niedziela, 15 czerwca 2014

Bez deszczu ani rusz- Pętla Drawska

A jeszcze tydzień temu wydawało się, że tym razem się uda i kolejny maraton przejedziemy w ciepełku. O naiwności! Widać w tym roku deszcz wpisany jest w nasze starty. Ale o tym później. 
Na Pętlę Drawską zawitaliśmy po raz trzeci, tzn. ja zawitałam trzeci raz, bo Chuda dopiero rok temu zaczęła starty. 

Tradycyjnie rozlokowaliśmy się na hali sportowej "w swoim kącie". Mam wrażenie, że na poszczególnych halach mamy już swoje stałe miejsca i niedługo będziemy oburzeni, jeśli ktoś będzie miał czelność zająć naszą miejscówkę ;) Powoli zaczęli zjeżdżać znajomi, więc piątkowy wieczór naznaczony był powitaniami i rozmowami na materacach i na krzesełkach w korytarzu, te krzesełka w jakiś dziwny sposób sprzyjają nocnym rozmowom o planach, przeżyciach, marzeniach... Rozsądek nakazuje jednak nie przedłużać spotkań, bo przecież następnego dnia trzeba wystartować. A my z Chudą mamy przed sobą 152 km po Pojezierzu Drawskim. 

W sobotę hala budzi się o świcie. O szóstej panuje już wzmożony ruch, co jest o tyle dziwne, ze starty przewidziano od 9.00. Widać jednak, ze rowerzyści to w większości skowronki, co nie dotyczy mojej rodzinki, bo tu tylko ja jestem skowronkiem. I gdy moi bliscy jeszcze smacznie śpią, ja wypijam pierwsza kawę i prowadzę pierwsze poranne rozmowy. Korytarz się zapełnia, gdyż część uczestników imprezy zdecydowało się przyjechać dopiero w sobotę i teraz stoją w sporej kolejce po odbiór pakietów startowych ( a w pakietach różne różności- koszulka w twarzowym żółtym kolorze, poręczny bidon dla takiego rowerzysty jak ja, co to przez 100 km wypija 300 ml płynu, niezwykle ciekawy folder o maratonie oraz kupony na jedzonko i pamiątkowy numer startowy). 
Potem przygotowuję śniadanie i kawę dla bliskich, budzę ich i wspólnie jemy śniadanko, kończymy akurat tak, by zdążyć na odprawę techniczna, która jak zawsze w Choszcznie rozpoczyna się punktualnie, jest krótka i do bólu zwięzła ( ta choszczeńska punktualność i perfekcyjność bardzo mi odpowiada).
O 9.00 Chuda idzie "wystartować" swojego mężczyznę, a my szykujemy się powolutku do startu- mamy dużo czasu, bo ruszamy dopiero po 10.00. 
Z niepokojem spoglądamy w niebo, które zda się coraz ciemniejsze i bardziej mroczne... 
Tuż przed moim startem spadają pierwsze krople. Na razie pojedyncze... Na rynku pachną lipy, a to przecież dopiero połowa czerwca.

Ruszam razem z koleżanką. Przez pierwsze kilometry trzymamy się grupy, chłopcy mają jednak za silne tempo i pozwalamy im odjechać. Jeszcze przez chwile jedziemy wspólnie, potem każda jedzie swoim tempem. Moje jest wolniejsze...
Zostaję sama. Tylko ja, droga i... deszcz.  Ulewa nadchodzi nagle i jest niezwykle intensywna. W kilka minut przemakam do skarpetek. Już nie kłócę się z Instancją Wyższą, bo mam w pamięci burzę z Radkowa. Przyjmuję deszcz jako coś oczywistego. No przecież w tym roku po prostu deszcz, zziębnięcie i ból wpisane są w maratony.  Jadę więc w deszczu ... skupiona mijam kolejne kilometry. Nawet nie zauważam, kiedy przestaje padać. szybciej niż zwykle osiągam ulubiony stan wyciszenia emocji, spotkania z tym, co nie nazwane... na co nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. 
Ze skupienia budzą mnie pierwsi mijający mnie koledzy, ziut, ziut i już ich nie ma... Ale potem na pierwszym podjeździe zaczynam mijać tych, którzy nie lubią górek. Nogi mi marzną w mokrych skarpetkach. Zatrzymuje się i wrzucam je do kieszeni, dalej jadę w samych sandałkach (jak dobrze, że są tak wygodne!) 

Zza chmur wygląda słońce, świat pachnie lipą, dziką różą i jaśminem. Czasami kwiatowe aromaty mieszają się z wonią dojrzewającego rzepaku i mokrego , parującego lasu. Zrywa się wiatr. Wieje prosto w twarz (ale tego się spodziewaliśmy - prognozy wskazywały, że będziemy mieć spory północny wiatr). Co jakiś czas łapię się komuś "na koło". Chowam się od wiatru i odpoczywam.  Pagórki trzeba jednak pokonać w swoim tempie, a morena czołowa potrafi zaskoczyć przewyższeniem.  Znów jadę sama. Podziwiam ukryte miedzy wzgórzami jeziorka i strumienie. W wodzie odbiją się wzgórza, słońce i chmury. A ja przypominam sobie, gdy jeździliśmy tędy na Śląsk i planowaliśmy, że kiedyś przyjedziemy na kilka dni pod namiot . Będziemy biwakować nad jeziorem. Zamiast tego pokonujemy Pojezierze rowerami. 
Do punktu żywieniowego dojeżdżam w niewielkiej grupie i razem z nią ruszam dalej. Praktycznie do końca będziemy się mieszać, dojeżdżać do siebie i gubić się na podjazdach. Jeszcze do Łobza wieje w twarz. Potem 50 km wiatru w plecy. Odczuwam dziecięca radości z pędu, szybkiej jazdy, wolności. Znowu mam towarzystwo. 40 km szybkiej jazdy, rozmów. Doganiamy kolejną osobę i jedziemy w troje. Ale dla mnie tempo jest mordercze. Zostaje 10 km do mety, a ja widzę już tylko plecy moich towarzyszy. Są coraz dalej, dalej... Jeszcze tylko 10 km wysiłku... Minuty na liczniku pędzą. Zbliża się 6 godzin w siodełku, a ja założyłam, że tę trasę pokonam w 6 godzin. 5.55, 5,56- widzę wieżę kościoła. 5.57- ostatnie rondo. 5.59- meta. Licznik zatrzymuje się... Wygrałam z sobą , z bólem. 
Na mecie dziękuję chłopakom za wspólną jazdę. Żartujemy, przekomarzamy się. 
Czekamy na Chudą, która startowała po mnie i teraz powinna już dojeżdżać do mety. Trochę to trwa. 
Wreszcie jest i zielona bluza Chudej.  Oddycham z ulgą. Teraz możemy iść na pyszny obiad, który tu w Choszcznie jest zawsze niesamowicie smaczny i pożywny. 

Czas zwalnia... Dołączamy do towarzystwa na plaży nad jeziorem, gdzie czekają na nas kiełbaski  i kaszanka z grilla (karkówki zabrakło) . Witamy kolejnych znajomych, wymieniamy się wrażeniami z trasy. Ten zmókł, ten się zgubił, ten złapał gumę. I tak aż do 20.30, gdy (znów punktualnie, co do minuty) rozpoczyna się wręczenie nagród. (w konkurencji mama kontra córka tym razem wygrała mama)
A potem hala pustoszeje, większość uczestników rozjeżdża się do domów. My lubimy czas maratonowy rozciągać, więc  zostajemy na noc. Nigdzie się nam nie spieszy, rozmawiamy z tymi, którzy zostali, porządkujemy myśli, wspomnienia... 
Kolejny maraton dobiega końca. W niedzielę wyjeżdżamy przed ósmą. Jeszcze ostatnie spojrzenie na kościół w Choszcznie, potem żółknące pola jęczmienia, most na Redze- wąskiej jak rów melioracyjny i jesteśmy coraz bliżej domu...
Następny maraton już za tydzień. 

13 komentarzy:

Marchev ka pisze...

Serdecznie gratuluję, jesteście niesamowici!! :)

Adam Gulbinowicz pisze...

a ja poproszę o zdjęcie triumfalnego wjazdu z Czesławą ..

Ruda pisze...

Jest w galerii, wystarczy kliknąć :) https://plus.google.com/photos/117183766815930747129/albums/6025087111031210929?authkey=CNPVxceEl8T7Xw

Anonimowy pisze...

...właśnie po to tam się jeżdzi, gratuluję i podziwiam. Jacek Oskulski

Chuda pisze...

Jeszcze raz dziękuję za te ostatnie 50 km. I identyczny wynik. ;)

Trajbajowa pisze...

Przeczytałam z zapartym tchem. Świetna sprawa udział w takim maratonie :)

Inkwizycja pisze...

Wiesz... jak czytam te opisy maratonów, to mam przed oczami Wasze filigranowe, drobniutkie postaci... i zastanawiam się, skąd w takich drobinkach tyle samozaparcia, siły, MOCY ;-))) Fantastyczna pasja ;-) Aż mi się chce wskoczyć na rower i popędzić przed siebie z rozwianym włosem... ale potem kończy się, jak zwykle...;)
Ściskam Was czule ;)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Trwam w podziwie, naprawdę, bo to wyczyn nie lada, ile trzeba mieć sił, a Wy przecież drobne kobietki, a mocne i wytrwałe; pozdrawiam.

consek pisze...

no to w końcu wygrała mama, czy też jak mówi Chuda miałyście identyczny wynik:? ;) w sumie tak czy siak podziwiam nieustannie Wasz zapał :)

Ruda pisze...

Byłam szybsza o 20 minut, a ten identyczny wynik dotyczył Adama, z którym wjechała na metę :)

consek pisze...

oho... AŻ o 20 min?... no to musiałaś mieć tempo zabójcze :)

mago nia pisze...

a- ha!... no to jeszcze raz gratuluję :)

Karolina W pisze...

Ale fajnie. Jesteś niesamowita. Przełamujesz samą siebie i własne ograniczenia. Kurde podziwiam :) i gratuluję.