środa, 30 stycznia 2013

Premiera w teatrze, premiera w kinie i studniówka.


Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie obfite w niesamowite, niezapomniane wydarzenia. To, jak miałam zaplanowane dwa ostatnie weekendy doskonale umiliło mi ciężką końcówkę semestru, które nigdy nie są łatwe. Ale oceny już wystawione, ja mam ferie i siedzę szczęśliwa we Wrocławiu, mam czas, aby wszystko Wam opisać.
Zacznę od tego, że jestem ogromną fanką kunsztu filmowego Quentina Tarantino. Uwielbiam zarówno filmy w jego reżyserii, jak i ze scenariuszem jego autorstwa. Jakie więc było moje szczęście, kiedy na stronie Multikina zobaczyłam informację, że w nocy 18-19 stycznia odbędzie się w Multikinach w całej Polsce „Tarantinoc” z premierowym pokazem „Django”. Od razu napisałam do mojej przyjaciółki ze Szczecina z równie nieprzeciętnym gustem, czy nie miałaby ochoty na spędzenie całej nocy w sali kinowej. Nana naturalnie się zgodziła, więc z niecierpliwością oczekiwałyśmy na tę noc. W międzyczasie do naszych planów doszła premiera w Teatrze Współczesnym, w którym pracuje tata mojej przyjaciółki, więc piątek miałyśmy zaplanowany niemal co do minuty.
Wystrojone w sukienki, chwiejąc się na wysokich butach (ja miałam 13cm, Nana 15cm) ruszyłyśmy do teatru. Ciekawym doświadczeniem było zobaczyć, jak to wszystko wygląda od wewnątrz: wejść tylnym wejściem, zobaczyć garderoby, poznać aktorów, zobaczyć ich zachowanie przed premierą… Wreszcie nadeszła godzina 19 i ruszyłyśmy ciemnymi kulisami na widownie. Trafiło nam się miejsce w najpierwszym rzędzie, więc miałyśmy doskonały widok na scenę.
Sam spektakl „Kaligula” nie należał do lekkich. Łatwo było się pogubić czy nie zrozumieć jakiejś kwestii. Był również bardzo odważny, nie brakowało golizny i kontrowersyjnych scen (tu porozumiewawczy ukłon w stronę Nany :D). Po przedstawieniu dosłownie na chwilkę poszłyśmy na bankiet, żeby po pół godziny wrócić do garderoby, przebrać sukienki na ubrania „cywilne”, a wysokie buty na trampki. Potem biegiem do szczecińskiego Galaxy, szybkie zakupy spożywcze na całą noc i znów na salę widowiskową, tym razem w kinie.
Maraton rozpoczynał się premierowym pokazem nowego filmu „Django” (kolejność wyświetlania filmów była ustalana przez internautów). Co tu dużo pisać… film jest doskonałym zwieńczeniem kariery reżysera, jest to bowiem ponoć ostatni przed „Kill Bill 3” film Quentina. Zastosowano klamrę, wrzucając na początku i na końcu bardzo krwawe sceny, które są – obok muzyki – znakiem rozpoznawczym tworów Tarantino, w środek natomiast wrzucono porywającą fabułę. Nie zabrakło również subtelnego love story, którego mi nie było np. w Kill Bill’ach. Dla mnie film na „10”, Nana była jedynie zawiedziona brakiem miecza samurajskiego. Cóż, w klimat westernu sprzed wojny secesyjnej trudno było by wcisnąć japońską broń. To, co mnie zawiodło, to wygląd Quentina, który wcielił się w jedną z drugoplanowych ról - bardzo przytył :( Natomiast Leonardo Dicaprio już nie jest mdłym młodzieniaszkiem z "Titanica", a dojrzałym, utalentowanym aktorem. Świetną rolę zagrał również Samuel L. Jackson.

Następnymi wyświetlanymi filmami były fenomenalne „Pulp Fiction”, „Kill Bill” i Kill Bill 2”. Jako że mam tendencje do szybkiego zapominania treści dobrych filmów, aby móc je oglądać kilkakrotnie, chętnie zobaczyłam powyższe pozycje po raz n-ty i to na wielkim ekranie. Seans jednak trwał od 22 do 8, więc na Kill Bill’ach oczy otwierałam już tylko na moje ulubione momenty. Mogłam sobie na to pozwolić, bo całkiem niedawno widziałam rozszerzone o dodatkowe i wycięte sceny połączenie obu części w „Kill Bill: The whole bloody affair”.
Z kina wyszłyśmy raniutko, wymęczone, ale szczęśliwie. W drodze powrotnej zastanawiałyśmy się, co ci wszyscy ludzie robią o tej porze w sobotę w mieście. „Wracają z seansu…” – nasuwała się odpowiedź.
A w ubiegłą sobotę miałam okazję bawić się na studniówce tegorocznych trzebiatowskich maturzystów, zostałam bowiem zaproszona na nią przez znajomego z trzeciej klasy. Odstawiona w planowaną z Chudą od dwóch miesięcy kreację zatańczyłam poloneza w Dworku Nad Regą. Potem czekało mnie kilka godzin doskonałej zabawy. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do zespołu, jednak odrzuciłam wszelkie uprzedzenia, gdy zagrał „Cykady na Cykladach” Maanamu, przy których musiałam ściągnąć długie kolczyki, bo obijały mi się o szyję.
Miałam też obawy związane z wysokimi butami. I faktycznie – po kilku godzinach zaczęły mnie boleć stopy, przez kilka utworów tańczyłam na boso, ale później bawiłam się tak doskonale, że już wszystko było mi obojętne, więc wróciłam do obcasów.
Musiałam wracać do domu trochę czasu przed końcem imprezy, ale to może nawet dobrze, bo gdy wychodziłam wyglądało na to, że atmosfera już się sypie. O godzinie 5 rano tata odwiózł mnie do domu, przespałam się godzinkę i musiałam wstawać, żeby się wykąpać, wysuszyć i ruszać dalej… czyli do Wrocławia. Podróż minęła mi szczęśliwie i wracamy do punktu wyjścia – siedzę szczęśliwa w – moim zdaniem – najpiękniejszym polskim mieście. Ale o tym innym razem :)



Dlaczego Malownicze mnie nie przekonuje? ("Uroczysko" Magdaleny Kordel)


Najgorętszy okres tej części roku mam za sobą. Korzystając z kilku wolnych dni, nadrabiam czytelnicze zaległości. Tym razem sięgnęłam po moją ulubioną polską prozę kobiecą. W bibliotece natknęłam się na dwie powieści Magdaleny Kordel: „Uroczysko” i „Sezon na cuda”. Obie opowiadają losy tej samej bohaterki. W „Uroczysku” Majka zostaje porzucona przez męża, dodatkowo wiarołomny bez jej wiedzy zaciąga kredyt pod hipotekę domu, więc Maja i jej piętnastoletnia córka zostają bez dachu nad głową. Bohaterka ,poszukując wyjścia z patowej sytuacji, wyjeżdża w góry do maisteczka Malownicze i tam rozpoczyna swoje nowe życie. Schemat do bólu oklepany. Znany chociażby z książek Grocholi i Szwai. I nie ma się co oszukiwać- napisany w nieco gorszym stylu. Tylko w kilku miejscach na moich ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

Zastanawiałam się, czy jest sens sięgać po kontynuacje, czyli „Sezon na cuda” i… cieszę się, ze sięgnęłam, gdyż kolejna powieść jest dużo lepsza. Tryska humorem, postaci stają się wyrazistsze i zabawniejsze. I choć zakończenie jest przewidywalne, to czeka się na nie z zaciekawieniem. Dużym atutem wątki epizodyczne i związane z nimi postaci- zwaśnione staruszki, woźna szkolna, niepokorny uczeń, czy wreszcie bezdomna matka z dwojgiem dzieci.
Jeżeli mi czegoś zabrakło to gór, bo autorka jest niby zafascynowana Sudetami, ale chociaż akcja powieści rozgrywa się u ich podnóża, to góry te, zwłaszcza dla kogoś, kto dobrze zna Sudety, są co najmniej nieprzekonujące.

Generalnie- z nudów, w czasie słoty da się przeczytać, ale czytałam już lepsze powieści dla kobiet. 

wtorek, 29 stycznia 2013

Boy-Żeleński

- Panie opracujecie publicystykę. - pani doktor przydzieliła nam temat, a my tylko kiwnęłyśmy głowami i zapomniałyśmy o tym, bo "zaliczyć" temat miałyśmy pod koniec semestru. Ów koniec semestru właśnie nastąpił i chcąc-nie chcąc wybrałam się do biblioteki wypożyczyć wskazane pozycje. W tym zbiór artykułów Tadeusza Boya-Żeleńskiego "Reflektorem w mrok". Gdy otrzymałam tę książkę do rąk, zwątpiłam. Bite 600 stron tekstu napisanego maczkiem. Rozsiadłam się więc wygodnie i zaczęłam czytać. Wstęp Andrzeja Z. Makowieckiego nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Natomiast to co po nim następuje...



Tadeusz Boy-Żeleński pisze o Młodej Polsce i Przybyszewskim, Wyspiańskim i jego meblach, o cyganerii krakowskiej, o księżach i ich zakłamaniu, o małżeństwach i rozwodach, o aborcji i prawach kobiet, o kochankach, zwyczajach i języku, o literaturze i literackich pomnikach. A pisze o tym wszystkim w taki sposób, że lektura jest prawdziwą przyjemnością - autor wykazuje się ogromnym poczuciem humoru, teksty nacechowane są inteligentną złośliwością, ironią oraz autoironią. Ponadto poruszane tematy są przedziwnie aktualne - większość felietonów mogłaby zostać napisana również dziś i nie straciłaby nic ze swej aktualności. Warto też zaznaczyć, iż pomimo dość krótkich form, jakimi są prezentowane w książce artykuły, autorowi udaje się doskonale oddać nastroje, sylwetki lub wydarzenia, często nakreśliwszy je tylko kilkoma słowami.
Nauka do zaliczenia stała się dla mnie prawdziwą przyjemnością, dzięki lekturze owej pozycji. Inteligentny humor autora, jasny język, ciekawa tematyka - wszystko to wpłynęło na tak pozytywny odbiór owego dzieła. Duża ilość anegdot i zróżnicowanie artykułów, pod względem poruszanych zagadnień, sprawiają, że czyta się szybko i łatwo.
Jedyny artykuł, który mnie "zmęczył" traktuje o Mickiewiczu. Mało mi było tam humorystycznych uwag, a tekst zdawał się ciągnąć. Cała reszta jednak zdecydowanie zasługuje na uwagę i jest lekturą przyjemną.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wieczory z Gostą Berlingiem


Jakieś 10 lat temu ,odświeżając lektury szkolne, zdecydowałam z uczniami, że omówimy „Cudowną podróż” Selmy Lagerloff. 

To było moje pierwsze spotkanie z tą szwedzką pisarką. Opowieść o Nilsie oczarowała mnie i moich uczniów. Świetnie bawiliśmy się z małym Nilsem i jego Gąsiorem.
Teraz odświeżając swoją fascynację literaturą skandynawską wróciłam do twórczości Selmy Lagerloff. W miejskiej bibliotece natknęłam się na „Gostę Berlinga” – debiut pisarski Selmy.


Pisarka znów mnie zauroczyła klimatem dzikich skandynawskich gór, tajemniczością, magicznymi opisami (które świetnie przełożył na polski Franciszek Mirandola) , przemieszaniem realności z magią i legendą. W świecie Selmy mieszają się wierzenia pogańskie z chrześcijaństwem. Obok proboszcza spotkamy Hulder- dziwożonę z nordyckich legend. Obok modlitwy do Boga, pokłony Torowi. Nawet główni bohaterowie urastają do rangi legendy.

Książka ukazuje rok z życia mieszkańców Varmlandii nad jeziorem Loven. Głównymi bohaterami są rezydenci w Ekeby, których nieformalnym przywódcą zdaje się być wyklęty z kościoła za pijaństwo proboszcz Gosta Berling.  Z zapartym tchem śledziłam kolejne przygody tegoz niezwykle czarującego bohatera, który swoim urokiem zdobywał serca kobiet i przychylność mężczyzn. Niestety mimo dobrych chęci wiele z czynów Gosty przeciw niemu się obracało. Powieść niesie jednak pozytywne przesłanie o dobru, które zwycięża i złu ,które przegrywa. O winie, za którą trzeba odpokutować i karze, która należy przyjąć z pokorą.
Przez kilka kolejnych wieczorów siedziałam otulona kocem i chłonęłam dzikie piękno Pólnocy. 

sobota, 26 stycznia 2013

Zielono zimą

Za oknem -10 stopni. Mróz, wiatr, śniegu akurat tyle, by przykryć burą ziemię. Powoli tęsknimy do wiosny. Zaklinamy rzeczywistość. Z Marzeną siedzimy i marzymy, planujemy. Myślami jesteśmy gdzieś daleko, na prostej, biegnącej aż po widnokrąg drodze. Parzymy aromatyczną zieloną herbatę z truskawkami i żurawiną- zapach lata. Kupujemy maleńkie narcyzy w doniczkach, aby przywołać wiosnę. 
Z tęsknoty za wiosną ugotowałyśmy makaron w zielonym sosie. Wspólnie zrobiłyśmy zakupy- na jednej z półek zobaczyłyśmy zupę w proszku o niezwykle dziwnej nazwie: "barszcz zielony". Nazwa tak nas zauroczyła, że musiałyśmy to cudo kupić i użyć do naszej potrawy. Potem przygotowywałyśmy produkty, gotowałyśmy, doprawiały, cały czas rozmawiając o wiośnie, która przecież kiedyś nadejdzie... 

Aby przygotować zielony sos z makaronem potrzebujemy:
paczkę makaronu rurki
2 piersi z kurczaka
0,5 kg mrożonych brokułów
torebkę zupy "zielony barszcz" Winiary
0,5 l wody
olej
śmietanę
żółty ser 
odrobinę mąki
sól, pieprz
czosnek
bazylię.

Makaron gotujemy w lekko osolonej wodzie (al dente)
Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy pokrojona w kostkę pierś kurczaka. Do kurczaka wrzucamy brokuły i dusimy pod przykryciem aż lekko zmiękną. W rondelku mieszamy zupę z torebki z wodą. Wlewamy do kurczaka i brokułów. Mieszamy aż do zagotowania. Gdy się zagotuje zagęszczamy śmietanką z mąką. Doprawiamy czosnkiem, bazylią, pieprzem i solą. 
Na talerz nakładamy makaron i sos, posypujemy startym serem. Smacznego. 



niedziela, 20 stycznia 2013

Rodzinna niedziela


Zaczęło się od herbaty, bo jakże inaczej. A dokładnie od dzbanka i kubków. Kilka dni temu umówiłam się ze znajomymi ze stowarzyszenia, w którym działam . Spotkaliśmy się w pizzerii „Gromada”. Omawialiśmy szczegóły balu charytatywnego i przy okazji zamówiłam herbatę. Zakochałam się w dzbanku! Byłam pewna, że muszę  wrócić tu, aby napić się herbaty i spróbować pizzy. Okazja przytrafiła się sama. Szczecińscy studenci nie przyjechali na weekend i nie chciało mi się gotować niedzielnego obiadu dla naszej trójki. Zdecydowałam więc, że idziemy na pizzę.
Dzień wyszedł nam bardzo udany- lekka zupa serowa w południe, potem odwiedziny u babć i dziadka z okazji nadchodzącego święta, wreszcie wizyta w „Gromadzie”. Miejsce niesie za sobą wiele wspomnień. Ponad 20 lat temu była tu popularna w mieście dyskoteka. Klimat i muzyka odpowiadały nam na tyle, że czasami ją odwiedzaliśmy na początku naszego małżeństwa. Potem przez wiele lat był tu sklep z materiałami ogrodniczymi.
Ucieszyłam się, gdy kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że znów będzie to lokal , bo miejsce jest urokliwe.
Składa się z kilku pięter. Na parterze i pięterku są stoliki (przy czym piętro jest rodzajem galeryjki). Na drugim piętrze umiejscowiono salkę zabaw dla dzieci. Dzięki temu miejsce jest przyjazne rodzicom z dziećmi. Moje pociechy już wyrosły z „kulek”, co nie zmienia faktu, że z przyjemnością przyprowadziłam tu męża i Marzenę.
Zamówiliśmy oczywiście herbatę podaną w uroczym dzbanku (tak jak należy- wrzątek osobno, herbata osobno) oraz pizzę. Jedzenie smaczne- na naszej hawajskiej z dodatkowym brokułem było mnóstwo ananasów, a na brokułowej męża sporo  brokułów. Ciasto miękkie i smaczne. W opinii Marzenki- najlepsza pizza w Trzebiatowie.
Zdjęcia może nie najlepsze, bo zapomniałyśmy aparatu fotograficznego, więc tylko telefon został:(

Spędziliśmy miłe popołudnie, wspominając owe dawne dyskoteki. Z Marzeną wróciłyśmy myślami do naszej wyprawy i do planów na ten rok. Zauważyłyśmy, że z jednej strony chcemy, by już była wiosna, a z drugiej nie chcemy żeby już był kwiecień, bo… oczekiwanie jest takie ekscytujące.
Ważne okazuje się dążenie do celu, a nie samo jego osiąganie. Przypomniałam sobie swoje uczucia na latarni w Krynicy Morskiej, gdy okazało się, że od tego miejsca będziemy już tylko wracać. Cel został osiągnięty. I pojawił się… smutek. Ogromna satysfakcja- udało się, dokonałyśmy tego, co wydawało się nierealne, ale także smutek, że to już…
Teraz lubię czekać. Nie niecierpliwię się, nie denerwuję- czekam, bo wiem, że oczekiwanie jest równie wartościowe jak  spełnienie. 

czwartek, 17 stycznia 2013

O urokach zimy


Od pewnego czasu próbuję przekonać Marzenę, że zima jest piękna. Podsuwam jej kolejne argumenty. A to piękne pejzaże, a to świąteczny nastrój. O sportach zimowych nie wspominam, żeby czymś ciężkim nie oberwać.  Bieganie na nartach i ekstremalną jazdę na rowerze pozostawiam dla siebieJ


Wczoraj wydawało mi się, że ze swojego arsenału powodów wytoczyłam najcięższą armatę, czyli ulubione przysmaki zimowe: aromatyczna świąteczna herbata, pisałam o niej wcześniej, grzaniec, wspomnienia spod choinki, czy pieczone jabłuszka.
Nic z tego, pozostaje nieugięta i twierdzi, że zima jest błe- bo zimno.  
Dzisiaj postawiłam na czyn- przygotowałam pieczone jabłuszka, tzn. miały być pieczone, ale o tym później.

Do przygotowania potrawy potrzebujemy:
4 ładne jabłka
Cynamon
Gorzką czekoladę
Rodzynki
Z jabłek usuwamy pestki (najlepiej za pomocą specjalnej łyżeczki). W powstała dziurkę wkładamy rodzynki i 2 kostki czekolady. Zapiekamy w piekarniku. I tyle.
My zamiast piekarnika używamy mikrofalówki z funkcją grillowania i  próbujemy znaleźć optymalne rozwiązanie. Poprzednim razem zawiodła kolejność. Tym razem- czas. Włożyłam nasze jabłuszka na 6 minut i się rozpadły. Następnym razem włożę na 3 minuty, a potem przez  6-7 minut będę grillować.
Jabłuszka, których użyłam pochodzą z naszej działki, bo przecież my uwielbiamy robić mnóstwo rzeczy na raz, więc i ogródek uprawiamy. A że jabłonka w tym roku oszalała, mamy nadmiar owoców, które zjadamy przyrządzone na różne sposoby.
Oczywiście ani mnie, ani Marzence nie przeszkadzało, że jabłka zamieniły się w jabłkowy puch, bo smak potrawy nadal był rewelacyjnyJ
Wygrzebując miękki miąższ, rozmawiałyśmy o jutrzejszym wyjeździe Marzenki do Szczecina. Zaplanowała sobie pobyt w kinie i w teatrze. Mam nadzieję, że w następnym tygodniu będziecie mogli przeczytać recenzję z tej wyprawy.  

wtorek, 15 stycznia 2013

"Oczy smoka"- miałam się bać i nie wyszło...


Nigdy nie lubiłam horrorów i powieści grozy- ja po prostu w odróżnieniu od innych nie lubię się bać, nawet na niby.
Wyjątek robię jedynie dla powieści gotyckich z połowy XIX w i… książek Jonathana Carrolla. Gdy więc otrzymałam propozycję przeczytania czegoś Stephena Kinga, nie byłam najszczęśliwsza. Jednak obiecałam, więc zabrałam się za lekturę. Wybór padł na „Oczy smoka”. 

  Dlaczego akurat ta książka? Nie wiem. Spodziewałam się psychologicznego horroru, a dostałam… klasyczne fantasy z baśniową opozycją dobra i zła.  Bohaterami tej baśni są dwaj bracia- starszy- szlachetny i bez skazy oraz młodszy już nie taki nieskazitelny. Na czarny charakter awansuje czarnoksiężnik. Powieść opowiada o przyjaźni i wierności ideałom, a także o braterskich relacjach i ślepej, jednostronnej ojcowskiej miłości. Pokazuje jak łatwo można skrzywdzić dziecko, zmanipulować osobę o słabym charakterze.
To plusy tej powieści. Minusy- spodziewałam się bardziej emocjonującej fabuły, miałam nadzieję na napięcie, potęgowanie nastroju- czyli tego z czego chyba słynie King. Niestety moim zdaniem napięcia zabrakło. A niektóre rozwiązania wydawały mi się wręcz infantylne. Jako, że jest to powieść fantasy może spodobać się Chudej. Bardzo jestem ciekawa jej odczuć, bo ja można chyba już nazwać specjalistką od fantasy (zwłaszcza w wydaniu krajowym). Już kiedyś pisałyśmy o naszej dyskusji na ten temat.
Z ciekawości przyjdzie mi sięgnąć po inną powieść Kinga, by sprawdzić, czy w klasycznych powieściach grozy jest mistrzem budowania nastroju. Mam taką nadzieję, bo póki co- jestem rozczarowana i z ewidentnym niedosytem.  
Jutro sięgam po  E. A. Poe'go  - to już klasyka powieści grozy. 

niedziela, 13 stycznia 2013

Sobotnie wypieki

Sobota to w naszym domu zazwyczaj bardzo pracowity dzień (no chyba, że wsiadam  na rower i jadę, gdzie oczy poniosą) . Upływa na gotowaniu, pieczeniu i smażeniu. Nie inaczej było i wczoraj. 
Nie będę się rozpisywać na temat wszystkich potraw, które wczoraj powstały, bo po co? 
O jednej jednak napiszę. Kilka dni temu pisałam u  Party in my tummy! pisałam, że laska wanilii w sklepie jest tak droga, że żal mi 15 zł za jedną. Następnego dnia dostałam od bloggerki link do strony sklepu Mniam mniam . Skorzystałam i już po dwóch dniach stałam się właścicielką super paczki z przyprawami i korzeniami. Okazało się jednak, że to nie wanilia była najważniejszą częścią tej paczuszki , tylko... anyż gwiaździsty- przyprawa niedostępna w moim małym miasteczku. 
No a skoro już miałam anyż, to koniecznie trzeba było upiec anyżki- ciasteczka, które pamiętam z dzieciństwa i tylko na Śląsku je spotykam. 
Znalazłam nawet odpowiedni przepis w mojej pięknej książce kucharskiej wydanej przez wydawnictwo "Muza". Oczywiście musiałam go zmodyfikować, bo chyba  nie byłabym sobą:) 

Zatem mój przepis na anyżki:
25 dkg mąki pszennej
3 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia 
1 białko
40 dkg cukru
paczka budyniu śmietankowego
2 gwiazdki anyżu.
 Cukier zemleć z gwiazdkami w młynku do kawy ( w ten sposób otrzymujemy cukier puder anyżowy)
Połowę cukru utrzeć z trzema jajkami na parze, wymieszać z przesianą mąką i proszkiem do pieczenia.
Rozwałkować na cienki placek i wykrawać małe krążki (np. kieliszkiem lub literatką).Ułożyć na blaszce wysmarowanej tłuszczem i posypanej mąką.
Białko, cukier puder i budyń śmietanowy zmiksować na gęstą masę ( to najtrudniejsza część pracy- mnie czasami wychodzi za rzadki, bo piana z białka "siada") .
Powstały lukier nakładać łyżeczką na krążki ciasta. Piec  w średnio nagrzanym piekarniku.
Ponieważ były to moje pierwsze anyżki, więc wynik odbiegał od zdjęcia w książce. Nie mniej smak wypieku jest rewelacyjny (następnym razem ciasto powinnam zrobić trochę luźniejsze i przypilnować bezy, by nie uciekła z ciasteczek). 

W planach było wspólne pieczenie, okazało się jednak, że Chuda umówiła się na sesję zdjęciową, o której możecie przeczytać u Chudej
Sobotę zakończyłam lekturą książki "Oczy smoka" S. Kinga, ale o tym napiszę jutro. 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Czas zimowych przyjemności


Trochę zwolniłam, szybko robi się ciemno, więc i wycieczki rowerowe są rzadsze. Nadszedł czas czytania, zwłaszcza, że stosik welbildowych zakupów czeka.
Rozpoczęłam od zbioru reportaży i wspomnień Olgierda Budrewicza „Z Polską w sercu. Opowieści o ludziach niezwykłych.” Ksiażka wydana została przez "Świat Książki". 

W książce tej autor zebrał swoje wspomnienia z spotkań z Polakami, zarówno tymi, których losy rzuciły w odległe zakątki świata jak i mieszkającymi w kraju .  Każda kolejna historia jest zapisem pasjonujących, nieraz tragicznych przeżyć bohaterów. Wśród opisywanych postaci są ci, których znamy z historii, i osoby zupełnie nieznane szerszemu gronu Polaków.  Obok Isaaca Singera - Wanda Rutkiewicz, obok cichociemnych, którzy po wojnie nie znaleźli miejsca w ojczyźnie - Jan Świderski.
Zbiór jest literacko bardzo niejednorodny. Cześć rozdziałów to typowe reportaże, część ma bardziej charakter eseju, czy pamiętnika.
Książkę czyta się jednak bardzo przyjemnie.

Oprócz czytania, z zaskoczeniem dla samej siebie, wróciłam do rysowania. Kilka lat temu nie rozstawałam się z pastelami. Udało mi się nawet skończyć podyplomówkę z plastyki. W pewnym momencie jednak odczułam przesyt, przerzuciłam się na decoupage, a pastele i farby poszły w kąt. Przed świętami poczułam jednak potrzebę rysowania. Ręka jeszcze nie wróciła do dawnej wprawy, pastelki nie słuchają mnie tak jak kiedyś, ale rysowanie sprawia mi frajdę, a o to przecież chodzi.
Wieczorami zaś układamy z Marzenką puzzle- tym razem na podłodze leży rozsypany na 1000 części Londyn. 

  Puzzle w większośći są czarno-białe, więc dialogi przy układaniu brzmią absurdalnie:
- mam nogę!
-  Czyja ta trąba?
-Czy to jest czapa?
- Nie, to arkady!
- Kawałek autobusu!

Zabawy mamy sporo, no i czas spędzony wspólnie- bezcenny!

środa, 2 stycznia 2013

Liebster Blog Award



Z ogromnym zaskoczeniem odkryłam pewnego dnia, że otrzymałam nominację do Liebster Blog Award od Ani z bloga: http://czerwone-sznurowy-i-agrafki-w-uchu.blogspot.com . Zaskoczenie tym większe, że autorka jest bardzo młodą osobą. Podejrzewam, że kierowała się sympatią do Marzenki, czyli Guitarowej. Skoro jednak nominację dostałyśmy, to dziękuję i odpowiadam na pytania:


1. Jakie jest Twoje hobby?
Oj, jest ich tyle, że nie wiadomo, co wybrać. Czytanie, podróżowanie, jazda na rowerze, rękodzieło artystyczne.
2. Ulubiona książka?
"Prawiek i inne czasy" Olgi Tokarczuk
3. Przyjaźń, czy miłość?
Przyjaźń. Zdecydowanie tak, bo na niej dopiero opiera się głęboka prawdziwa miłość. 
4. Twoja ulubiona pora roku?
Jestem zodiakalna wagą. Kocham jesień.
5. Lubisz rysować?
Uwielbiam rysowanie. Kreślę wszędzie, gdzie się da.
6. Czynność, dzięki której się relaksujesz?
Jazda na rowerze. Gdy jestem poddenerwowana, zmęczona lub muszę coś przemyśleć- jadę gdzie mnie oczy poniosą. 
7. Masz jakiś amulet?
Z magicznymi przedmiotami jest u mnie różnie. Nie mam jednego konkretnego, z którym bym się nie rozstawała, ale od pewnego czasu towarzyszy mi breloczek w postaci plastikowego serduszka z św. Krzysztofem. Nie dlatego, ze jestem wierząca, tylko dlatego, że osoba, od której go dostałam, dała mi go z głębokim przeświadczeniem w jego moc. A osobę tę darzę ogromnym szacunkiem i miłością. Innym takim przedmiotem jest zwykły kasztan. 
8. Jak byś chciała wyglądać, Twój ideał piękna?
Cóż- jestem idealna;) 
9. Lubisz Gwiezdne Wojny?
Tak, bardzo lubię filmy G.Lucasa.
10. AC/DC, czy Nirvana?
Nie moja bajka. 
11. Twoja największa wada?
Gadulstwo i próżność:)


To była ta łatwiejsza część. teraz trudnioejsza, bo jakoś nie czuję się jeszcze na tyle dobrze w blogosferze, by nomiacji udzielać.

1. http://udekorujsamadom.blogspot.com/

2.http://zuzart-zuzanna.blogspot.com/

3.http://mytopea.blogspot.com/

4. http://foto-olka.blogspot.com/

5.http://itaekspresowo.blogspot.com/

6.http://kawusiowa5handmade.blogspot.com/

7.http://zzastronic.blogspot.com/

8.http://asymaka.blogspot.com/



I tyle, wiem, wiem 8 to nie 11. Trudno. Nie będę się sztywno trzymać zasad;)


Czas na moje pytania:


1. Jaki jest Twój ulubiony cytat, aforyzm?
2. Który z bohaterów literackich jest Ci najbliższy?
3. Wymarzone miejsce na spędzenie urlopu?
4. Kto jest dla Ciebie autorytetem?
5. Jakie zachowania cenisz u innych?
6. Twoja największa zaleta?
7. Tytuł piosenki, która najczęściej za Tobą "chodzi"?
8. Marzenia z dzieciństwa- które się spełniło?
9. Jakim kwiatem mogłabyś zostać?
10. Ulubiony obraz?
11. Ulubiony kolor?

Zasady konkursu:


Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla bloggerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym, nie możesz nominować osoby, która cię nominowała) oraz zadajesz im 11 pytań.