czwartek, 15 sierpnia 2013

Co wrzuciliśmy do kociołka?

- Jak ja się za Wami stęskniłam- westchnęła Gui, gdy leżałyśmy sobie pod czereśnią na działce. Gui od początku lipca mieszka we Wrocławiu i tylko z rzadka nas odwiedza. Teraz przyjechała na kilka dni- w tym dwa spędzimy we dwie w czasie wycieczki na Bornholm. I ta wycieczka była głównym tematem naszej rozmowy- planowałyśmy jutrzejsze zakupy i przypominałyśmy, co jeszcze musimy zrobić. Co jakiś czas pojawiało się westchnienie, bo obie widziałyśmy już film promujący wyspę i zakochałyśmy się w skalistym wybrzeżu.
Potem Gui opowiadała o swoim życiu we Wrocławiu, o koncertach, w których uczestniczyła i o podróżach pociągami. Może i Wam o nich opowie, jak wenę twórczą dostanieJ

Pogoda była cudna, czereśnia dawała przyjemny cień, w powietrzu unosił się zapach ogniskowego dymu, bo jeszcze tlił się żar po tym, jak robiliśmy świąteczny kociołek.

Żeliwny kociołek kupiliśmy z mężem zaledwie tydzień temu w Mrzeżynie, w czasie naszej ostatniej wycieczki rowerowej. Planowaliśmy ten zakup latami, ale zawsze coś nie wychodziło- najczęściej ów kociołek po prostu nie rzucał nam się w oczy. Tym razem stał na widoku i oboje wiedzieliśmy, ze nie wyjdziemy ze sklepu bez niego. (Syn musiał go potem odebrać, bo my przecież przyjechaliśmy rowerami).
Teraz przyszedł czas na wypróbowanie nowego naczynia. Podejrzewam, ze każda gospodyni, bądź gospodarz, którzy potrawy kociołkowe serwują mają swoje wypróbowane przepisy i pewnie każdy jest inny, bo zasadniczo chodzi o to, by wrzucić to, co się ma pod ręką.



W naszym kociołku znalazły się: kapusta, której liśćmi wykłada się ścianki naczynia, ziemniaki, pomidory, cukinia, cebula, boczek wędzony, pierś kurczaka i przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka, kminek (och jak ja lubię kminek) i świeże oregano, czyli lebiodka.  Większość warzyw jeszcze chwilę wcześniej rosła sobie spokojnie na działce.

Wszystko pokroiłam w plastry, wyłożyłam warstwami do kociołka, przykryłam kapustą. Mąż przygotował mnóstwo żaru w ognisku i przez godzinę pilnował, by naszej potrawie było gorąco. Okazało się, ze było jej trochę za gorąco, bo po godzinie kapusta trochę się przypaliła. Reszta jednak była cudownie aromatyczna i smaczna.

Dzieci schodzące na działkę po kolei zajadały się daniem. 

6 komentarzy:

Weronika Ziółkowska pisze...

W moich duszonkach kociołkowych gości kapusta, ziemniaki, buraki, marchew i cebula-to taka wege wersja:) Twoja też wygląda smakowicie! Chociaż tak naprawdę to znaczenie ma towarzystwo, w którym człowiek raczy się potrawą. Wtedy dopiero wszystko nabiera smaku:)

Ruda pisze...

Sporo osób dodaje buraki, mnie one jakoś nie przekonują, ale zgadzam się z Tobą, że najważniejsze jest towarzystwo.

Sol i Alien pisze...

Kurczę, też bym chciała posiadać żeliwny kociołek. Urocza rzecz, tylko jakoś nie widziałam nigdzie w sprzedaży...

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Co za smakowitosci! wykładam czasami dno gara boczkowymi skórkami, są po upieczeniu cudownie rumiane i chrupiące, mąż uwielbia takie, czasami zdarza mi się grzybek znaleziony w lesie wrzucić, plasterki marchewki, buraków nie daję, nie komponują mi się; jakież to pyszne jedzenie; pozdrawiam.

hallen pisze...

wygląda smacznie :)

Anonimowy pisze...

my w kociołku grochówkę gotujemy - palce lizać :)

kozarogata