wtorek, 23 lipca 2013

Izerska Gala

O tym, że lubię jarmarki, festyny i kiermasze chyba zdążyliście się przekonać. Ilekoroć mam okazję pobuszować po stoiskach z dziwnymi rzeczami, starociami, bądź rękodziełem jestem szczęśliwa. W Mirsku regularnie odwiedzam targowisko, z którego wychodzę zazwyczaj z czymś zupełnie bezsennsownym, ale koniecznym mi do szczęścia. Czasami jest to lustro do domku pod orzechem, innnym razem szafka bądź kolejna filiżanka. W Mirsku tez czasami trafiam na Izerską Galę.
Od 15 lat zazwyczaj udaje mi się chćc na chwilę przejść się między stoiskami, posłuchać występów. Początkowo gala ta była mieszaniną ludowej zabawy, festynu i przeglądu zespołów ludowych. Brakowało jej charakteru. Teraz z roku na rok zaczyna nabierać sensu, jednorodności. Widać, ze lata doświadczeń pozwoliły organizatorom na określenie specyficznego charakteru tego święta. Coraz mniej na stoiskach tandetnego plastikowego chińskiego kiczu, coraz więcej prawdziwego ludowego rękodzieła i pokazów rzemiosł. Widać też jak coraz prężniej działa stowarzyszenie Partnerstwo Izerskie , które XV Galę współorganizowało.


Z przyjemnością przechadzałam się wśród rękodzielników z okolicznych wsi, podziwiając szydełkowe serwetki, papierową wiklinę, drewniane rzeźby, czy poduszki z ziołami.
W tle słychać było kolejne występy.

No może w tym roku gwiazdy wieczoru były mało ludowe, bo Kasia Kowalska czy Ryszard Rynkowski chyba z folklorem się nie kojarzą, ale nie da się pewnie co roku zapraszać Zakopauer, którzy śpiewali kilka lat temu. ( a właśnie przypomniało mi się , że jednego roku sobotnie występy były pod hasłem hip hopu i miałam okazję poznać twórczość Don Guralesku, co przydało mi się później w czasie lekcji z wiedzy o kulturze, a innym razem słuchaliśmy skeczy Neonówki).
W sumie Gale Izerskie są ciekawymi dniami miasta i starają się wyróżniać spośród innych tego typu imprez.

A nocą z wyskości naszej chatki podziwialiśmy sztuczne ognie znad Mirska...


czwartek, 11 lipca 2013

Śladami górnictwa na Pogórzu Izerskim

Piękno Pogórza Izerskiego jest niezaprzeczalne, choć na szczęście jeszcze przez wielu nieodkryte. O walorach tego regionu przekonuję się każdego dnia, gdy o poranku piję kawę z mlekiem pod orzechem na zboczu mojej Góry i podziwiam pejzaż Pogórza, gdy przemierzam leśne dukty i ścieżki w poszukiwaniu jagód i grzybów, gdy spaceruję łąkami zrywając zioła: dziurawiec, macierzankę, fiołek trójbarwny zwany bratkiem polnym, wreszcie gdy rozpędzam się na rowerze lub mozolnie pedałuję pod kolejną górkę , pokonując własne słabości i poznając coraz odleglejsze zakątki regionu.
Gdy przyjechałam w tym roku w ulubionym pejzażu zauważyłam pewną zmianę, oto na pobliskim wzgórzu postawiono dwie ławeczki, a na niewielkiej przełęczy nawet zadaszenie i kilka tablic informacyjnych. Postanowiłam przekonać się, cóż to jest. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to fragmenty ścieżki dydaktycznej. O jej projekcie czytałam już kilka lat temu, ale w realizację jakoś nie wierzyłam. Myliłam się- ścieżka powstała. Nie pozostało mi więc nic innego, jak sprawdzić jej przebieg i czegoś nowego się dowiedzieć.
Wsiadłam więc na swojego wysłużonego górala ( do takiego zadania tylko on się nadawał) i ruszyłam w stronę Krobicy, gdzie zgodnie z opisem ścieżka się zaczyna. Dokładnie wiedziałam, w którym miejscu, bo przecież znam te góry! Dojechałam do wsi, by sprawdzić, czy w samej miejscowości znajdę oznakowania i jakieś informacje. Nie zawiodłam się. W centralnej części, tam gdzie Orłowice i Krobica łączą się w jeden organizm stoi spora tablica informująca o podziemnej trasie wycieczkowej. Jest też wskazówka dojazdu. Wyjechałam z wioski i obok punktu energetycznego skręciłam w prawo na Kotlinę- duża tablica informowała o projekcie. 200 m dalej moim oczom ukazała się nieskończony jeszcze kompleks wypoczynkowy: miejsce parkingowe, śmietniki, tablice edukacyjne, zabita deskami budka ( z pamiątkami lub przyszłą kasą), żwirowe alejki, trawnik i... wejście do podziemi. 
Początek ścieżki

Nie wiem, czy było już legalnie udostępnione do zwiedzania, ja jednak skorzystałam z prac wewnątrz i nie zatrzymywana przez nikogo (porozmawiałam z pracującym tam byłym górnikiem o kopalniach i podziemnych chodnikach) ruszyłam przed siebie. Wąski korytarz wił się, podnosił, to znów opadał. Szybko straciłam z oczu robotnika i zostałam sama w zimnym i wilgotnym podziemiu. Wrażenie niesamowite. Drewniane podesty i glina tłumiły kroki, słychać było jedynie plusk wody spływającej ze szczelin skalnych. Po kilkuset metrach dotarłam do schodów. Metalowych, krętych, mokrych, prowadzących na wyższy poziom. Wspięłam się na nie w nadziei, że gdzieś jest wyjście i nie będę musiała tą samą drogą wracać. Znów szłam cichym i pustym korytarzem, który na dodatek był coraz węższy i niższy ( a ja przecież do wielkoludów nie należę). Wreszcie w oddali zobaczyła prześwit. Niestety, wyjście na świat zagradzała gruba krata... Należało wrócić tą samą drogą. Reflektory, które oświetlały mi poprzedni o drogę, teraz raziły w oczy, korytarz zdawał się nie mieć końca... Z radością przywitałam znajomego już pracownika i szybko wyszłam na zalaną ciepłem przestrzeń. Wrażenia niezapomniane!
Kopalnia Św. Jan- trasa podziemna

Wsiadłam na rower i pojechałam w górę za znakami. Niestety, oznakowanie trasy, choć dosyć szczegółowe pozostawia jeszcze sporo do życzenia. Gdybym nie znała miejsc, nie orientowała się, gdzie jestem i gdzie powinny znajdować się kolejne stanowiska, chyba minęłabym większość z nich ( a tak minęłam jakimś sposobem tylko jedno).
Okolice Gierczyna

Same stanowiska oznakowane są dobrze, barierki, tablice, miejsca wypoczynkowe pozwalają na wyprawę z dziećmi- długość ścieżki to ok. 11 km. Trasa jest interesująca, pozwala poznać historię górnictwa na Pogórzu Izerskim i bliżej zetknąć się z pięknem tych miejsc. Jest jednak kilka mankamentów. Jednym z nich jest wspomniane wcześniej oznakowanie ( myślę, ze w przyszłości turysta otrzyma mapkę i dzięki niej trafi tam, gdzie powinien) , drugim – fakt, ze ścieżka rozpoczyna się w jednej wsi, a kończy w innej- oddalonej o ponad 10 km. Autobusy kursują na tej trasie stosunkowo rzadko, więc turysta pieszy skazany jest na czyjąś pomoc lub bicie 10 km asfaltem ( no może zawsze wrócić tą samą drogą). Z kolei rowerzysta musi liczyć się, z faktem że jeżeli nie jest Mają Włoszczowską, to część trasy będzie rower prowadził. Większość ścieżki jest wykarczowana i wykoszona, jednak fragmentami ( przy dojeździe do Gierczyna i w Przecznicy jechałam łąką lub wśród pokrzyw i łopianów).
Jako osoba znająca te tereny mogłabym się jeszcze przyczepić do tego, że nie pokazano wszystkich miejsc ( np. odkrywki w Gierczynie), ale to drobny szczegół.
Okolice Gierczyna i kopalnia Fryderyk Wilchelm powyżej Przecznicy


Mimo tych niedociągnięć „Ścieżka turystyczno- dydaktyczna śladami dawnego górnictwa kruszców” jest ciekawą propozycją na kilkugodzinną pieszą wycieczkę dla wypoczywających w Świeradowie lub okolicy turystów lub wczasowiczów. (mnie przejechanie trasy wraz z powrotem zajęło ponad dwie godziny)
Kopalnia Maria-Anna w Przecznicy

wtorek, 9 lipca 2013

Zwiedzając Pogórze Izerskie

Miejscowości Pogórza Izerskiego mają wiele uroku, a przez ostatnie lata sporo się w nich zmieniło. Mam wrażenie, że Dolnośląskie świetnie wykorzystało szansę jaką dają fundusze europejskie i wykorzystuje je w niesamowity sposób.
Przez ostatnie trzy dni objeżdżałam gminę Stara Kamienica, na którą składają się takie miejscowości jak Barcinek, Rybnica, Stara Kamienica, Mała Kamienica, Nowa Kamienica, Kromnów, Kopaniec, Chromiec i Antoniów.
Historycznie Stara Kamienica datowana jest już na rok 1242 i w ubiegłym roku świętowała 770 -lecie istnienia. Związana jest z rodziną Schaffgotschów, podobnie jak większość okolicznych miejscowości (m.in. Cieplice i Gryfów). Mając tak obszerną historię, może poszczycić się ruinami zamku, pięknym wiaduktem, domami przysłupowymi ( widziałam je w Antoniowie i zachwyciły mnie), domami z murem pruskim. Wszystkie te miejsca chcę pokazać Marzenie, gdy dojedzie za kilka dni.
Zaskoczyła mnie ilość różnorodnych inicjatyw kulturalnych- galerii, imprez plenerowych, wystaw, pokazów i warsztatów.

Nie bez znaczenia jest ilość szlaków turystycznych, ich oznakowanie i jakość dróg. Sama pomykałam tym razem na rowerze szosowym, ale i dla miłośników mtb sporo ciekawych ścieżek by się znalazło, zwłaszcza w Izerach. (wg informatora jest to145 km!)

Nigdy bym nie przypuszczała, że w tak niewielkiej miejscowości, którą najczęściej mija się, jadąc samochodem ze Świeradowa do Jeleniej Góry, dzieje się tyle ciekawych rzeczy i nie dowiedziałabym się tego, gdybym nie odwiedziła centrum informacji turystycznej i nie spotkała przemiłej pani, która sama jest artystką i pięknie maluje izerską architekturę.  
I koniecznie trzeba zajrzeć do galerii i do drugiej galerii

piątek, 5 lipca 2013

Chwila na kawę

Wszystko na wariackich papierach. A jak tak lubię spokój. Dziś jednak musiałam się pogodzić z pośpiechem i nawałem prac. Do południa jeszcze w pracy, potem szybkie odwiedziny u Chudej na Baszcie, obiad. Zakupy, pakowanie. Wyjeżdżamy na miesiac w góry. Niech żyje urlop.
Ale w tym pośpiechu i przedurlopowej gorączce znalazłam chwilę dla siebie i bliskich. Zaprosiłam syna i szwagra z synem na lody do nowo otwartej lodziarni.
Dotychczas w mieście działała tylko jedna niewielka lodziarnia w centrum przy fontannie. Miejsca było tam niewiele, a ruch na pobliskiej ulicy nie sprzyjał odpoczynkowi.
Lodziarnia „Karolina” też mieści się przy ruchliwej ulicy, ale jej przestronnne wnętrze oraz ciekawie zagospodarowany teren obok lokalu sprawiają, że warto wybrać się tam z dziećmi.
Oferta nie jest może zbyt wyszukana- mnóstwo kolorowych lodów, gofry, desery, kawa- czyli to, czego spodziewamy się w lodziarni. Moi panowie zamówili szejki mleczne, a ja w osłupieniu patrzyłam na ten wynalazek- jakoś wcześniej nie zwróciłam uwagi na taki napój. Panowie wyjaśnili mi, że to napój mleczny zmiksowany z lodami.

Ja jednak wolałam tradycyjny deser. Zażyczyłam sobie włoskie lody z górą owoców i do tego latte. Dopiero, gdy złożyłam zamówienie, zauważyłam cudne maleńkie filiżaneczki do espresso i już wiem, że zaraz po powrocie pobiegnę do „Karoliny”, aby z takiego cudenka wypić aromatyczną kawę. Ba... ja się już na tę kawę umówiłam z przyjaciółką!
Potem pokazaliśmy jeszcze Młodemu Basztę, panowie zakończyli spotkanie na placu zabaw, a ja wróciłam do gotowania i pakowania.

A póki co zmykam na urlop!

czwartek, 4 lipca 2013

Wieczorne rękodzielnictwo

Zaparzyłyśmy z Czesią białą herbatę z płatkami róży. Zapachniało... Usiadłyśmy na łóżku i ... zajęłyśmy się "dłubaniem". Ja z racji nowej dostawy wełny czesnakowej zaczęłam filcować kolorowe kwiaty, Czesia wzbogacała swoja kolekcję drobnych kolczyków (dla małych kolonistek,które chętnie odwiedzają Basztę).




Rozmawiałyśmy niewiele, co jakiś czas wymieniając się pogladami na temat właśnie tworzonego dziełka, Czesia opowiadała o wydarzenaich dnia. A dzień obfitował w dobre wiadomości, więc i Czesia była w nastroju pogodnym, by nie rzec euforycznym. 
I tak schodził nam jasny o tej porze roku wieczór.
A efekty naszej dłubaniny wyglądają tak: 







 


I jeszcze kilka filcowych kwiatków, które już wiszą w Baszcie Kaszanej: