dużo będzie później

Weekend wypadający po połowie października tradycyjnie spędzamy z Ślubnym w jakimś ciekawym miejscu, co roku gdzieś indziej. Tym razem padło na Poznań. Z miastem tym związanych jest wiele naszych wspomnień. To tu, na dworcu PKP rozpoczyna się historia naszej rodzinki.  

Nasz pobyt i wspomnienia rozpoczęliśmy zatem na dworcu, na którym spotkaliśmy się 24 lata temu w czasie rajdu turystycznego.  Każdy dzień weekendu miał inny charakter- pierwszy dzień nazwaliśmy nostalgicznym, drugi podróżniczym, trzeci historycznym.  Dlaczego? To proste: w piątek zwiedzaliśmy miejsca związane z naszymi wspomnieniami, w sobotę odwiedziliśmy Toursalon na Targach Poznańskich i byliśmy w Muzeum A. Fiedlera. W niedzielę zwiedzaliśmy poznańskie muzea- te, których nie obejrzeliśmy 24 lata temu.

Podejrzewam, ze pisanie o Poznaniu zajmie mi kilka dni i będzie to kilka wpisów. Dzisiaj chciałam tylko zasygnalizować, że zwiedzając targi turystyczne stałam się posiadaczka kilkunastu nowych map, przewodników i folderów z różnych regionów Polski i chętnie się nimi podzielę, tzn. dodam  coś do prezentu z okazji urodzin i konkursu ZŁAP LICZNIK

poniedziałek, 21 października 2013

Dom

 

Pod koniec września odbyłam długo planowaną podróż. Podróż tę niemal wokół Polski i tę wgłąb samej siebie.
Zaczęło się w Iławie, o której Ruda pisała już TU. Trzy dni nad magicznym Jeziorakiem, rowery, rodzinne spacery i nasze 4M - 4 materace, których nie sposób pomylić z innymi - tylko my wprowadzamy wokół siebie taki chaos.
Z Iławy ruszyłam wraz z Marzenką do Wrocławia, gdzie dotarłyśmy, dzięki uprzejmości naszych znajomych, bardzo komfortowo. Mogłam zobaczyć, jak mieszka moja siostrzyczka, spojrzeć na Wrocław z jej perspektywy. Były muzea (Muzeum Architektury, Muzeum Współczesne, Muzeum Narodowe i Panorama Racławicka), galerie (tym razem handlowe), spacery po mieście. Wiele rozmów przerywanych krótkimi "A to jest budynek poczty" "To most grunwaldzki"... Dwa wrocławskie dni minęły jednak jak mgnienie oka i zanim się spostrzegłam siedziałam już w pociągu, wiozącym mnie do Domku pod Orzechem.
Dojechałam do najbliższej stacji, skąd czekał mnie jeszcze ośmiokilometrowy marsz, zanim wreszcie stanęłam przed upragnionymi drzwiami. Półtora dnia spędziłam w Domku sama, taki był też mój zamiar, miałam taką potrzebę. Czas ten spędziłam na lekturze, próbie sforsowania Góry rowerem, spacerach, odwiedzaniu sąsiadów. Później zjechała się rodzina i rodzina rodziny, zrobiło się tłoczno, gwarno i wesoło. 
Jednak i ten czas minął nadspodziewanie szybko. Znów siedziałam w pociągu, tym razem do Wrocławia, skąd miałam wracać do Szczecina. Z powodu opóźnienia jednego pociągu, drugi mi uciekł i moja wyprawa wydłużyła się o kilka godzin spędzonych w Poznaniu u Przyjaciela.

Ale opis mojej małej-wielkiej wyprawy ma stać się tylko pretekstem, dla krótkich rozważań o domu. O tym co ten dom tworzy. Bowiem podczas tak licznych zmian miejsca, w przeciągu tygodnia o domu mówiłam wielokrotnie, niemal zawsze w odniesieniu do innego z miejsc. Wzdychałam z ulgą "nareszcie w domu" wchodząc zarówno do wrocławskiego mieszkania Marzenki, otwierając drzwi Domku pod Orzechem, jak i wdrapując się schodami do mieszkania w Szczecinie, a także podczas rozmowy z Rudą "Będę w tygodniu w domu", mając na myśli Trzebiatów. I sprawdza się w moim przypadku powiedzenie, że dom twój tam, gdzie serce twoje.

czwartek, 17 października 2013

Łapiemy licznik!

W poprzednim poście zapowiedziałyśmy konkurs znany jako "Złap licznik". Pretekstem do ogłoszenia konkursu są zbliżające się urodziny Chudej i moje oraz 25000 odwiedzin na blogu. 
Zatem ogłaszamy KONKURS : "ZŁAP LICZNIK".
Zasady sa banalne. Należy pojawić się na blogu jako 25000. odwiedzający. Dopuszczamy poślizg do 5 wejść. Wygrywa ten, kto będzie najbliżej. Aby udowodnić swoje odwiedziny, trzeba zrobić sceen strony i przesłać na mój adres mailowy, który widoczny jest w profilu. Miłoby nam było, gdybyście także skrobnęli parę słów na temat naszego bloga- ciekawi nas, które tematy przez nas poruszane są Wam najbliższe, które posty czytaliście z największym zainteresowaniem. Za każdą opinię będziemy bardzo wdzięczne.
Oczywiście przewidziałyśmy nagrody. Na razie zbieramy , czym chciałybyśmy się podzielić:


A więc proponujemy: mleczko do twarzy 3 w1 firmy Oriflame, dwie  drewniane podkładki pod kubek zdobione metodą deqoupage, zestaw ziół zbieranych w tym roku , mapę gminy Rewal i mini przewodnik po Trzebiatowie. Jak widać jest tu po trosze wszystkiego, czym się zajmujemy. 
Do tego zestawu dołączy jeszcze biżuteria Chudej (tylko musi ją Chuda z Baszty wyciągnąć),  znajdzie się jakaś książka bądź przewodnik i pewnie coś słodkiego. Mam do oddania także trochę serwetek, więc jeśli znajdzie się miłośniczka  deqoupage, to dołożę:)
Kompletowanie muszę jednak odłożyć na przyszły tydzień, bo w weekend wraz z  Ślubnym jedziemy do Poznania. Możecie się więc spodziewać super relacji z Poznania ( a Chuda obiecała wreszcie napisać, jak to z Gui umuzykalniają się na koncertach).