wtorek, 29 października 2013

Poznań- Dzień Podróżnka

Drugi dzień pobytu w Poznaniu został tak nazwany z kilku powodów. Inspiracją był kuzyn, który w sobotni poranek przywitał nas smsem- „Witajcie podróżnicy”. I stąd nazwa dnia. Rozpoczęliśmy go wyjazdem do Puszczykówka. Pamiętam, że ilekroć przejeżdżałam przez tę miejscowość w drodze do Poznania, obiecywałam sobie, że kiedyś zawitamy do muzeum Fiedlera. Nigdy się jednak nie udało. Koniecznie należało to nadrobić. I tak o godz. 10.00 wysiedliśmy na maleńkim dworcu w sercu Wielkopolskiego Parku Narodowego.


Muzeum nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Trochę tchnęło ubiegłym wiekiem, trochę kiczowatością i chęcią zysku właścicieli. Może te 24 lat temu byłabym zadowolona, teraz pojawiło się tylko rozczarowanie. Po wielkim podróżniku, autorze genialnych reportaży z różnych stron świata, autorze, który w nas, pokoleniu wychowanym w socjalizmie, zaszczepiał marzenia o dalekich podróżach, pozostało trochę zakurzonych pamiątek, gablotki z motylami, wycinki prasowe i książki.
W podziemiach wśród pajęczyn wyeksponowano „Świat Indian” , wśród których stał i nasz podróżnik. Na maleńkim placyku hucznie nazwanym „Ogrodem Tolerancji” stłoczono repliki kilku posągów i rozpadające się kipi. Po drugiej stronie wystawiono… piramidę, z rzekomo leczniczymi właściwościami- sfotografowałam nawet cennik, bo szczerze powiedziawszy oboje nie wiedzieliśmy , czy śmiać się, czy płakać.

Ślubny zainteresował się repliką samolotu hurricane, ja wolałam replikę Santa Marii Kolumba.  Zwiedzanie całości zajęło nam niecałą godzinę. 
Trochę zawiedzeni wróciliśmy na dworzec i o dworcu chciałabym kilka słów napisać. Otóż po pierwsze był… wyremontowany z czynną stylową kafejką, gdzie napiliśmy się kawy i czekolady w filiżankach, a nie w papierowych kubkach! 
Akurat siedział tam miejscowy bywalec, trochę dziwak, trochę społecznik. Opowiedział nam o swojej walce z władzami o drzewa.
Na zewnątrz były ławeczki i działający zabytkowy z pewnością zegar.





Drugim punktem sobotniego programu było zwiedzanie Toursalonu na targach poznańskich. Decyzje o wizycie na targach podjęliśmy w piątek wieczorem, gdy okazało się, że swoje stoisko wystawia zaprzyjaźniony z nami Kajtur, o którym niedawno pisałam tu.
Przeszliśmy przez salę, zakupiliśmy bułgarskie słodkie pieczywo, spróbowaliśmy piwa ze Wschowy.

Bez większych problemów znaleźliśmy Centrum Rozrywki Aktywnej z ciekawie przygotowana ekspozycją. Potem Ślubny zasiadł nad talerzem jadła, a ja poszalałam między stoiskami. Tu posłuchałam informacji o wyspie Uznam, tam o szlakach rowerowych Opolszczyzny. Tu napiłam się kawy zbożowej, tam spróbowałam miodu. W czasie swojej ekspresowej wyprawy przez Polskę zebrałam pokaźną reklamówkę ulotek, map i przewodników.
Partnerem targów była Japonia, więc i na stoisku japońskim postałam przez chwile przyglądając się, jak animatorki wraz z dziećmi wyczarowują cudeńka z papieru.
Ostatnim elementem Dnia Podróżnika było spotkanie z wspomnianym wcześniej kuzynem. Spotkanie o tyle ciekawe, że pierwsze w realu. Przez sześć lat wymienialiśmy się mailami, czatowaliśmy , pisaliśmy smsy. Teraz nadszedł czas na spotkanie i było to spotkanie niezwykle udane.

Wieczór spędziliśmy w hotelu Gromada na uroczystej kolacji z lampką wina. 

niedziela, 27 października 2013

Poznań- "dzień nostalgiczny"

- A może Poznań?- zapytałam męża, gdy planowaliśmy nasz coroczny urodzinowy weekend. Pomysł został zaakceptowany, więc zaczęłam szukać odpowiedniej oferty rabatowej na noclegi. Zaplanowałam tzw. minimum programowe i ruszyliśmy w podróż.
Mile zaskoczył nas pociąg interregio  „Mewa”, który nie tylko był nowoczesny i czysty, ale nawet wyposażony był w Internet. Jadać więc do Poznania , mogliśmy dokończyć planowanie. Rozłożyliśmy na stoliku mapy, przewodniki, otworzyli odpowiednie strony internetowe i tak powstał plan naszej eskapady.
Poznań jest dla nas miejscem szczególnym, nostalgicznym. To tu na dworcu PKP poznaliśmy się w czerwcu 1989 roku. Przez cały rok spotykaliśmy się w tym mieście, gdzie Ślubny uczył się w szkole chorążych. Z braku funduszy całymi dniami wędrowaliśmy po muzeach, parkach, skwerkach.
Potem byliśmy w Poznaniu tylko raz- na wystawie malarstwa wielkich impresjonistów francuskich w 2001 r.
Tym razem postanowiliśmy sobie, że zwiedzimy miejsca, których wtedy nie widzieliśmy, bo jakimś dziwnym trafem do nich nie dotarliśmy albo ich jeszcze nie było oraz te, które były nam szczególnie bliskie.
I tak powstał zarys pobytu. Pierwszy dzień- piątek nazwaliśmy „dniem nostalgicznym”. Rozpoczęliśmy go do poszwędania się po dworcu PKP – bardzo zdziwił nas nowy dworzec i to, że został połączony z ogromnym centrum handlowym. Potem, pieszo powędrowaliśmy znanymi uliczkami na rynek, żeby zakupić karty turysty. Z lubością korzystamy z tej formy promocji, gdyż pozwala nam ona nie martwić się o bilety komunikacji miejskiej i daje mnóstwo zniżek w różnych miejscach. Pierwszą zniżkę wykorzystaliśmy już „Pod koziołkami”, gdzie koniecznie musieliśmy zajrzeć. 
Potem obowiązkowe koziołki na ratuszu i można przejść do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych. To tam, wówczas jeszcze wyższej szkole oficerskiej wojsk pancernych uczył się Ślubny. Na terenie jednostki byłam tylko raz- na mężowskiej promocji ( dobrze znałam tylko izbę odwiedzin) . Teraz miałam okazje obejrzeć miejsce, gdzie Ślubny spędził trzy lata. Na terenie centrum znajduje się niesamowicie nowoczesny sprzęt, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie mniejsze wrażenie zrobiła i kolekcja czołgów, znajdująca się w mieszczącym się tam muzeum.

W pobliżu jednostki znajduje się urokliwe jezioro Rusałka, gdzie także spędzaliśmy mnóstwo czasu, bo było blisko, romantycznie i nie trzeba było płacić. Okazało się, że Rusałka na szczęście niewiele się zmieniła, więc spacerowaliśmy jej brzegiem, przypominając sobie ten pierwszy rok.
Ostatnim punktem programu była Palmiarnia. Jakoś tak się złożyło, że ominęliśmy ją 24 lata temu i należało to niedopatrzenie naprawić. To był dobry pomysł, bo na dworze było deszczowo i chłodno, a w palmiarni cieplutko i egzotycznie. Obejrzeliśmy kolekcje tropikalanych roślin- mnie najbardziej podobały się rośliny kwitnące i… ulubione kaktusy. Potem były motyle i ryby.



Już mocno zmęczeni postanowiliśmy zameldować się w hotelu „Gromada”. Nim tam dotarliśmy, przejechaliśmy kilka przystanków tramwajem w te i we wte, bo się nam kierunki pomyliły . 

środa, 23 października 2013

"Już wrocławianka, czy jeszcze trochę słoik?"



Moja droga do szkoły prowadzi przez skraj dzikiego lasu zamieszkałego przez Niedźwiedzie Brunatne. Nieraz dostrzegam któregoś w oddali, gdy leniwie stąpa po leśnym runie lub moczy pysk w strumieniu. Zaraz obok jest polana zamieszkana przez magoty – jedyne europejskie małpy i muflony. Następnie mijam jezioro, z którego patrzą na mnie Flamingi Różowe, prawdopodobnie doszukując się w moim perłowo-różowym rowerze krewniaka. Ale to przecież Gazella, daleko jej do tych ptaków. A potem… wjeżdżam na Kładkę Zwierzyniecką i oddalam się od wrocławskiego ZOO. 


Wrocław czaruje chwilą. Idąc przez przejście podziemne pod Rondem Regana słyszę dobrze mi znaną melodię z mojego ulubionego filmu. To młody akordeonista dorabia grając La Valse d' Amelie. Chociaż z peronu właśnie odjeżdża mi tramwaj nr 10, zatrzymuję się, opieram o ścianę, zamykam oczy i słucham. Przecież czwórka przyjedzie za 5 minut. 5 minut mnie nie zbawi. Spędzam je w Paryżu.


Wrocław czaruje miejscem. Zwiedzając Ostrów Tumski warto przejść przez Lwią Bramę, aby znaleźć się w ogrodzie Wydziału Teologicznego. Nie sam ogród jest jednak celem wycieczki, a schody znajdujący się w jego lewym, tylnym rogu. Schody te prowadzą do… wody. Odry, konkretnie. Warto usiąść na szczycie tych schodów, zamyślić się i pozwolić, aby wystraszył Cię plusk ryby.
Wrocław czaruje klimatem. O tym nie muszę chyba mówić nikomu, kto we Wrocławiu był. A kto nie był, powinien jak najszybciej to nadrobić i poczuć. Tutaj historia przenika się ze współczesnością. Tutaj można wyruszyć w architektoniczną podróż przez wieki. Zaczynając od gotyckiej zabudowy wcześniej wspomnianego Ostrowa, przez barokowy gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego, modernistyczną Halę Ludową (obecnie Halę Stulecia) po współczesny Sky Tower górujący nad miastem. Zachwyci się ktoś, kto – jak ja – jest fanem mostów. Grunwaldzki, Oławski, Rędziński i wiele, wiele innych perełek – do wyboru, do koloru. Obowiązkowo oczywiście rynek i Plac Solny (koniecznie z zakupem kwiatka!), Panorama Racławicka, spacer po podwalu. Trzeba też po główce pogłaskać chociaż jednego krasnala. Atrakcje miasta można by wymieniać i wymieniać w nieskończoność, ja się jednak ograniczę do prostego: do zobaczenia we Wrocławiu!

wtorek, 22 października 2013

Króciutko o Poznaniu- dużo będzie później

Weekend wypadający po połowie października tradycyjnie spędzamy z Ślubnym w jakimś ciekawym miejscu, co roku gdzieś indziej. Tym razem padło na Poznań. Z miastem tym związanych jest wiele naszych wspomnień. To tu, na dworcu PKP rozpoczyna się historia naszej rodzinki.  

Nasz pobyt i wspomnienia rozpoczęliśmy zatem na dworcu, na którym spotkaliśmy się 24 lata temu w czasie rajdu turystycznego.  Każdy dzień weekendu miał inny charakter- pierwszy dzień nazwaliśmy nostalgicznym, drugi podróżniczym, trzeci historycznym.  Dlaczego? To proste: w piątek zwiedzaliśmy miejsca związane z naszymi wspomnieniami, w sobotę odwiedziliśmy Toursalon na Targach Poznańskich i byliśmy w Muzeum A. Fiedlera. W niedzielę zwiedzaliśmy poznańskie muzea- te, których nie obejrzeliśmy 24 lata temu.

Podejrzewam, ze pisanie o Poznaniu zajmie mi kilka dni i będzie to kilka wpisów. Dzisiaj chciałam tylko zasygnalizować, że zwiedzając targi turystyczne stałam się posiadaczka kilkunastu nowych map, przewodników i folderów z różnych regionów Polski i chętnie się nimi podzielę, tzn. dodam  coś do prezentu z okazji urodzin i konkursu ZŁAP LICZNIK

poniedziałek, 21 października 2013

Dom

 

Pod koniec września odbyłam długo planowaną podróż. Podróż tę niemal wokół Polski i tę wgłąb samej siebie.
Zaczęło się w Iławie, o której Ruda pisała już TU. Trzy dni nad magicznym Jeziorakiem, rowery, rodzinne spacery i nasze 4M - 4 materace, których nie sposób pomylić z innymi - tylko my wprowadzamy wokół siebie taki chaos.
Z Iławy ruszyłam wraz z Marzenką do Wrocławia, gdzie dotarłyśmy, dzięki uprzejmości naszych znajomych, bardzo komfortowo. Mogłam zobaczyć, jak mieszka moja siostrzyczka, spojrzeć na Wrocław z jej perspektywy. Były muzea (Muzeum Architektury, Muzeum Współczesne, Muzeum Narodowe i Panorama Racławicka), galerie (tym razem handlowe), spacery po mieście. Wiele rozmów przerywanych krótkimi "A to jest budynek poczty" "To most grunwaldzki"... Dwa wrocławskie dni minęły jednak jak mgnienie oka i zanim się spostrzegłam siedziałam już w pociągu, wiozącym mnie do Domku pod Orzechem.
Dojechałam do najbliższej stacji, skąd czekał mnie jeszcze ośmiokilometrowy marsz, zanim wreszcie stanęłam przed upragnionymi drzwiami. Półtora dnia spędziłam w Domku sama, taki był też mój zamiar, miałam taką potrzebę. Czas ten spędziłam na lekturze, próbie sforsowania Góry rowerem, spacerach, odwiedzaniu sąsiadów. Później zjechała się rodzina i rodzina rodziny, zrobiło się tłoczno, gwarno i wesoło. 
Jednak i ten czas minął nadspodziewanie szybko. Znów siedziałam w pociągu, tym razem do Wrocławia, skąd miałam wracać do Szczecina. Z powodu opóźnienia jednego pociągu, drugi mi uciekł i moja wyprawa wydłużyła się o kilka godzin spędzonych w Poznaniu u Przyjaciela.

Ale opis mojej małej-wielkiej wyprawy ma stać się tylko pretekstem, dla krótkich rozważań o domu. O tym co ten dom tworzy. Bowiem podczas tak licznych zmian miejsca, w przeciągu tygodnia o domu mówiłam wielokrotnie, niemal zawsze w odniesieniu do innego z miejsc. Wzdychałam z ulgą "nareszcie w domu" wchodząc zarówno do wrocławskiego mieszkania Marzenki, otwierając drzwi Domku pod Orzechem, jak i wdrapując się schodami do mieszkania w Szczecinie, a także podczas rozmowy z Rudą "Będę w tygodniu w domu", mając na myśli Trzebiatów. I sprawdza się w moim przypadku powiedzenie, że dom twój tam, gdzie serce twoje.

czwartek, 17 października 2013

Łapiemy licznik!

W poprzednim poście zapowiedziałyśmy konkurs znany jako "Złap licznik". Pretekstem do ogłoszenia konkursu są zbliżające się urodziny Chudej i moje oraz 25000 odwiedzin na blogu. 
Zatem ogłaszamy KONKURS : "ZŁAP LICZNIK".
Zasady sa banalne. Należy pojawić się na blogu jako 25000. odwiedzający. Dopuszczamy poślizg do 5 wejść. Wygrywa ten, kto będzie najbliżej. Aby udowodnić swoje odwiedziny, trzeba zrobić sceen strony i przesłać na mój adres mailowy, który widoczny jest w profilu. Miłoby nam było, gdybyście także skrobnęli parę słów na temat naszego bloga- ciekawi nas, które tematy przez nas poruszane są Wam najbliższe, które posty czytaliście z największym zainteresowaniem. Za każdą opinię będziemy bardzo wdzięczne.
Oczywiście przewidziałyśmy nagrody. Na razie zbieramy , czym chciałybyśmy się podzielić:


A więc proponujemy: mleczko do twarzy 3 w1 firmy Oriflame, dwie  drewniane podkładki pod kubek zdobione metodą deqoupage, zestaw ziół zbieranych w tym roku , mapę gminy Rewal i mini przewodnik po Trzebiatowie. Jak widać jest tu po trosze wszystkiego, czym się zajmujemy. 
Do tego zestawu dołączy jeszcze biżuteria Chudej (tylko musi ją Chuda z Baszty wyciągnąć),  znajdzie się jakaś książka bądź przewodnik i pewnie coś słodkiego. Mam do oddania także trochę serwetek, więc jeśli znajdzie się miłośniczka  deqoupage, to dołożę:)
Kompletowanie muszę jednak odłożyć na przyszły tydzień, bo w weekend wraz z  Ślubnym jedziemy do Poznania. Możecie się więc spodziewać super relacji z Poznania ( a Chuda obiecała wreszcie napisać, jak to z Gui umuzykalniają się na koncertach). 

niedziela, 13 października 2013

Sabacik w Szczecinie i zapowiedź konkursu

Kilka dni temu padło hasło:
- Przyjedź do Szczecina!
Pomysł podsunęła Gui - spędzała weekend w stolicy województwa i przy tej okazji mogłyśmy się spotkać na małym sabaciku. Umówiłyśmy się na śniadanie w Kaskadzie. Punktualnie o 9.30 znalazłyśmy się w części gastronomicznej galerii i po krótkiej naradzie ustaliłyśmy, że zasiadamy w Pizza Hut, gdzie jest akurat promocja na bar sałatkowy- druga i trzecia porcja za 9.90 zł i dokładasz do bólu, ile chcesz.
W efekcie przez dwie godziny obżerałyśmy się warzywami i owocami, popijałyśmy najpierw kawę, potem mrożoną herbatę (bez lodu) i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy.
A  było o czym rozmawiać, bo przecież nie widziałyśmy się prawie cały miesiąc. Były więc rozmowy o szkole, facetach, planach, zakupach, rowerach. Zabawy było co niemiara, śmiechu też- Chuda skarży się dziś na zakwasy na brzuchu od śmiechu! Gdy po dwóch godzinach postanowiłyśmy w końcu zmienić miejsce pobytu (chociaż kanapy w Pizza Hut są wyjątkowo wygodne), kelnerka wyglądała na niepocieszoną.

Potem wędrowałyśmy po sklepach w poszukiwaniu butów, sukienki i zwyczajnym oglądaniu wystaw. Dziewczyny co chwila piszczały na widok jakiegoś drobiazgu, przymierzały to i owo. Wreszcie Gui znalazła idealną sukienkę, a ja zimowe obuwie. Dostałam też prezent od Gui i jej M.- „Planetę dobrych myśli” Beaty Pawlikowskiej. Będę sobie czytała, gdy przez przypadek zapomnę , dlaczego świat jest taki piękny.

Usatysfakcjonowane zasiadłyśmy w kafejce nad kubkiem latte. Tym razem towarzyszył nam już M. , więc i tematy się zmieniły- rozmawialiśmy o filmach- zwłaszcza horrorach, którymi pasjonują się Gui i M., reklamie, zwłaszcza telewizyjnej, która jest jedyną częścią twórczości telewizyjnej, jaką mogę ewentualnie oglądać. Ostatnio zafascynowała mnie reklama papieru toaletowego, bo stworzyć zabawną reklamę papieru do d…, no trzeba umieć.


I tak spędziłyśmy całe przedpołudnie. Potem ja wróciłam do domu, a dziewczyny poszły szykować się na koncert. (ciągle mam nadzieję, że one wreszcie opanują lenia i o tym napiszą). 

A z innej beczki- może zauważyliście, że w prawym górnym rogu pojawił się licznik- czyli za kilka dni pojawi sie konkurs: "Łap licznik". Okazja będzie podwójna- owe 25.000 wejść i nasze urodziny. Właśnie szykuję drobiazgi na nagrodę. Jak uzbieram odpowiednią ilośc rózności, ogłoszę konkur i pokaże, co można wygrać:) 

czwartek, 10 października 2013

Integracja terenowa, czyli co czeka śmiałka, który odwiedzi Chełm Gryficki

Powiedzieć, że sobotnie popołudnie i wieczór spędziliśmy aktywnie, to zdecydowanie za mało, bo przecież my zazwyczaj aktywnie spędzamy weekendy. Tym razem chyba przeszliśmy sami siebie.
Stowarzyszenie Przyjaciół Dwójki, którego jesteśmy członkami organizowało imprezę integracyjną w Parku Rozrywki Aktywnej na ChełmieGryfickim. Park położony jest zaledwie 2 km od Trzebiatowa, więc stanowi alternatywę dla plaży w pochmurny dzień. Ponieważ już kilkakrotnie zamierzałam odwiedzić to miejsce, nawet się nie zastanawiałam i zgłosiłam rodzinkę do zabawy. Każde z nas trochę inaczej podeszło do tego przedsięwzięcia. Ślubny był w swoim żywiole-na co dzień żołnierz teraz też mógł dowodzić, tylko jego drużyna była chyba mniej zdyscyplinowana. Chuda w Parku pracowała w czasie wakacji, więc teraz miała okazje pobyć uczestnikiem zabawy, a nie jej animatorem.


 Dla mnie była to zupełnie nowa forma aktywności.
Na dobry początek rozdano nam kamizelki maskujące, choć w wypadku naszych rażąco zielonych i niebieskich kurtek na niewiele się owe kamizelki zdały. Potem, nim się obejrzałam i zdążyłam zaprotestować zostałam pomalowana w barwy wojenne, Chuda i reszta uczestników z resztą też.

A potem było już coraz ciekawiej. Wspinaliśmy się po ściance wspinaczkowej na drzewo ( ja i mój lęk przestrzeni mają się teraz znacznie lepiej), właziliśmy po chybotliwej drabince, wciągano nas na drzewo i spuszczano po linie- tzw. kolejka tyrolska (przy czym w moim wypadku współbiesiadnicy postanowili chyba pobić rekord prędkości w wciąganiu człowieka na drzewo i w efekcie mam kilka siniaków i zadrapań po spotkaniu z korą)

Ale doznania w czasie zjazdu- bezcenne.
Kolejną atrakcją był tor przeszkód składający się z tunelu, czołgania pod drutem kolczastym, przeskakiwania przez rów z woda, skakania po oponach i nie wiem z czego jeszcze, bo dużo tego było. Gdy jedni bawili się we współczesne wojsko, inna drużyna wcielała się w średniowiecznych wojów.

Oj, gdy my dotarłyśmy do tego miejsca, było mnóstwo śmiechu, ponieważ animator w stroju woja włożył nam na głowy… hełmofony i… kazał walczyć na kije na równoważni. Stanęłyśmy z Chudą na przeciw siebie i… zaczęłyśmy chichotać- ona z hełmofonem na głowie i ja z takimż samym spadającym na oczy. Łzy nam siekły, składałyśmy się w pól i oczywiście bez potrzeby spychania się z równoważni – z niej pospadałyśmy. Całe towarzystwo tez się z nami rechotało.

Zupełnie innym typem atrakcji był żyroskop. Urządzenie dla kosmonautów. Z zewnątrz wygląda dość groźnie i początkowo brakowało ochotników do wypróbowania machiny. Gdy już jednak znalazł się pierwszy odważny, reszta poszła za nim. Doznania są… mhm… ciekawe. I chociaż bałam się, że będzie mi się kręciło w głowie, lub co gorsza zrobi mi się słabo- nic takiego się nie stało, ubawiłam się tylko i wyśmiałam.

Można by długo jeszcze opowiadać o wszelkich atrakcjach, jakie czekają na spragnionego zabawy człowieka w opisywanym miejscu. Dodam tylko, że właściciele dbają także o nasze podniebienia- szykują wyborne wędliny i potrawy z grilla.

Nasze szkolne dzieciaki wiosna odwiedzają Park i wracają stamtąd niesamowicie podekscytowane, a ich opowieściom nie ma końca. Jest więc to miejsce, gdzie zarówno dzieci , jak i dorośli mogą się rewelacyjnie bawić i ciekawie spędzić czas. 




wtorek, 8 października 2013

O jesiennej zadumie i ścieżce rowerowej

Prognozy pogody na niedzielę zapowiadały ciepełko i niewielki wiatr, więc już od piątku szykowałam się na kolejną rowerową eskapadę, zwłaszcza, że Chuda miała własne plany ( a jakie , pewnie na swoim blogu napisze), a Ślubny zapowiedział odsypianie męczącego tygodnia.
Od pewnego czasu chodziła za mną droga rowerowa do Rymania. Postanowiłam więc ten plan wcielić w życie. Wyjechałam, gdy tylko opadły poranne mgły. Najpierw do Kołobrzegu moją ulubioną ścieżką rowerową wzdłuż Bałtyku- o tej porze roku jest ona już pusta i spokojna. 

Żadnych spacerowiczów, rolkarzy, znikoma ilość biegaczy i rowerzystów.  Nim się obejrzałam byłam w Kołobrzegu, skierowałam się w stronę Zieleniewa. Po prawej stronie właśnie mijałam Cmentarz Wojskowy, gdy coś mnie ruszyło. Tyle razy obok tego miejsca przejeżdżałam samochodem, za każdym razem obiecując sobie, że kiedyś zatrzymam się i zwiedzę.


 I nigdy się nie zatrzymałam…. Teraz zeszłam z roweru. Zagłębiłam się w żwirowe alejki. Obejrzałam pomnik i makietę, a potem szłam wzdłuż tablic nagrobnych. Sami młodzi chłopcy. Mieli po 20-22 lata…. Tyle, ile mój syn. Pewnie mieli marzenia i plany, , gdzieś czekały dziewczyny, narzeczone. A oni zostali na zawsze tu… pod Kołobrzegiem.

Ale najbardziej bolały mnie tablice z napisem 30 nieizwiestnych soldat.  Oni przybyli z daleka. Bardzo daleka. Gdzieś czekały na nich matki. Takie jak ja… Czekały i czekały , i nigdy nie dowiedziały się, jak i gdzie zginęli ich synowie, bo oni leżą pod bezimiennymi tablicami.
Zrobiło się cicho i refleksyjnie. Nawet szum ulicy stał się stłumiony i przygłuszony. Pod stopami chrzęścił żwir. Miejsce pełne zadumy…

A potem wskoczyłam na siodełko i pognałam do Bezprawa , obserwując postępowanie budowy ścieżki rowerowej łączącej Kołobrzeg z istniejącą trasą do Gościna i Rymania.
A potem było coraz cudniej i cudniej. Droga rowerowa prościutka, najpierw z kostki a potem elegancki gładki asfalt. Nawet nie przypuszczałam, że zaledwie 20 km od Trzebiatowa znajduje się takie cudo! Łąki, jesienny las… Ścieżka mija wioski, gdzieniegdzie przecina drogi. Tylko w Gościnie musiałam poprosić miejscowych o pomoc w znalezieniu trasy do Rymania, bo akurat w miejscu, gdzie się ta ścieżka zaczyna prowadzone są roboty drogowe. Kolejny cudny las, pełno grzybiarzy z wiadrami grzybów. Także spotykani na trasie rowerzyści byli bardziej grzybiarzami niż rowerzystami. Na jednym z miejsc postojowych minęłam parę sakwiarzy.

 Dalej znów spokój i cisza. Sarny na polach. W Rymaniu przejeżdżam przez drogę krajową na światłach i…. ścieżka prowadzi mnie dalej do Rzesznikowa. A tam…. No mało brakowało, a zamiast skręcić do Gryfic pojechałabym dalej, bo mnie ta ścieżka prowadziła…  Niestety asfalty powiatu gryfickiego dały mi się we znaki i ostatnie 25 km było męczące.
W sumie zrobiłam 100 km, w tym 50 km ścieżką rowerową. Ścieżką nie tylko szeroką i dobrze utrzymaną, ale także poprowadzoną sensownie i z głową- z zabezpieczeniami w miejscach niebezpiecznych, znakami drogowymi i ciekawie urządzonymi miejscami postojowymi.

Jak widać nie tylko na Bornholmie można fajnie pojeździć i u nas też się zaczyna zmieniać na lepsze. 
A dla dociekliwych ślad trasy

poniedziałek, 7 października 2013

O nickach i pseudonimach

Chuda przyjechała na weekend do domu. Stęskniłyśmy się za sobą i miałyśmy sobie wiele do opowiadania, nie zdziwiłam się więc za bardzo, gdy poprosiła, by ja obudzić, gdy będę w sobotę śniadanie robić (choć jak wiadomo wstaję dosyć wcześnie, więc i śniadanie było zaplanowane o świtaniu)
Usiadłyśmy przy parującej aromatycznej kawie i grzankach z rukolą, salami i serkiem tostowym. Rozmawiałyśmy o wszystkim i niczym, a w tle cichutko śpiewał Grechuta. Potem zeszło nam na rowerowe wycieczki i pokazałam Chudej profil Hannibala Smoke – dziennikarza, który ukochał Dolny Śląsk i ukazuje piękno śląskich zamków i pałaców. Przez chwilę podziwiałyśmy dawne widokówki, potem przyglądałyśmy się ruinom pałaców położonych na Pogórzu Izerskim. Chudą zainteresowała książka „Emplarium” i fakt, że dziennikarz ukrywa się pod pseudonimem. Poszperałyśmy troche w internecie, by się czegos więcej o ksiażce i jej autorze dowiedzieć. Ciekawe rzeczy wyczytałyśmy po czym Chuda stwierdziła:
- Wiesz, to dziwne, że jeszcze ktoś używa pseudonimów.
- Dlaczego?- byłam zaskoczona takim stwierdzeniem, bo znam wielu autorów, którzy korzystają z pseudonimów.
- No wydawało mi się, że to już niemodne, passe.
- Zauważ, że wielu współczesnych pisarzy rozpoczynało swoja karierę w blogosferze, więc pseudonim a raczej nick jest integralną częścią takiej twórczości.
-Fakt, a Hannibal Smoke, nawet Ciebie uczynił bohaterem książki - zgodziła się ze mną Chuda.- czyli ta dawna moda na pseudonimy jakby wracała?- bardziej zapytała niz stwierdziła. 

- Myślę, że tak. - a na poparcie swojej tezy pokazałam Chudej blog zaprzyjaźnionej blogerki- Luci i jej debiutancką książkę- podpisaną właśnie Lucia.
-Widzisz, najpierw znałam Lucię i jej refleksje, dopiero potem dowiedziałam się jak się nazywa. Ale w blogosferze nadal jest naszą Lucią.

I tak mogłybyśmy jeszcze długo dyskutować, ale należało ruszyć się od stołu, bo czekali na nas chłopcy, którym obiecałyśmy wycieczkę rowerową. Wsiadłyśmy więc na rowerki i pojechałyśmy do mojej szkoły. Razem z dwoma moimi uczniami odbyłyśmy kolejną przyjemną przejażdżkę po powiecie gryfickim- tym razem przejechaliśmy przez Żukowo i Bielikowo, Darżewo i Lewice.


A wieczorem…. Ale o tym napiszę innym razem, bo czekam na zabawne zdjęcia.  

środa, 2 października 2013

Miała być zapiekanka z cukinią, a wyszła z... maślakami

Korzystamy z pięknej pogody i nadal zbieramy dary jesieni. 

Wczoraj wybrałam się za miasto w poszukiwaniu czarnego bzu. W najbliższej okolicy już nie ma, bo… zerwałam wiosną, gdy kwitł. Suszyłam wtedy na zimowe herbatki i robiłam naleśniki z bzem.
Teraz musiałam przejechać kilka kilometrów, by coś znaleźć. Na początku znalazłam… jabłka. Wszystkie zdziczałe jabłonie, rosnące w dawnych, poniemieckich sadach i te , które wysiały się już później obrzucone są jabłkami. A owoce są do koloru do wyboru: słodkie i cierpkie, żółtozielone i czerwone. Kto co woli. Nic tylko rwać i przetwarzać. Narwałam więc pól plecaka czerwonych jabłuszek i pojechałam dalej w poszukiwaniu bzu. Wreszcie znalazłam kilka rachitycznych krzaczków z baldachami owoców. Zebrałam. Było w sam raz, by zabarwić sok jabłkowy. Gdy wróciłam do domu zabrałam się za obieranie owoców, a dzisiaj zagotowałam butelki z sokiem.

Dzisiaj też wybraliśmy się za miasto, ale celem były grzyby. Niestety nasze zbiory ograniczyły się do kilka maślaków i jednego prawdziwka. Spędziliśmy jednak ze Ślubnym urocze popołudnie brodząc w trawach, przedzierając się przez zarośla i żartując ze swoich znikomych trofeów.
W domu, zainspirowana kulinarnym wpisem znajomej blogerki zrobiłam zapiekankę.
Do jej przygotowania potrzebowałam:
3 kromki razowego chleba
2 małe cukinie
Garść liści jarmużu
Kilka maślaków
pomidor
2 jajka
Kilka łyżek śmietany
Trochę mąki
Olej, sól, pieprz
Garść świeżego oregano.

Maślaki podsmażyłam na oleju, pod koniec dodałam cukinię, by zmiękła, doprawiłam.
Foremkę wysmarowałam olejem, wyłożyłam chlebem razowym. Na chleb wrzuciłam grzybki icukinię.
Jajka wymieszałam ze śmietaną, mąką, posiekanym oregano i … miałam osolić, ale zapomniałam.
Masę jajeczną wlałam na cukinie z grzybami. Na górę ułożyłam plastry sera tostowego, udekorowałam plastrami pomidora i zapiekłam w piekarniku.
 Wyszło pyszne, tylko… niedoprawione ….