piątek, 29 listopada 2013

Wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy


Jak co roku we Wrocławiu miesiąc przed świętami odbywa się na rynku Jarmark Bożonarodzeniowy. W tym czasie z okolic Pręgierza uderza nas świąteczny nastrój z zapachem choinki, przypraw korzennych, czekolady i piernika, z brzmieniem kolęd i  zimowych piosenek oraz tysiącem kolorów światełek. Niektórym się to podoba, innym nie. Moim zdaniem można tam miło spędzić czas, byle nie za długo.

Najbardziej lubię te jarmarki za to, że można tam dostać produkty niedostępne przez pozostałą część roku, jak na przykład srebrna biżuteria z ogromnym wyborem wzorów. Już od trzech lat noszę komplet nabyty tam w grudniu 2010 roku i za każdym razem, jak zgubi się jakiś element (zdarzyło się to niestety już dwa razy) czekam aż do świąt, żeby uzupełnić zestaw. Ponadto jestem ogromną fanką owoców w czekoladzie, które są tam sprzedawane. 
Urzekł mnie również kącik dla dzieci – „Bajkowy Lasek”. Jest to mini park rozrywki, w którym mieszczą się nieduże instalacje mechanicznych teatrów lalek, przy których z głośników można wysłuchać ich treść. Niesamowicie spodobała mi się postać Królowej Śniegu – jej twarz idealnie odzwierciedla zimny charakter bohaterki oryginalnej baśni Andersena. 
Oczywiście oprócz słodyczy można na jarmarkach dostać niemal wszystko: szynkę z domowej wędzarni, oscypki, miody, potrawy z różnych zakątków świata, wszelkiego rodzaju grzańce… Nie brakuje też stoisk z rękodziełem. Znajdziemy aniołki z gliny i ze szkła, wszelkiego rodzaju biżuterię, szydełkowe cuda, wyroby z wełny i całą masę innych, typowo festynowych stoisk. 
A że jesteśmy we Wrocławiu, nie mogło zabraknąć krasnala na szczęście ;)


wtorek, 19 listopada 2013

Sos z rukoli

Jakieś trzy lata temu w sklepie ogrodniczym znalazłam nasiona rukoli, czyli rokietty, a że lubię eksperymentować, to zielsko wysiałam. Efekt przeszedł moje oczekiwania- na działce pojawił się rząd wysokich zielonych wiechci zakończonych beżowo-brązowawymi kwiatkami. Liście ciemne i mięsiste niewiele przypominały rachityczne listeczki kupowane w markecie, a smaku nie dało się nawet z tymi listeczkami porównać.

 Pamiętam, jak pierwszy raz poczęstowałam tą moją rukolą swoją bratową- była zdumiona jej intensywnym ostro orzechowym smakiem.  Zielsko tak dobrze poczuło się na mojej działce, że… rozsiało się samo i teraz od września do grudnia a nawet do stycznia, jak nie ma wielkich mrozów mam mnóstwo rukoli. Moje koleżanki od września dopominają się zieleniny, którą całymi garściami przynoszę do pracy, bo nie sposób jej przejeść w domu.

A co robię z rukolą? Ano dodaję do codziennych kanapek i grzanek, wrzucam do niedzielnej jajecznicy i zielonej zupy. Jednak ulubionym sposobem podawania rukoli jest łączenie jej z makaronem. Przepisy mam dwa. Dziś ten z sobotniego obiadu, czyli sos do spaghetti - na życzenie Kethryweris.
Aby przygotować sos potrzebujemy:
  sporą garść rukoli – myślę, że jakieś 0,5 litra ( bo chyba takie są te sklepowe opakowania)
  łyżkę masła
  200 ml bulionu lub wody
  200 g serka topionego
  100ml jogurtu naturalnego bądź śmietany
  Rozdrobniony ser żółty ( i ser typu rokpol lub inny z niebieską pleśnią dla smakoszy) po 100g
  Sól, pieprz, czosnek.
Rukolę dusimy na masełku kilka minut, trzeba uważać, żeby jej nie przysmażyć. Można do duszenia dodać odrobinę wody. Gdy zmięknie wrzucamy serek topiony (warto go przedtem rozdrobnić) , zalewamy bulionem, czekamy aż serek się roztopi. Wówczas dodajemy pozostałe sery. Gdy sery się rozpuszczą, pozostaje powoli wlewać jogurt lub śmietankę, stale mieszając, aby się nie zwarzyła. Na końcu dodajemy sól, pieprz i posiekany czosnek.
(wersja dla leniwych: dusimy rukole na masełku i dodajemy sos z 4 sery z torebki).

Sos idealnie pasuje do spaghetti, ale można podać go i z rurkami. Choć do rurek wolę ukolę z jajkiem i boczkiem, ale o tym innym razem.
A na marginesie- żeby wrzucić dziesiejsze zdjęcia pobiegłam po południu z psem na działkę, coby rukolę moją obfotografować. Przy okazji narwałam sporo jesiennego zielska- sałatę, koper, szczypior, groszek zielony i oczywiście rukolę. 
Okazało się, że biegać też lubię, nie tylko jeździć rowerem :)



niedziela, 17 listopada 2013

Wspólna sobota

Sobotę rozpoczęłyśmy o ósmej rano kawą z pianką i grzankami. To było prawdziwe celebrowanie poranka. Rozmawiałyśmy o zalanej szkole we Wrocławiu i planach matrymonialnych Gui. O kredycie studenckim i  ostatniej sesji zdjęciowej Chudej. O przerwie świątecznej i planowanym wyjeździe w góry. O bractwie wczesnośredniowiecznym i kiermaszu świątecznym.
- Ależ ja się za morzem stęskniłam- westchnęła Gui, gdy już zjadłyśmy wszystkie grzaneczki, a wskazówki zegara niebezpiecznie przesunęły się za 9. 
- No to czas ruszać nad Bałtyk.
- Pewnie, choćby wiało i padało...
No w złą godzinę to powiedziała, bo... wiało i padało. Nam to oczywiście nie przeszkodziło w realizacji planu na przedpołudnie. Do Niechorza dotarłyśmy mokre. Krótki spacer plażą, kilka fotek wzburzonego Bałtyku i powrót do domu. Na szczęście z wiatrem. Ależ brakowało mi takiego wypadu z Gui! Jest świetnym kompanem rowerowym, rozmumiemy się bez słów, uzupełniamy się. Wspólna jazda to frajda, nawet jeśli warunki są tak ekstremalne jak tym razem.


Gdy my podziwiałyśmy morze, Chuda uzupełniała dokumentację kredytową. 
Po powrocie zaaplikowałyśmy sobie grzane piwo cytrynowe z korzeniami (przyprawę do grzańców mieszam samodzielnie). 
Na obiad zaserwowałam wspomniane w poprzednim poście spagetti z sosem rukolowym. Popołudnie spędziłam z Chudą, Gui umówiła się z przyjaciółmi. 

Siedziałam w kuchni malując kolejne butelki , gdy Chuda stwierdziła:
- przychodzę do ciebie ze swoją robótką.- po czym wyłożyła na kuchennym stole pudełeczka, woreczki, słoiczki a w nich korale, bigle, druty, szpilki, czyli zestaw do wyrobu biżuterii. 
- Muszę wreszcie wykorzystać te koraliki, by... móc kupić inne. 
Rozmawiałyśmy przy tym o książce Elżbiety Cherezińskiej "Korona lodu i krwi". Mamy co do tej pozycji mieszane uczucia , więc dyskusja była na tyle gorąca, że wygnała z kuchni Ślubnego, który na chwilę wszedł sprawdzić, co robimy. 



Koło 19.00  Chuda zainteresowała się, co z kolacją, a raczej z pieczonymi jabłkami.
Posprzątałyśmy więc nasze robótki, wydrążyłam pokaźną ilość jabłek, przygotowałam smakołyk. W tym samym czasie grzałam juz wino z korzeniami, a dziewczyny przygotowywały "seans filmowy".
Zasiadłyśmy we trzy w mojej sypialni, rozłożyły laptop i zajadać się jabłkami, popijając gorące wino obejrzałyśmy "Tajemnicę Zielonego Królestwa". Dziewczyny były na tym filmie w kinie, o czym pisała Chuda (tu) i już wówczas stwierdziły, że koniecznie chcą obejrzeć tę baśń wspólnie ze mną. Miały rację. Nasz śmiech słychać było w całym domu.
A niedzielne przedpołudnie minęło tak szybko... za szybko i znów trzeba się było pożegnać... Następne wspólne pogaduchy w realu dopiero na Boże Narodzenie. 
Dobrze, że mamy internet i telefony...

piątek, 15 listopada 2013

W oczekiwaniu na dziewczyny

Na weekend przyjeżdżają obie. Gui z Wrocławia, Chuda ze Szczecina. Umówiły się i ze Szczecina pojadą już wspólnie. Czekam. Ostatnio czytałam i słuchałam, jakie są ich kulinarne marzenia. Zebrałam je i gotuję. Dla Chudej kaczka w borówkach. Dla Gui sos do jutrzejszego spaghetti ( bo ponoć najlepsze spaghetti gotuje mama) i kurczak na niedzielę. Do tego rosół. No i jeszcze zupa krem na dzisiejszy przyjazd. Będą późno. I z pewnością będą chciały coś zjeść. Najlepiej lekkiego i na ciepło. Czyż może być coś lepszego niż wymarzona zielona zupa krem?
Dwoję się i troję. Najpierw kaczka, bo najdłużej będzie stała na kuchence.

Aby przygotować kaczkę w borówkach potrzebowałam:
1 niedużą kaczkę
2 jabłka
200 ml dżemu z borówek (tegoroczne, zbierane latem)
200 ml wina jabłkowo-głogowego (też tegoroczne- pisałam o nim tu)
Sól, pieprz, gałkę muszkatołową, świeży imbir.
Kaczkę nacieramy sola i pieprzem- wewnątrz i na zewnątrz. Faszerujemy jabłkami i borówkami oraz kilkoma plasterkami imbiru. Spinamy klamerką bądź wykałaczką, aby farsz nie wypadł. Układamy w brytfannie lekko polanej olejem. Osypujemy gałką muszkatołową. Kaczkę rumienimy z wszystkich stron, a następnie podlewamy winem. Przykrywamy brytfannę pokrywka i dusimy Az zmięknie.

Moja właśnie kończy się dusić.
A o zupę krem zrobiłam tym razem z szpinaku nowozelandzkiego, który bujnie w tym roku urósł na mojej działce. Zmiksowałam w rosole z kurczaka i kaczki, dodałam jajeczko, odrobine kaszy manny, doprawiłam. Przygotowałam tarty ser, imbir i grzaneczki z żytniego pieczywa.



Ślubny w tym czasie zlał do butelek kolejne „beaujolais nouveau”. Jest delikatne i dosyć słodkie.  Będziemy się jutro delektować… 

Ostatnia róża z działki...

wtorek, 12 listopada 2013

O naszej babskiej przyjaźni

Idziemy raźno przez Świnoujście. Mamy takie same maratonowe koszulki, zaśmiewamy się z czegoś do rozpuku, poszukując kawiarenki, gdzie będą miejsca siedzące na zewnątrz - szkoda marnować słońce. Zachowujemy się jak trzy przyjaciółki, którymi przecież jesteśmy - ja, Ruda i Marzenka. Dwie siostry i ich mama, wyglądająca na trzecią z sióstr.



Nasza przyjaźń rozkwitać zaczęła wcale nie tak dawno. Człowieka, autorytet i przyjaciółkę dostrzegłam w mojej mamie, dopiero będąc w liceum, wcześniej była po prostu mamą. Z Marzenką przyjaźnić zaczęłam się jeszcze później - jako dwie nastolatki dzielące ze sobą pokój niejednokrotnie pałałyśmy do siebie nieskrywaną niechęcią co najmniej. Sytuacja zmieniła się, gdy wyjechałam do Szczecina na studia i widywałyśmy się znacznie rzadziej. Wprawdzie do dziś, gdy mamy spędzić ze sobą więcej niż kilka dni, najprawdopodobniej dojdzie do jakiegoś spięcia, ale większość czasu, który możemy spędzić wspólnie, spędzamy w zgodzie.

Nierzadko spotykamy się z sytuacją, gdy nowo poznani znajomi nie potrafią uwierzyć, że Ruda jest naszą mamą, nie siostrą. Wciąż bowiem wygląda bardzo młodo i odznacza się ogromnym dystansem do siebie oraz radością życia, które pozwalają jej głośno śmiać się razem z nami, spacerować, trzymając się za ręce, głośno rozmawiać nad ciastkiem i filiżanką kawy.



Niemniej nie wszystko Jej już wypada, więc niejednokrotnie przynosimy jej z Marzenką nieco wstydu, gdy jesteśmy wszystkie trzy, a ja wraz z młodszą siostrą dostaję "małpiego rozumu". Nasze wygłupy kilkakrotnie zostały już udokumentowane na zdjęciach, co nie przeszkadza wydurniać się nam dalej.

Cieszy mnie niezmiernie, że moja mama i młodsza siostra są zarazem moimi najlepszymi przyjaciółkami.I mam nadzieję, że się to już nie zmieni.

wtorek, 5 listopada 2013

Poznań- Dzień Historyczny

Po krótkiej przerwie wracam do poznańskich wspomnień. Wcześniejsze znajdziecie Tu i Tu.

Ostatni dzień pobytu w Poznaniu nazwaliśmy z Ślubnym Dniem historycznym, ponieważ zdecydowaliśmy się na spacer po najstarszej części Poznania oraz po muzeach. Rozpoczęliśmy od rynku, gdzie obejrzeliśmy makietę , potem przeszliśmy śladami murów obronnych, zajrzeliśmy przez kraty na plac budowy zamku Przemysła II . Cóż, uczucia mamy mieszane w stosunku do tej budowli, z ocenami poczekamy aż skończą się prace budowlane. Za to zachwyciła nas remiza strażacka, która swoją nowoczesną bryła świetnie komponuje się z murami obronnymi. 
Przy remizie złapaliśmy tramwaj na Ostrów Tumski. Nie wchodziliśmy jednak do obiektów sakralnych, gdyż te odwiedziliśmy 24 lata  temu. Tym razem zaciekawił nas rezerwat archeologiczny Genius Loci usytuowany nad wykopaliskami. Najpierw, czekając na projekcję filmu, mogliśmy przejrzeć publikacje o Ostrowie Tumskim, potem staliśmy się widzami filmu popularno-naukowego w 3D, opowiadającego o początkach Poznania. Wreszcie zaopatrzeni w nowo zdobytą wiedzę oraz audio przewodnika ruszyliśmy na zwiedzanie wykopalisk. Uwielbiam takie miejsca, gdzie widzę historię, a tam miałam pod stopami pozostałości po pierwszych wałach obronnych. Niesamowite uczucie.
W historycznym klimacie dotarliśmy do „Makiety Poznania”, miejsca, które reklamowało się pokazem światło, dźwięk i nie wiem , co jeszcze. Weszliśmy do maleńkiej salki, gdzie byliśmy jedynymi widzami i naszym oczom ukazał się Poznań średniowieczny. Lektor opowiadał o jego historii, błyskały światła, woreczki i czerwone światło imitowały pożary i wojny. Ba, nawet dym się pojawił. Myślę, że dzieciaki byłyby zachwycone takim pokazem. My chyba spodziewaliśmy się czegoś więcej. Nie da się jednak zaprzeczyć, że byliśmy bogatsi o sporą dawkę wiedzy historycznej.
 Strasznie głodni udaliśmy się do restauracji „Szachownica” na naleśniki gryczane ( zakupione w ramach zakupów grupowych)  Pychotka! Jeśli zabłądzicie do Poznania- polecam to zaskakujące połączenie smaków (pod warunkiem, że lubi się smak kaszy gryczanej).


Ostatnim punktem naszej wyprawy historycznej była Cytadela. Zachodzę w głowę , dlaczego nie odwiedziliśmy jej poprzednim razem. Może wydawała nam się zbyt odległa? A może Ślubny miał wtedy czołgów po dziurki w nosie i nie chciał kolejnego muzeum uzbrojenia? Nie wiem. Wiem, że dobrze się stało, bo nie trafilibyśmy tam tym razem, a byłoby to niedopuszczalne, gdyż obecnie teren Cytadeli jest pięknym parkiem, miejscem niedzielnych spacerów, gdzie wśród zieleni ukryte są rzeźby współczesnych plastyków. Dla mnie najważniejsza okazała się praca Magdaleny Abakanowicz, artystki, której dzieła fascynują mnie od dawna. Dłuższą chwilę spędziłam spacerując pomiędzy ogromnymi rzeźbami instalacji "Nierozpoznani".
A potem pozostało nam tylko zakupić kilka marcińskich rogali, żeby znajomych poczęstować i udać się na dworzec. Do domu wiózł nas ten sam pociąg "Mewa".

- Co Ci się najbardziej podobało w Poznaniu?- zapytałam męża w pociągu.
- To, że tyle czasu mogłem z Tobą spędzić.
Czyż można chcieć innej odpowiedzi? 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Zaduszkowe spacery

Tegoroczne Zaduszki , podobnie jak rok temu spędziłam na Śląsku. Miałam ku temu powody, bo w tym roku zmarło tam dwoje bliskich mi osób i zależało mi, aby odwiedzić ich groby.
Wizyta na cmentarzu była jednak tylko jednym z wielu fragmentów tego wydłużonego weekendu. Umówiłyśmy się w Radlinie z Gui i to rozmowy i spacery z nią okazały się dla mnie najważniejsze.
Spotkałyśmy się w piątkowe przedpołudnie i od tej chwili byłyśmy prawie nierozłączne. Najpierw wspólnie odwiedziłyśmy wspomniane wcześniej groby i zapaliłyśmy znicze, potem wybrałyśmy się na długi spacer po cmentarzu. Opowiadałam radlińskie wojenne historie, te których echa są w innym wpisie. Obok cmentarza zostawiły się stragany ze zniczami, wiązankami i… słodyczami odpustowymi. Zrobiłyśmy więc odpowiednie zakupy- ciastka w kształcie misiów z kremem z białek, kartofelki, makaroniki z cukru w różnych kolorach, pierniczki, i tataraczki. Uwielbiam zwłaszcza te ostatnie, a spotkałam się z nimi tylko na radlińskich straganach odpustowych. Owe tataraczki to kłącze tataraku w cukrze i nic się z nim nie może równać.
Tak zaopatrzone poszłyśmy na kolejny spacer- do mojej ulubionej fontanny z Matką Polką, a ponieważ pogoda była zaskakująco ładna, rozsiadłyśmy się na ławce i gadałyśmy, gadałyśmy. O szkole, o maratonach rowerowych, o planach wakacyjnych (tak, tak, my już myślami byłyśmy na wakacjach!) 


Rozmarzyłyśmy się niesamowicie. Wieczór także spędziłyśmy wspólnie, mając do towarzystwa jeszcze moja siostrę, która odpoczywała po pracowitym tygodniu. A potem była jeszcze noc w jednym łóżku…
Kolejny dzień także upłynął nam na długim historyczno-sentymentalnym spacerze, w czasie którego towarzyszyła nam moja siostrzenica. Obejrzałyśmy pomnik pomordowanych w szybie Reden, pokazałam Gui salę sportową „Sokolnia”, gdzie  ćwiczą gimnastycy i karierę rozpoczynał mistrz olimpijski Leszek Blanik- duma Radlina. Poszłyśmy obejrzeć XIX w. zabudowania kopalni „Marcel” i kamienice dawnej dzielnicy Emma , po Śląsku znanej Yma.  Nazwa dzielnicy pochodzi od imienia córki dawnego właściciela kopalni. Co jakiś czas stwierdzałam:
- Tu mieszkałam przez 6 lat, a tu mieszkał wujek.
- Tu mieszkała babcia, a ja zostałam poczęta.
- Tu chodziłam do przedszkola. – Ja też – dodała siostrzenica.
Spacer zakończyłyśmy kawą i goframi w „Domu Sportu”.
 I tak oto  Zaduszki stały się pretekstem do rozmów o życiu i nostalgicznego spaceru. 


Radlin nie jest może miejscem pełnym zabytków, ale jeśli komuś chce się zejść z głównej ulicy i zajrzeć w boczne uliczki, to znajdzie niejedną perełkę architektoniczną, niejeden ciekawy pomnik i usłyszeć sporo niezwykłych historii. 
Ciekawe zdjęcia Radlina można znaleźć na Facebooku ( zdjęcia nocnego cmentarza tam właśnie znalazłam) .