wtorek, 20 sierpnia 2013

Latarnie, wiatraki, rotundy czyli drugi dzień na Bornholmie

Obudziłam się przed 6.00, ale brak słońca sprawił, że jeszcze chwilę poleżałam zawinięta w śpiwór pod namiotem. Obok słyszałam równy oddech Gui. Namiot mamy tak maleńki, że ledwo obie się w nim mieścimy. Wiedziałam, że jeśli zacznę się gramolić ze śpiwora, to ja obudzę. Po szóstej zrobiło mi się niewygodnie, więc ruszyłam do kuchni, aby przygotować śniadanie. Trzeba przyznać, że zaplecze campingowe było bez zarzutu- dobrze wyposażona kuchnia z palnikami gazowymi, lodówkami, czajnikiem bezprzewodowym, ekspresem do kawy i piekarnikiem. Do tego pralka i suszarka. Na zewnątrz grill i wygodne miejsce do biesiadowania. Równie czyste i estetyczne zaplecze sanitarne. Do tego basen z sauną i plac zabaw dla dzieci.
Śniadanie zjadłyśmy na świeżym powietrzu, rozmawiając przy tym i … sprawdzając pocztę mailową ( camping miał, ku wielkiej radości Gui,  wifi).
Potem złożyłyśmy namiot, spakowałyśmy sakwy i pożegnałyśmy przyjazny camping Lyngholt. Początkowo jechałyśmy główną drogą w kierunku Hasle, jednak biegła ona zbyt daleko od wybrzeża, a my przecież chciałyśmy widzieć wody Bałtyku. Zjechałyśmy więc w kierunku Jons Capel. Wybrzeże było tam strome i skaliste. Cyklovej biegł szutrową ścieżką w lesie. W pewnym miejscu trzeba było zejść z rowerów, gdyż zjazd wynosił 22% i posiadał … schody.
Chwilę później Gui stwierdziła, że musi zejść na brzeg, Nie wiem, co ją tknęło, ale znalazłyśmy się w urokliwej zatoczce usianej kamieniami  i gdzieniegdzie piaskiem. Sporo było też morszczynu. Jakiś czas podziwiałyśmy to miejsce, zebrałyśmy trochę kamyczków na pamiątkę i ruszyłyśmy dalej w kierunku Teglkas i Heligpeder. Maleńka wioseczka ciągnęła się wzdłuż brzegu, wciśnięta między morze a skały, prawie każdy dom posiadał wędzarnię.  Tu wąska plażą pokryta była grubą warstwą morszczynu, na którym żerowały mewy. Pachniało rybami i słodkawym zapachem gnijących alg.
Po 10.00 byłyśmy w Hasle. W pierwotnych planach tu miałyśmy zatrzymać się na posiłek. Było jednak zbyt wcześnie. Sfotografowałyśmy więc port i skierowałyśmy się w stronę stolicy. Ponieważ okazało się, ze mamy zapas czasowy, skręciłyśmy w głąb lądu do Neker, gdzie znajduje się jedna z kilku romańskich świątyń rotundowych. Kościół ten jest najmniejszym na wyspie, a i tak w związku z niską zabudowa bornholmskich wiosek krzyż świątyni górował nad wsią i dzięki temu bez trudu ją znalazłyśmy. Ze względu na odbywające się we wnętrzu nabożeństwo, nie wchodziłyśmy do środka, a tylko obeszły rotundę dookoła. Do Ronne dojechałyśmy kolejnym cyklovejem poprowadzonym wzdłuż dawnej linii kolejowej. Był to przyjemny kawałek trasy, gdyż droga biegnie wśród drzew i w wąwozie, więc byłyśmy osłonięte od wiatru, który tego dnia nieźle dał już nam popalić.

Ronne jest kolejnym maleńkim miasteczkiem z kolorową zabudową. Wjechałyśmy na rynek z postanowieniem zjechania drugiego śniadania – na obiad wciąż było za wcześnie. Znalazłyśmy miejscowa piekarnię, której zdjęcie zamieszczono w naszym przewodniku po wyspie, kupiłyśmy dwie kawy i trochę słodkiego pieczywa: bułkę z kawałkami czekolady i dwa ciastka francuskie osypane białym makiem. Posilone ruszyłyśmy dalej.  Obejrzałyśmy kościół (oczywiście z zewnątrz, bo trwało nabożeństwo) i kolejną latarnię morską- czwartą na naszej trasie. Ta była wyjątkowo malutka, ale bardzo ładna. Oczywiście zamknięta na głucho, co nas rozczarowało, bo przecież obchodzono w tym dniu międzynarodowy dzień latarń morskich!
Przy wyjeździe z miasta zauważyłyśmy biały bastion- budynek muzeum wojska. Niestety przy niedzieli większość muzeów na Bornholmie jest nieczynna.

Teraz nasz cyklovej prowadził nas do Dueodde. Po drodze widziałyśmy lotnisko i zjazd do Aakirkeby, gdzie znajduje się największa chyba atrakcja wyspy- Naturbornholm. My jednak nie miałyśmy go w planach.
Kolejny krótki odpoczynek i zejście nad Bałtyk wyszedł spontanicznie, gdy zobaczyłyśmy ścieżkę wśród drzew. Zaprowadziła nas ona do ciekawie zorganizowanego punktu widokowego. Był tam krąg ogniskowy i dwie wiaty, w których spokojnie można by rozłożyć śpiwory. Wokół rosło mnóstwo jeżyn i dzikich jabłek, którymi się uraczyłyśmy. Zaciekawiły nas kamienie na brzegu, gdyż nie były to już znane nam granity i gnejsy. Prawdę mówiąc nie wiem, jaka to była skała, bo nigdzie nie znalazłam na ten temat informacji (nie był to też piaskowiec) .  Dalej widziałyśmy kolejne wiatraki i … winnicę!

W południe stanęłyśmy u stóp Dueodde Fyr. I tu czekało nas największe rozczarowanie, a jednocześnie największy zachwyt. Latarnia, która zgodnie z przewodnikiem powinna być czynna, akurat była remontowana. Nasze rozgoryczenie jednak szybko minęło, gdy wspięłyśmy się na wydmę i naszym oczom ukazał się południowy cypel wyspy. Wydmy w tym miejscu są niesamowicie szerokie i porastają je wrzosy oraz inna wydmowa roślinność. Widok wrzosowisk schodzącego do morza zapadł mi głęboko w serce. Siedziałyśmy w zachwycie i nie chciało nam się ruszać dalej. Dopiero, gdy na wydmach pojawili się ludzie (dotychczas było zupełnie pusto!) wróciłyśmy na ścieżkę. Sfotografowałyśmy nie tylko wysoką i smukłą latarnię, ale także jej poprzedniczkę, smutno stojącą obok i niszczejącą w zapomnieniu.
Doeodde jest popularne wśród Polaków, jednak znacznie różni się zasadniczo od naszych kurortów. Nie ma tu głośnej muzyki ani modnych knajp. Przy głównej drodze zauważyłyśmy zaledwie dwie restauracyjki, oblężone przez naszych rodaków. Zrezygnowałyśmy więc z obiadu w tym miejscu. Domki letniskowe i campingi porozrzucane są po lesie i nie łączą się w jedną spójną całość. Kolejna piaszczysta plaża – w Broens Odde też pokryta była grubą warstwą wodorostów co całkowicie uniemożliwiało kąpiel w morzu i plażowanie.
Obiad zjadłyśmy w Snogabaek. Jest to niewielka miejscowość wypoczynkowo-portowa z dosyć ładną mariną, położona w pobliżu rezerwatu ptaków. To tu zaopatrzyłyśmy się w drobne pamiątki- szklane wisiorki i naklejki firmy Bobedixen. Urzekły nas rowerowe motywy.
Na obiad zaserwowałyśmy sobie pizzę hawajską (Gui już nie chciała śledzia, bo ma ości!) Jakież było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że oprócz znanych nam dodatków, czyli szynki, ananasa i sera, na naszej pizzy znalazły się… pieczarki!
Najbardziej znaną piaszczystą plażę Bornholmu- Balkę ominęłyśmy szerokim łukiem.

Po 15.00 znalazłyśmy się w Nexo. Zrobiłyśmy zakupy w postaci piwa z Sveneke, ciasteczek z Nexo, ciemnego chleba i anyżowych landrynek. Teraz miałyśmy czas na obserwację życia wyspy. Zaglądałyśmy ludziom w okna (wiem, że to nie ładnie, ale w bornholmskich oknach były nieraz zaskakujące wystawki), zachwycałyśmy się niską zabudową i panująca tu ciszą. Dyskutowałyśmy o tym, jak żyje się w miejscu odciętym tak naprawdę od świata. Gui zastanawiała się, czy młodzież dobrze czuje się tu, gdzie nie ma głośnych koncertów, akademickich miast. Zauważyłyśmy, że wiele domów w Nexo i innych miasteczkach jest wystawiona na sprzedaż, co znaczy, że wyspa się wyludnia.

A potem zaczął padać deszcz i trzeba się było schronić w porcie. O 17.00 znalazłyśmy się na katamaranie.  
P.S. Będzie jeszcze jeden wpis podsumowujący wyprawę. 

8 komentarzy:

Arek NN pisze...

Czekam na ostatni wpis z niecierpliwością.

Lucia pisze...

Pieknie opowiedzialas o przepieknej wyprawie. Zaczynam zazdroscic, ze nie jezdze na rowerze ale teraz,juz za pozno na nauke.

Marek Sikorski pisze...

Cudowna relacja:)) Do Luci- na rower nigdy nie jest za późno.

Ruda pisze...

No właśnie, na rower nigdy nie jest za późno:)

ivoncja pisze...

Fantastyczny wyjazd- Aniu, napisz jeszcze, czy smakował Wam bornholmer! :)

Ruda pisze...

Pewnie, że nam smakował, tylko Gui marudziła, że ma dużo ości!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Żyłabym w takim miejscu, odciętym od świata, bo ja taka samotnica jestem; serdeczności.

Ruda pisze...

My nawet widziałyśmy dom na sprzedaż, w którym mogłybyśmy zamieszkać...