sobota, 30 marca 2013

"Czarnoksiężnik z Krainy Oz" w innej odsłonie

Chyba każdy chociaż ze słyszenia zna baśń o "Czarnoksiężniku z Krainy Oz". Większość osób kojarzy Dorotkę z Kansas, jej czerwone buciki oraz niezwykłych kompanów. Nie wszyscy znają treść samej baśni, czasem kojarzą jakiś szczegół. Znajomość ta nie jest jednak niezbędna, gdy planuje się obejrzenie filmu "Oz Wielki i Potężny", który wyświetlany jest właśnie w wielu polskich kinach. 

Postanowiliśmy się wybrać na ten film, korzystając z obecności Rudej w Szczecinie (o czym TU). Film miałyśmy obejrzeć we dwie. Ale ostatecznie oglądaliśmy go w sześcioro - ja, Ruda, Marzenka ze swoim M. oraz nasz brat ze swoją dziewczyną. Zrobiło się wesoło i rodzinnie - lubię takie spotkania.

Co zaś tyczy się samego filmu...

Animacja widoczna na początku wprowadziła nas w nieco burtonowski klimat, który pogłębiła jeszcze muzyka Dannego Elfmana, który komponował do wielu filmów Tima Burtona. Początek samego filmu nawiązuje do tradycji kina czarno-białego, tworząc interesujący obraz dawnego cyrku objazdowego. Granicą między Kansas, a Krainą Oz staje się, znana z baśni, trąba powietrzna. Kraina Oz jawi się widzowi, jako pełna kolorów i cudów. W samym filmie dostrzegliśmy wiele nawiązań do klasyki kina światowego.

Obraz zaproponowany przez twórców filmu jest naprawdę wspaniały - Kraina Oz jest bardzo magiczna, acz nie zawsze tak kolorowa, jak zdawać się mogło na samym początku. Białe nie zawsze też okazuje się być białym w rzeczywistości. Efekty 3D, bo na taki seans się wybraliśmy, były naprawdę ciekawie zrobione. Czułam się momentami, jakbym sama leciała uszkodzonym balonem i uchylałam się przed złośliwą wróżką plująca wodą. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała słówka o strojach. Kostiumy były dobrane poprawnie, nieco tendencyjnie. Sam ich wygląd też nie wywoływał skrajnych uczuć - suknie były piękne, acz nie przyprawiały mnie o palpitacje serca, dodatki ciekawe, lecz niezbyt zaskakujące. Najciekawsze były moim zdaniem kostiumy, w których występowali aktorzy grający prostych mieszkańców Krainy Oz - stroje stylizowane na dawne odzienie amerykańskich osadników. 

Film moim zdaniem całkiem dobry, brakowało mi rozwiązania fabularnego pewnych kwestii - być może twórcy pozostawili sobie furtkę do kontynuacji, niemniej jednak przynajmniej jeden ważny motyw, mógł zostać doprowadzony w filmie do końca. Myślę, że warto odwiedzić kino by zobaczyć ów obraz na dużym ekranie - baśniowe krajobrazy były naprawdę godne podziwu.


czwartek, 28 marca 2013

Przyjedź do Szczecina

- Przyjedź do Szczecina, musimy zrobić zakupy! Chcę kupić rower!- Chuda już od kilku tygodni wierciła mi dziurę w brzuchu. Ciągle jednak coś  wypadało. A to nie było z kim psa zostawić, a to byłam chora, a to szkolenie. Ciągle coś. Wreszcie jednak w ostatni weekend się udało. W piątek po lekcjach wpakowałam rower do pociągu i zawitałam w stolicy województwa. 
Zaczęłyśmy od zakupów w Kaskadzie i tradycyjnej herbacie z ciastem w jednej z wielu kaskadowych kafejek. 

Najważniejsza była jednak sobota- wypełniona po brzegi. Najpierw szalone zakupy w Decathlonie i zakup wymarzonego roweru. Przy okazji trzeba było kupić i inne drobnostki. Karta stałego klienta okazuje się zatem dobrym rozwiązaniem. 

Po powrocie kolejne zakupy, tym razem w Lidlu- studentom trzeba przecież zapełnić lodówkę:)
Gdy już wszystko zostało kupione poszłyśmy na obiad. Miałyśmy kupon groupon do Czili Cafe, więc udałyśmy się na deptak Bogusława. 

Kafejka ma stoliczki są zarówno na parterze jak i na pięterku. Stara się trzymać jednolity, nowoczesny styl. Zamówiłyśmy kawę i naleśniki na słono. Chuda miała jakieś takie zielone ze szpinakiem  a ja pikantne z papryczką chili. Smakowicie było i sycąco. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy o najbliższych planach i o pracy licencjackiej Chudej. 


Na wieczór zaplanowałyśmy rodzinne kino- całkiem przypadkiem z dwóch osób zrobiło się sześć, a z niewinnego seansu dla dzieci- rodzinny wypad do kina i na pizzę. Ale o tym napiszemy osobno:)

czwartek, 21 marca 2013

"Chodźmy do Wenecji!"

"Chodźmy dziś na spacer!" zaproponowała mi Justyna. Mi dwa razy powtarzać nie trzeba. Poszłyśmy. I to nie byle gdzie. Moi drodzy, dotarłyśmy dziś pieszo aż do Wenecji! Nie żartuję! Wprawdzie Wenecji szczecińkiej, ale to też przecież nie byle co! Żeby jednak nie było zbyt łatwo, to ruszyłyśmy w wyznaczonym kierunki i przeszłyśmy ładny kawałek za daleko. Nie ma jednak tego złego... 

Dotarłyśmy w pobliże obiektu, który już od dłuższego czasu żywo mnie interesował. I dziś wiem już co to jest - wieża węgla przy gazowni. Tam też doszłyśmy nad samą Odrę i przekonałyśmy się, iż obiekt naszej wędrówki dawno już zostawiłyśmy w tyle. Nadrobiłyśmy to jednak szybko, gdyż Wenecję obejrzałyśmy sobie w drodze powrotnej.

Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej wyprawy. W planach mamy kolejne poszukiwania ciekawostek. Gdy w końcu zrobi się ciepło, może uda mi się wreszcie dotrzeć do Wieży Quistorpa. 








niedziela, 3 marca 2013

Konkurs rocznicowy

Wszem i wobec mamy zaszczyt ogłosić, iż blog "Kobiece rozmówki przy herbacie" ma już rok. Dokładnie rok temu pojawił się tu pierwszy wpis. Od tego czasu przybyło ich już 87.  Jeśli zaś chodzi o kolejne cyferki - odwiedziliście nas już 13 236 razy. Pod naszymi 87 wpisami pozostawiliście 392 komentarzy, z czego zdecydowana większość była naprawdę przemiła. Ponadto przybyło nam 81 obserwatorów. Dziękujemy Wam za te 365 dni i mamy szczerą nadzieję, że pozostaniecie z nami na dłużej.  
Z tej okazji postanowiłyśmy też ogłosić konkurs. O zadaniu konkursowym za chwilę, teraz o nagrodach. Chciałybyśmy obdarować Was niewielkim zestawem, w którego skład wchodzą: książka "Edith Piaf. Autobiografia" wraz z płytą, Zapiśnik wykonany przez Marzenkę oraz bransoletka autorstwa Chudej. 






Teraz słów kilka o zasadach dzisiejszego konkursu. Zabawa trwa od 3 marca do 1 kwietnia 2013. Wyniki ogłosimy w przeciągu tygodnia. Warunki wzięcia udziału w konkursie nie są trudne. 

1. Należy zostać publicznym obserwatorem blogów Kobiece rozmówkiW mojej Krainie Czarów oraz Ciuk ( nie pytajcie mnie proszę co to znaczy - tytuł wymyśliła sobie Marzenka).

2. Wklejcie podlinkowany do tego wpisu banerek (pierwszy obrazek) na swojego bloga.

3. Odpowiedzcie w komentarzu na pytanie konkursowe "Co jest w życiu dla mnie ważne?". Pamiętajcie - liczy się Wasza kreatywność. Nagrodzona zostanie osoba, której odpowiedź najbardziej nas urzeknie.


Jeszcze krótkie wyjaśnienie skąd takie właśnie pytanie konkursowe...
Pomysł na założenie bloga zrodził się w naszych głowach podczas długich rozmów na przeróżne tematy - o pasjach, łączących nas ze sobą relacjach, współczesnej kulturze i aktualnych wydarzeniach. Rozmowy takie uświadomiły mi i Marzence, co powinno być w życiu ważne, a za drogowskaz zawsze służyć nam mogła Ruda ze swoimi celnymi spostrzeżeniami. Wobec tego wszystkie trzy chciałybyśmy dowiedzieć się, czy to co ważne jest dla nas, w jakiś sposób wpływa też na innych, czy może hierarchia, którą sobie stworzyłyśmy jest rózna od powszechnie obowiązującej:)

piątek, 1 marca 2013

Na pomoście w Iławie


Leżałyśmy z Marzeną na łóżku, był wieczór. Gładziłam jej miękkie jasne włosy. Milczałyśmy zatopione w myślach. Kontury pokoju zacierały się i rozmywały.
- Gdzie jesteś?- przerwałam milczenie.
- Leżę na hali pełnej chrapiących facetów. – zamruczała moja córka.
Uśmiechnęłam się… nasze noclegi na maratonach- pełne ludzi hale sportowe, niejednokrotnie mieści się tam ponad pięćdziesiąt osób, zmęczonych po kilkudziesięciu- lub kilkusetkilometrowej trasie.
- a teraz jadę rowerem wzdłuż bagien.
- W Słowińskim Parku Narodowym? Wśród wrzosowisk?- upewniam się, że widzimy to samo.
-Tak, tam , gdzie zbierałyśmy żurawinę.

Teraz obie uśmiechamy się do wspomnień.
-Mamo, ale ja już jestem na pomości w Iławie.- tym razem jej wypowiedzi towarzyszy perlisty śmiech. Śmiejemy się obie, gdyż ja już tez siedzę na tym pomoście.
Iława… tyle wspomnień… Ciepło się robi koło serca. Spędziłyśmy tam cudne trzy wrześniowe dni. Takie przedłużenie wyprawy szlakiem latarni. Spotkałyśmy fantastycznych ludzi. Zarówno znajomych z maratonów, jak i miejscowych. Począwszy od sprzedawców, kelnerów, barmanek przez obsługę punktu informacji turystycznej po miejscowych malarzy.
To tu zauroczył nas głos kelnera w tawernie, gdy składałyśmy zamówienie na obiad, a potem wróciłyśmy na kolację…
Tu kupiłyśmy surowe figi, które potem zjadłyśmy siedząc na krawężniku przy lidlu…
Tu w piątek obserwowałyśmy sielską scenkę, gdy tato uczył córkę łowić ryby i sprawiało im to widoczną frajdę,  a w niedzielne popołudnie to my odpoczywałyśmy w tym samym miejscu na pomoście nad Małym Jeziorakiem, ciesząc się swoja obecnością.
Tu przejechałyśmy ostatni w sezonie maraton rowerowy…


Iława i okolice są niesamowicie przyjazne rowerzystom. W niedzielę, zachęcone przez pracownika IT oraz iławskich znajomych pojechałyśmy do ruin zamku w Szymbarku, podziwiając po drodze okolicę.


Nim pociąg ruszył ze stacji, my już tęskniłyśmy do Iławy i na pewno tu wrócimy. A na razie nasze myśli same przenoszą się na iławski pomost…