środa, 30 stycznia 2013

Premiera w teatrze, premiera w kinie i studniówka.


Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie obfite w niesamowite, niezapomniane wydarzenia. To, jak miałam zaplanowane dwa ostatnie weekendy doskonale umiliło mi ciężką końcówkę semestru, które nigdy nie są łatwe. Ale oceny już wystawione, ja mam ferie i siedzę szczęśliwa we Wrocławiu, mam czas, aby wszystko Wam opisać.
Zacznę od tego, że jestem ogromną fanką kunsztu filmowego Quentina Tarantino. Uwielbiam zarówno filmy w jego reżyserii, jak i ze scenariuszem jego autorstwa. Jakie więc było moje szczęście, kiedy na stronie Multikina zobaczyłam informację, że w nocy 18-19 stycznia odbędzie się w Multikinach w całej Polsce „Tarantinoc” z premierowym pokazem „Django”. Od razu napisałam do mojej przyjaciółki ze Szczecina z równie nieprzeciętnym gustem, czy nie miałaby ochoty na spędzenie całej nocy w sali kinowej. Nana naturalnie się zgodziła, więc z niecierpliwością oczekiwałyśmy na tę noc. W międzyczasie do naszych planów doszła premiera w Teatrze Współczesnym, w którym pracuje tata mojej przyjaciółki, więc piątek miałyśmy zaplanowany niemal co do minuty.
Wystrojone w sukienki, chwiejąc się na wysokich butach (ja miałam 13cm, Nana 15cm) ruszyłyśmy do teatru. Ciekawym doświadczeniem było zobaczyć, jak to wszystko wygląda od wewnątrz: wejść tylnym wejściem, zobaczyć garderoby, poznać aktorów, zobaczyć ich zachowanie przed premierą… Wreszcie nadeszła godzina 19 i ruszyłyśmy ciemnymi kulisami na widownie. Trafiło nam się miejsce w najpierwszym rzędzie, więc miałyśmy doskonały widok na scenę.
Sam spektakl „Kaligula” nie należał do lekkich. Łatwo było się pogubić czy nie zrozumieć jakiejś kwestii. Był również bardzo odważny, nie brakowało golizny i kontrowersyjnych scen (tu porozumiewawczy ukłon w stronę Nany :D). Po przedstawieniu dosłownie na chwilkę poszłyśmy na bankiet, żeby po pół godziny wrócić do garderoby, przebrać sukienki na ubrania „cywilne”, a wysokie buty na trampki. Potem biegiem do szczecińskiego Galaxy, szybkie zakupy spożywcze na całą noc i znów na salę widowiskową, tym razem w kinie.
Maraton rozpoczynał się premierowym pokazem nowego filmu „Django” (kolejność wyświetlania filmów była ustalana przez internautów). Co tu dużo pisać… film jest doskonałym zwieńczeniem kariery reżysera, jest to bowiem ponoć ostatni przed „Kill Bill 3” film Quentina. Zastosowano klamrę, wrzucając na początku i na końcu bardzo krwawe sceny, które są – obok muzyki – znakiem rozpoznawczym tworów Tarantino, w środek natomiast wrzucono porywającą fabułę. Nie zabrakło również subtelnego love story, którego mi nie było np. w Kill Bill’ach. Dla mnie film na „10”, Nana była jedynie zawiedziona brakiem miecza samurajskiego. Cóż, w klimat westernu sprzed wojny secesyjnej trudno było by wcisnąć japońską broń. To, co mnie zawiodło, to wygląd Quentina, który wcielił się w jedną z drugoplanowych ról - bardzo przytył :( Natomiast Leonardo Dicaprio już nie jest mdłym młodzieniaszkiem z "Titanica", a dojrzałym, utalentowanym aktorem. Świetną rolę zagrał również Samuel L. Jackson.

Następnymi wyświetlanymi filmami były fenomenalne „Pulp Fiction”, „Kill Bill” i Kill Bill 2”. Jako że mam tendencje do szybkiego zapominania treści dobrych filmów, aby móc je oglądać kilkakrotnie, chętnie zobaczyłam powyższe pozycje po raz n-ty i to na wielkim ekranie. Seans jednak trwał od 22 do 8, więc na Kill Bill’ach oczy otwierałam już tylko na moje ulubione momenty. Mogłam sobie na to pozwolić, bo całkiem niedawno widziałam rozszerzone o dodatkowe i wycięte sceny połączenie obu części w „Kill Bill: The whole bloody affair”.
Z kina wyszłyśmy raniutko, wymęczone, ale szczęśliwie. W drodze powrotnej zastanawiałyśmy się, co ci wszyscy ludzie robią o tej porze w sobotę w mieście. „Wracają z seansu…” – nasuwała się odpowiedź.
A w ubiegłą sobotę miałam okazję bawić się na studniówce tegorocznych trzebiatowskich maturzystów, zostałam bowiem zaproszona na nią przez znajomego z trzeciej klasy. Odstawiona w planowaną z Chudą od dwóch miesięcy kreację zatańczyłam poloneza w Dworku Nad Regą. Potem czekało mnie kilka godzin doskonałej zabawy. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do zespołu, jednak odrzuciłam wszelkie uprzedzenia, gdy zagrał „Cykady na Cykladach” Maanamu, przy których musiałam ściągnąć długie kolczyki, bo obijały mi się o szyję.
Miałam też obawy związane z wysokimi butami. I faktycznie – po kilku godzinach zaczęły mnie boleć stopy, przez kilka utworów tańczyłam na boso, ale później bawiłam się tak doskonale, że już wszystko było mi obojętne, więc wróciłam do obcasów.
Musiałam wracać do domu trochę czasu przed końcem imprezy, ale to może nawet dobrze, bo gdy wychodziłam wyglądało na to, że atmosfera już się sypie. O godzinie 5 rano tata odwiózł mnie do domu, przespałam się godzinkę i musiałam wstawać, żeby się wykąpać, wysuszyć i ruszać dalej… czyli do Wrocławia. Podróż minęła mi szczęśliwie i wracamy do punktu wyjścia – siedzę szczęśliwa w – moim zdaniem – najpiękniejszym polskim mieście. Ale o tym innym razem :)



5 komentarzy:

Chuda pisze...

A tam Wrocław, Wrocławiem - jest piękny, ale banalnie, na pierwszy rzut oka. Ja tam wolę mój niebanalny Szczecin ;p

Guitarowa pisze...

Ja wole proste rozwiązania i duże literki. Po co mam wytężać wzrok, żeby dojrzeć jakiś szczególik, skoro mogę spojrzeć i od razu widzieć piękno.

Ruda pisze...

A ja tam lubię oba, no i Cykady Maanamu:)

consek pisze...

i premiery i balety.. nooo.. tylko pozazdrościć :)
.. a ja tam dalej nie mogę załapać, jak to zrobić aby " consek" widniał przy komentarzu ;(
.. a może tym razem się uda?

consek pisze...

ha! udało się ;) żeby tylko nie zapomnieć.. żeby nie zapomnieć ;))