czwartek, 15 maja 2014

Podróż życia nr 1

Wyjechałam ze Szczecina, jak rok temu, wczesną wiosną. Wróciłam w jej największym wybuchu.
Wyjechałam ze szczecina przed 8 rano 11 kwietnia. Wróciłam ok. 16 5 maja. 24 dni trwała pierwsza z moich „podróży życia”. Mieszkałam w tym czasie w 4 miejscowościach. Spałam w 6 różnych łóżkach. Przejechałam na rowerze ponad 600 km. Odbyłam 9 dłuższych lub krótszych podróży pociągiem.  Poznałam kilku ludzi – tych planowanych i tych zupełnie przypadkowych. Znalazłam w życiu sens i zdążyłam znów go zgubić – szukamy dalej. Znalazłam w sobie siłę i motywację – tym nie dam się już zgubić.
Odnalazłam wewnętrzną równowagę i spokój, a później pozwoliłam zagłuszyć je swojej prawdziwej osobowości. 

Przystanek 1 – Wrocław (11 – 15 Kwietnia 2014)
Przyjechałam po południu. Z dworca odbiera mnie Marzenka, jedziemy do niej. Prowadzi mnie przez Wrocław. Na obiad przygotowała cukinie z farszem mięsnym. Siedzimy przy posiłku, śmiejemy się, rozmawiamy. Przez trzy dni robimy wiele głupich rzeczy, spędzamy ze sobą jak najwięcej czasu. Tym razem niemal brak wypraw po mieście w jej towarzystwie. Przewodnikiem na kilka godzin zostaje jej kolega, który za główny walor miasta wart pokazania uznał piwiarnie w Rynku. Nie neguję, gdy nadarzy się okazja odwiedzę również inne. Był czas na film, na wspólne zakupy, na gotowanie, zdechłą rybę, wyjście do klubu, całonocne rozmowy. Szybkie, intensywne trzy dni. Z Wrocławia do Domku pod Orzechem miałam jechać rowerem. Nie pozwolono mi, pogoda nie dopisała. Gdy w poniedziałkowy wieczór dopracowywałam trasę została zakrzyczana. We wtorkowy poranek wsiadłam w pociąg. 


Przystanek 2 – Pustelnia (15 – 18 kwietnia 2014)
Z Jeleniej Góry do Domu jechałam już na dwóch kółkach. Przywitałam się z Górami, podjechałam, gdzie podjechać należało, odsapnęłam w ciszy przed kolejnymi etapami swojej drogi.  

Przystanek 3 – Śląsk (18 – 21 kwietnia 2014)
Święta spędziłam w gronie rodziny. Wprawdzie innej niż zwykle, ale niemal równie bliskiej. Rozpływałam się nad urokiem małej Marysi i nad talentami kulinarnymi jej mamy, Oli. Zrobiłam swoje pierwsze jajka w kminku, wyniuchałam prezent, wyrwałam wraz z wujkiem parę chwil dla rowerów, spotkałam się z innymi członkami rodziny, kto wie, czy to nie jedyna szansa w tym roku? I odwiedziłam Głaz - człowieka, którego już nie ma.  Kolejne bardzo intensywne dni. Wyjechałam szczęśliwa i wyekwipowana na kolejny tydzień.

"No i gdzie ten zając? Zjadł marchewkę?"
 
„Międzylądowanie” – Wrocław (21/22 kwietnia 2014)
Pojedyncza noc spędzona we Wrocławiu. Mimo mojej szczerej sympatii dla PKP, muszę niestety przyznać, że niektóre połączenia nie należą do udanych. A innych mi brakuje. Stąd też plan zawitania na tę jedną noc do Wrocławia. Dobrą noc.

Przystanek 4 – Pustelnia (22 – 25 kwietnia 2014)
Mocne dni. Udowodniłam sobie i Kobyłce, że jest ona rowerem górskim bez cienia wątpliwości. Podrapałam nogi, nauczyłam się zasypiać o 20 i wstawać przed budzikiem o 6. Zadbałam o siebie i o Kobyłkę – nie sądziłam, że czyszczenie łańcucha może być zajęciem tak wyciszającym. 


Przystanek 4 – Trzebnica (25 – 27 kwietnia 2014)
VIII Trzebnicki Maraton Rowerowy „Żądło Szerszenia”. Spotkanie z mamą i z ludźmi, których nie widziałam dłużej lub krócej. Nowe owocne znajomości, setki uśmiechów. I pokonanie pierwszej granicy. 150 km w ok. 6 h. Nie myślałam nawet, że jestem w stanie tego dokonać, zakładałam gorszy wynik. W uzyskany nie mogłam uwierzyć do tego stopnia, że przez kolejne 24 h zanudzałam dziewczyny kolejnymi informacjami na temat mojego osiągnięcia. Wszystkie trzy wyjechałyśmy z Trzebnicy uhonorowane Oskarami. 

Przystanek 5 – Pustelnia (27 kwietnia – 4 maja 2014)
Parę dni z kimś, większość w towarzystwie czworonoga i roweru. 100 km po górach z mamą – były momenty, gdy jej największym życiowym szczęściem był fakt, że znajdowała się za daleko, bym mogła zrobić jej krzywdę. Fantastyczne podjazdy, cudowne zjazdy, zapierające dech w piersiach widoki i prędkości. Było pięknie


Dwa ostatnie dni spędziłam odcięta od świata pierzyną białej mgły, deszczu, wiatru i chłodu. Nieprzerwanie w piecu trzaskało drewno. Czytałam, spałam, odpoczywałam. Nawet pies nie chciał wychodzić na spacery. Ostatniego wieczoru niebo się przetarło. Założyłam buty (które przemokły po pierwszym kontakcie z mokrą trawą), dwa swetry, wzięłam w rękę aparat i wdrapałam się na Górkę. Góry żegnały mnie na czerwono zachodem słońca, który dawał nadzieję na piękniejsze jutro. 



Powrót (4 – 5 maja 2014)
Krótki pobyt w mieście rodzinnym, chwila w pracy, rozmowa z jedną z naszych Maturzystek. Pociąg i powrót do najpiękniejszego z brzydkich miast – Szczecina, który wydał mi się nagle jeszcze mniejszym, niż był.
Pozostały mi wspaniałe wspomnienia, koszulka z rowerem, Oskar i plik biletów kolejowych, które pozwalają mi uporządkować ten miesiąc, nadać mu chronologię. 


Przede mną kolejne podróże – wielkie i mniejsze. Kolejne plany do zrealizowania. A we mnie ogromna nadzieja, że jutro istotnie będzie piękne. I poczucie siły, które dają mi ludzie wokół mnie – ci, którzy we mnie wierzą, niezależnie od wyzwań, jakie stawiam przed sobą.
Pierwszą podróż życia mam za sobą, czas planować kolejne…

6 komentarzy:

consek pisze...

Pierwsza, bardzo ciekawa.. a następne niech dostarczą równie dużo satysfakcji :)

Marta Bielak pisze...

e no, piknie jest!
podziwiam wytrwałość i siłę :*
ale, że byłaś we Wrocławiu i nic nie powiedziałaś to w zębory się należy!! (;

Karolina W pisze...

Piękna podróż. I rzeczywiście jest podróżą życia i z życiem. Super. Bardzo wciagajaco czytało się Twój opis.

Chuda pisze...

Jeszcze nie raz, nie dwa będę. W dodatku może nie aż takim ekspresem, jak tym razem ;)

Chuda pisze...

Dziękuję :)
Mam nadzieję, że nie jedna taka podróż jeszcze przede mną.

Marchev ka pisze...

Niesamowita podróż. Gratuluję i cieszę się ze szczęśliwego powrotu!