środa, 7 maja 2014

Misja "Bibliotekarz IV"

Wśród niezwykle ciekawej spuścizny po naszym ojcu (tej materialnej i tej duchowej) otrzymaliśmy z rodzeństwem całkiem sporą bibliotekę. Ojciec od młodości pasjonował się literaturą i przez całe życie kupował książki. Dostawał je tez w prezentach od bliskich i mniej bliskich. Pod koniec życia jego biblioteczka liczyła ok. 1000 książek. Przynajmniej tyle przypominam sobie z katalogowania, w którym pomagałam w latach osiemdziesiątych. Do akcji "Bibliotekarz IV" jak nazwałam porządkowanie książek, zbierałyśmy się długo. Wreszcie siostra zarządziła: sprzątamy, dzielimy, pakujemy. 
Zaopatrzyła się w wielkie worki, niestety zapomniała o maseczkach pyłowych i rękawiczkach sylikonowych. W efekcie po kilku godzinach pracy wyglądałyśmy jak górnicy po szychcie. 
A praca była pasjonująca. W biblioteczce ojca można było bowiem natrafić na prawdziwe "perełki" najbardziej ubawiła nas ekonomia polityczna socjalizmu oraz równie interesujące dzieła w języku rosyjskim.

Z drugiej strony półki obfitowały w prawdziwe białe kruki: Dzieła Mickiewicza i Słowackiego wydane w 1921 r, jeszcze starsze wydanie Hamleta w oryginale...


Obok pism o perspektywach socjalizmu -komunizmu- Nowy Testament. Obok Mickiewicza - gazetowe wydanie jakiegoś kryminału... 
Ojca ciekawiło wszystko, więc i książki gromadził z różnych dziedzin. Szczególnie ukochał jednak reportaże z wypraw wysokogórskich i oceanicznych. Czym bardziej ekstremalnie, tym lepiej. Druga miłością ojca była historia, stąd komplet tzw. ceramowski. 
Porządkowaniu towarzyszyły wspomnienia:
- tę książkę tata dał mi na obóz, ale była dla mnie za trudna.- siostra wskazała na jakiś reportaż, a ja przypomniałam sobie, że mogła mieć wtedy jakieś 11 lat. 
- No, mnie też tym katował.- uśmiechnęłam się do swoich wspomnień. Gdy moje koleżanki czytały "Anie z Zielonego Wzgórza", mnie przyszło czytać wspomnienia Wandy Rutkowskiej... a trzeba pamiętać, że jako dyslektyk zaczęłam czytać dopiero w wieku 10 lat. 
Moją ulubioną lekturą tego okresu była... "Lilavati", jakże dobrze uczyło się z tej książki matematyki. To była prawdziwa przygoda!
I tak opowiadając anegdoty czytelnicze układałyśmy książki na stosiki: moje, siostrzane, do przerobu, do biblioteczki wakacyjnej w Domku pod Orzechem. W tym czasie odwiedzały nas różne osoby: kuzynka, bratowa z bratanicą, mój syn. Stawali się oni uczestnikami naszej misji, dołączali się do wspomnień...
- A pamiętasz... - i płynęła kolejna anegdotka.
Moje 4 worki częściowo przywiozłam nad morze, resztę zabiorę następnym razem. Do "Domku pod Orzechem" trafiły niektóre reportaże większość historycznych książek Bidwella (och zaczytywałam się w tych biografiach!) , trochę beletrystyki lżejszych lotów (niewiele jej tam było, ale coś się znalazło). 
Podejrzewam, że gdy odkopię wszystkie swoje trofea, to pewnie jeszcze nie jeden wpis się pojawi. 

4 komentarze:

Karolina W pisze...

Pięknie. Lubię takie prace choć prawdą jest ze kurzu robi się z tego ogrom a palce zwyczajnie czarne. Ja też mam po tacie z kilkaset książek oraz swoich niewiele mniej. Przymierzam się do gruntownych porządków. Pozdrawiam

Julia Orzech pisze...

Takie porządkowanie musi być niesamowite! Podróż sentymentalna i poszukiwanie skarbów w jednym:)

Ruda pisze...

Julio, to była podróż w czasie i w przestrzeni! Na ogromnych emocjach.

mago nia pisze...

jak to czasami porządki mogą być zupełnie przyjemne :)