czwartek, 1 maja 2014

Trzebnicki Maraton Rowerowy

Trzebnica już chyba zawsze będzie kojarzyła się z polami pachnącego żółtego rzepaku. Gdy odwiedzałyśmy miasto rok temu pola właśnie zaczynała się zabarwiać. Tym razem, pewnie z powodu wcześniejszej wiosny rzepak był już w pełnym rozkwicie.

Do miasta dojechałyśmy tym razem z różnych kierunków. Ja pociągiem ze Szczecina i potem kilka kilometrów rowerem, Chuda i Gui - z Wrocławia. Nim dziewczyny dojechały, zdążyłam zameldować nas w pokoju hotelowym, zmówić śniadania i przywitać się z nadjeżdżającymi z różnych stron znajomymi, z niektórymi jechałam już od Szczecina, więc podróż minęła mi zaskakująco szybko. Piątek był bardzo radosnym dniem, gdyż spotykaliśmy się po zimie na pierwszym w tym sezonie maratonie. Wszystko jednak przestało być istotne, gdy nadjechały dziewczyny, wszak z Gui nie widziałam się od ferii zimowych. Gdyby nie zmęczenie i świadomość, że w sobotę mamy do przejechania 150 km, to pewnie przegadałybyśmy całą noc. Bo tematów nigdy nam nie brakuje. Matura Gui, plany wakacyjne, domowe nowinki, przebieg trasy... O 22.00 Gui zarządziła cisze nocną.
W sobotę zjadłyśmy pyszne śniadanko przygotowane w naszym pensjonacie i ruszyłyśmy na linię startu. Po nocnej burzy pozostało tylko wspomnienie i rześkie powietrze. Pogoda zapowiadała się wymarzona na śmiganie po drogach. Ruszałyśmy o różnych porach, ale istniało duże prawdopodobieństwo, ze trafimy na siebie na trasie.
Każda z nas miała inny cel, jechała z innymi myślami, planami. Chuda podeszła do sprawy ambicjonalnie- dużo trenowała i chciała przejechać swoje pierwsze 150 km, dla Gui celem było: dojechać do mety. Myśli pewnie zaprzątnięte miała zbliżającą się maturą.
A ja... no cóż... dla mnie ważna jest droga... spotkanie z sobą.
Trasa maratonu biegła tak, jak w ubiegłym roku, więc przynajmniej pierwsze 40 km jechałam znaną sobie drogą. Początkowo chciałam nawet zastosować się do rad koleżanki i nie oglądać "kwiatków i widoczków". Szybko okazało się jednak, że jest to niemożliwe. Urzekły mnie najpierw barwne kwadraty pól, potem Dolina Baryczy. Nad Stawami Milickimi przyglądałam się czapli stojącej bez ruchu przy brzegu, płynącym po wodzie łabędziom i kaczkom. Słuchałam klekotów, poćwierkiwań, gwizdów. Nagle wszelkie dźwięki zostały zagłuszone przez tęskny rechot setek żab. Brzmiały niesamowicie przejmująco.
Dalej gapiłam się na potężne dęby. Teraz już wiem, że to dęby, bo gałązki pokryte były młodymi jasnozielonymi, lśniącymi listeczkami (rok temu liście były dopiero w zawiązkach) I w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, że... na asfalcie nie ma dziur, które rok temu utrudniały mi obserwację koron drzew.
Potem przez chwilę jechałam w towarzystwie i widziałam przede wszystkim tylne koło mojego towarzysza. Na punkcie żywieniowym zamajaczyła mi różowa koszulka Gui, zatrzymałam się więc i ja. Zamieniłyśmy kilka słów i jakiś czas jechałyśmy razem. Szybko się jednak okazało, że mamy różne tempo i za którymś zakrętem już nie widziałam za sobą charakterystycznego różu...
Wjechałam w sosnowy las tu i ówdzie poprzetykany białymi pniami brzóz i delikatną zielenią listeczków tychże. O ile korona lasu była dwubarwna, a tyle poszycie mieliło się wszelkimi odcieniami brązów i zieleni: od rudości owocni mchu płonnika, przez khaki całych połaci tegoż płonnika i innych mchów, dalej jasną świeżą zieleń młodych liści jagód, rozwijające się ślimakowo paprocie po srebrzysto zielone chrobotki. Gdzieniegdzie zakwitały żółte, niebieskie i białe kwiaty. Gdy w którymś przydrożnym rowie zauważyłam dzikie konwalie, mało nie spadłam z roweru. Wokół wszystko pachniało.... wodą, rzepakiem, bzem,
Niewielkie wioski witały fioletowymi i białymi bzami, ukwieconymi biało i różowo jabłoniami, czerwonymi tulipanami i przede wszystkim radosnymi krzykami dzieci.
Potem znów jakiś czas jechałam z Gui, ale gdy zaczęły się pagórki, Młoda została z tyłu.
Góra Prababka, którą straszono nas od roku okazała się przyjemnym pagórkiem, o wiele niższym i łagodniejszym niż podjazd pod Domek pod Orzechem w naszych Izerach. Żadna z nas nie miała większego problemu z wjazdem, a Chuda pojechała na tyle dobrze, że jej przechwałek musiałyśmy słuchać cały wieczór i niedzielny poranek ;)
Na trasie spotykałyśmy znajomych, tych całkiem bliskich i tych , z którymi spotykamy się tylko czasami. Tych , których spodziewałyśmy się spotkać i tych, których pojawienie się było zaskoczeniem.
Na metę wjeżdżałyśmy co 15 minut. Szybko posiliłyśmy się pyszną grochówką i pojechałyśmy do pensjonatu umyć się i zmienić ubrania, bo przecież na podium musimy prezentować się bez zarzutu.

Całę popołudnie i wieczór spędziłyśmy na rozmowach, wesołym przekomarzaniu się i złośliwych docinkach. Organizatorzy "Żądła Szerszenia" i znajomi zadbali, byśmy się ani chwili nie nudziły. Wieczór przeciągnął się w noc, już w pokoju w łóżkach dzieliłyśmy się emocjami, marzeniami, spostrzeżeniami. I ciągle miałyśmy za mało czasu dla siebie. A „oskarowa mowa” Gui będzie hitem prze następne tygodnie.
W niedzielę obudziłyśmy się dosyć wcześnie, ale nadal rozmawiając dopiero o 9.00 zaczęłyśmy się pakować. Nim wsiadłyśmy do pociągu , usiadłyśmy jeszcze w cukierni, wypiły kawę i posiliłyśmy się pysznym ciastem- na pizzę zabrakło już czasu.


Na dworcu we Wrocławiu pożegnałyśmy Gui i wsiadłyśmy do TLK Śnieżka, która zawiozła nas w góry. 

4 komentarze:

mago nia pisze...

dla takich wspomnień warto jeździć na takie zloty :)

Ruda pisze...

Właśnie tak :)

Inkwizycja pisze...

Dziewczyny, jesteście wielkie! I tak cudownie pozytywnie szalone ;-))
Ściskam ;)

Marchev ka pisze...

Świetna relacja i niesamowite przeżycia. Przez moment poczułam, jakbym tam była z Wami :))))