wtorek, 20 sierpnia 2013

Gdzie mieszkają trolle?

- A może wybierzemy się na Bornholm?- wypaliła Gui pewnego czerwcowego popołudnia, gdy już wiedziała, ze nie wszystkie kunsztownie układane plany da się zrealizować. – Tam jest Az pięć latarń morskich! Zdobyłabym złotą odznakę miłośnika latarń.- Gui była coraz bardziej podekscytowana, a jej zapał i mnie zaczął się udzielać. Przecież już rok wcześniej taka idea pojawiła się w czasie rozmów ze znajomą.  Należało więc pomysł przemyśleć i zająć się realizacją.
Wreszcie w środku długiego sierpniowego weekendu znalazłyśmy się na katamaranie płynącym do Nexo.  My dwie, nasze rowery i sakwy załadowane śpiworami, karimatami , namiotem i prowiantem.

 Zaopatrzone w mapę i przewodnik po raz kolejny planowałyśmy trasę. Wiedziałyśmy, że mając do dyspozycji tylko niecałe dwa dni (katamaran przypływał o 11.00, a odpływał o 17.30 ) nie zobaczymy wszystkiego. Musiałyśmy atrakcje obowiązkowe i warianty , gdyby się udało więcej.




Statek zawinął do portu w Nexo przed 12.00. Już na starcie miałyśmy więc godzinę opóźnienia. Szybko wjechałyśmy do miasteczka, by znaleźć bank i wybrać duńskie korony ( w Trzebiatowie nie udało się ich kupić). Zwiedzanie Nexo zostawiłyśmy sobie na następny dzień. 


Pierwszy postój zaplanowałyśmy w Sveneke, gdyż tam stała pierwsza na naszej trasie latarnia morska. Tam też bliżej zaznajomiłyśmy się ze wschodnim wybrzeżem wyspy. Widok ogromnych głazów porozrzucanych w płytkiej wodzie i zieleni wyrastającej miedzy głazami nie da się opisać.


Potem wpadłyśmy do portu i ruszyłyśmy w górę do miasteczka. Tam trafiłyśmy na lokalny jarmark, czyli mydło i powidło z przewagą rękodzieła i miodu. Spróbowałyśmy tez lokalnego jedzenia, czyli pączków z ciasta racuchowego smażonych na specjalnej patelni i podawanych z dżemem i cukrem pudrem.








A potem co chwila słychać było nasze okrzyki zachwytu, gdy wybrzeże stawało się coraz bardziej poszarpane i skaliste, a oczom naszym ukazywały się kolejne godne uwagi pejzaże.

Drugi dłuższy postój miałyśmy w Gudhjem, bo tam, zgodnie z przewodnikiem należało zjeść bornholmera, czyli wędzonego śledzia po bornholmsku. Nasza łamaną angielszczyzną zamówiłyśmy ów przysmak i po chwili stało przed nami danie składające się z wędzonego śledzia, tartej rzodkiewki i cebulki, surowego żółtka i kromki ciemnego pieczywa z masłem. W Gudhjem podziwiałyśmy kolejny port rybacki, maleńkie domki wrośnięte w strome zbocze i niesamowicie strome, kręte uliczki.
W drodze do kolejnego miasteczka- Tejn obejrzałyśmy kilka wiatraków, z których słynie wyspa, ale zatrzymałyśmy się przy… dzikiej gruszy i jeżynach. 


Planowy postój miałyśmy przy menhirach.
Miejsce magiczne, czuło się powiew historii i cudowności.
- Tu są trolle- szepnęłam do Gui.- Czuję ich obecność. – Gui popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, ale baczniej przyjrzała się dzikiemu krajobrazowi z sterczącymi głazami prastarych grobów. Schyliłam się , by sfotografować karłwata roślinność, gdy usłyszałam rozpaczliwe wołanie:
- Mamo! – podniosłam wzrok znak jałowca, by zobaczyć , co stało się mojej córce.- No, jesteś. Nie widziałam cię i się przestraszyłam. Uwierzyłam w te twoje trolle.
- Magia miejsca zadziałała.- uśmiechnęłam się do siebie.




Teren wznosił się coraz bardziej i poczułyśmy, że jesteśmy w górach.  Rowerowe podjazdy były coraz trudniejsze. Około 17.00 znalazłyśmy się północnym cyplu wyspy – Hammeren. Majestatyczna góra robiła wrażenie. U jej podnóża zostawiłyśmy rowery i pieszo dotarłyśmy do drugiej tego dnia latarni morskiej. Chwila zachwytu nad pięknem pejzażu, podziwianie dzikiego wybrzeża, pamiątkowe zdjęcia przy latarni i szybkie zejście, bo dzień miał się ku końcowi, a my planowałyśmy jeszcze zobaczyć dwa ciekawe miejsce i znaleźć nocleg.



Pod kolejną latarnię wjeżdżałyśmy krętymi serpentynami o ogromnym nachyleniu. Na szczycie czekała na nas piękna latarnia Hammer Fyr, na którą można było wejść (nareszcie czynna latarnia!)
Ze szczytu widać było niedalekie miasteczka, średniowieczne grodzisko i cudny brzeg morski. Było też widać brzeg Szwecji, ale to zauważyłyśmy dopiero przeglądając zdjęcia.








Słońce było już stosunkowo nisko, gdy dojechałyśmy do kolejnego magicznego miejsca- ruin Hammershus. Zwiedzanie ich zajęło nam prawie godzinę, gdyż grodzisko jest olbrzymie i dobrze oznakowane. Przydała się też jako taka znajomość historii i sposobu budowania średniowiecznych warowni przećwiczona na schemacie zamku w Malborku. Dzięki temu mogłyśmy, posiłkując się informacjami w języku angielskim zamieszczonymi przy kolejnych ciekawych miejscach, poznać historię zamczyska i przeznaczenie poszczególnych ruin.  


Nocleg znalazłyśmy na Lyngholt Familie Camping. Rozłożyłyśmy namiot i pojechałyśmy kolejny raz nad Bałtyk, by obejrzeć zachód słońca. Już o zmroku wracałyśmy wśród menhirów i głazów lasu Finnedal.

To był pasjonujący dzień. O kolejnym napiszę w drugim wpisie. 

10 komentarzy:

Mercury pisze...

Bardzo ładna relacja. Po pierwszym dniu można stwierdzić czy da się tam poruszać rowerem szosowym? Przymierzam się na zwiedzanie wyspy ale wolałbym rowerem wyścigowym niż górskim. Da radę?

Ruda pisze...

Spokojnie da radę rowerem szosowym- po prostu czasami trzeba zostać na drodze głównej, a nie jechać cyklovejem, który chwilami jest szutrowy. Pierwszego dnia nie miałyśmy szutru. Ten pojawił się dopiero po zachodniej stronie wyspy.

Cyklomaniak pisze...

Zaintrygował mnie tytuł i warto było wejść. Ciekawy opis podróży i przede wszystkim bardzo fajne miejsce na rowerowe wojaże. Pozdrawiam!

Niania w Paryzu pisze...

Cudowny opis i zdjęcia! Zachęca do podróży, w która sie pewnie któregoś dnia wybiorą.... Zachęca nie tylko tym co do zwiedzania i przyroda ale tez tymi wewnętrznymi przeżyciami. Nie wiedziałam, ze na Borholmie sa menhiry, zupełnie jak w Bretanii, gdzie długo mieszkałam.

Ruda pisze...

Bornholm zaskakuje na każdym kroku. Jeszcze o tym napiszę.

Ruda pisze...

Dziękuję. Uznanie czytelników jest wiele warte:)

Anonimowy pisze...

:) pozdrawiam
Adatoniewypada

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Już w zeszłym tygodniu byłam tu, czytałam z ciekawością, bo zupełnie nie znam tamtych stron, zawsze ciągnie nas na południe, może przyjdzie czas, że ruszymy na północ, tylko, że my rowerami nie jeździmy; pozdrawiam serdecznie.

Ruda pisze...

Na Bornholm da się i samochodem, i pieszo, ale rower pozwala zobaczyć najwięcej.

Charlene pisze...

Cool!