czwartek, 19 czerwca 2014

Sesja zdjęciowa poziomki

Poranek. Przyglądam się śpiącej Gui. Znów mam ją przez kilka dni dla siebie. Przytulam ją, powoli wchodzimy w dzień.  Pijemy kawę z pianką, smażę jajko z zieleniną. Koło 10.00 podejmujemy decyzję, ze jedziemy na wycieczkę bez względu na pogodę, na przekór wzmagającemu się wiatrowi i wiszącej nad miastem ciemnej chmurze. Ślubny kręci nosem. Miał jechać, ale odechciało mu się. Dostaje zlecenie przygotowania obiadu. My starujemy. Tempo wycieczkowe, bo wiatr wieje nam prosto w twarz, Nie rozmawiamy zbyt dużo, ot jakaś uwaga rzucana tu i ówdzie. Ulotna myśl, która trzeba podzielić się natychmiast, zanim zniknie.  Na parowach rosną poziomki. Opowiadam Gui o tych, które rosły na Pojezierzu Drawskim, ona przypomina sobie maraton w Zieleńcu. Śmieję się, bo tam pod Drawskiem właśnie o niej i tamtym maratonie myślałam… Często mamy takie same skojarzenia, nie musimy nic mówić, rozumiemy się bez słów.

Po zjeździe z głównej drogi zatrzymujemy się w lesie. Obie wiemy, że teraz nastał dla nas czas poziomek, zrywamy owoce, głębiej są także jagody. Głośno wyrażamy zachwyt nad smakiem i aromatem leśnych skarbów. I nagle, ach, zjemy wszystkie i nawet nie sfotografujemy! Została jedna śliczna poziomka. Wyjmuję aparat, pstrykam kilka fotek. Gui robi zdjęcia telefonem:
- Muszę na instagram wrzucić! Otagować. Jak jest po angielsku poziomka?
Śmiejemy się beztrosko. Po chwili wsiadamy na rowery. Już jest łatwiej, jedziemy lasem, nie odczuwamy wiatru. W Gostyniu trafiamy na procesję Bożego Ciała. Przyglądamy się ludziom, sztandarom. Chyba cała wieś wyległa na drogę. Zastanawiam się, ile w ludziach wiary, a ile potrzeby pokazania się na wsi, uniknięcia ostracyzmu wiejskiego.  Zaczyna padać.
Po  drodze ustalamy menu obiadowe. Początkowo miała być zupa rybna lub coś innego z ryby, ale to był plan na wycieczkę z Ślubnym. Decydujemy się na coś słodkiego na ciepło. Gui proponuje sernik na ciepło. Dojeżdżamy do Pobierowa. Pierwsza kawiarnia , jaką widzimy oferuje naleśniki i tu zostajemy. W lodziarni „Melba” ustawiamy rowery pod parasolami, zamawiamy kawę i naleśniczki. Na ladzie ustawione są dwa słoiczki: „Zbieramy na wakacje” i „Zbieramy na studia”. Gui zauważa, że w pierwszym leży trochę drobniaków, drugi pusty.
-Nikt nie chce sponsorować naszego kształcenia.- martwi się dziewczyna za ladą.
My ciągle w świetnych humorach wrzucamy drobne do obu słoiczków.

Naleśniki pyszne. Kawa też. Obserwujemy ruch na drodze. Po przeciwnej stronie ulicy kramy z ubraniami, Gui chce sobie kupić spódnicę, ale nie znajduje odpowiedniej. Siąpi , mimo to obchodzimy stoiska z starociami i rękodziełem– tak miało być z założenia- jak przeczytałam wczoraj na stronie gminy Rewal. W rzeczywistości jest po trosze wszystkiego. Są i stare filiżanki, meble, jak i rękodzieło, domowe przetwory. Generalnie mało stoisk. Ale targi przewidziane na kilka dni, więc może się rozkręcą. Na stoisku z drewnianymi zabawkami nie wytrzymuję i kupuję drewnianą grzechotkę- sprezentuję ją bratanicy Ślubnego.

Jeszcze zjazd nad Bałtyk, bo przecież bez morza nie ma dla nas wycieczki. Kilka zdjęć wzburzonych fal, ciemnych chmur i ruszamy do domu. Teraz jedzie się świetnie, pada, ale wiatr pcha nas do domu.

- Mamy piękną rowerową pogodę- stwierdza Gui- nie bardzo piękną, ale piękną.
- My to jednak nienormalne jesteśmy. Cieszyć się z jazdy w deszczu, gdy kapie z kasków.- podsumowuję.
- Nie… no może… troszeczkę.
W okolicach Rogoziny ktoś nam macha z samochodu z rowerami na dachu. Okulary mamy zachlapane. Nie dostrzegam twarzy, ale odmachuję. Prawdopodobnie ktoś z maratonowych znajomych przyjechał już na sobotnią imprezę w Niechorzu. Mamy wszak długi weekend. Można go było wykorzystać na rodzinny wypad nad morze, a przy okazji wziąć udział w maratonie.

Do domu dojeżdżamy przemoczone, ale w euforii. Ślubny czeka z obiadem. Teraz zajął się czyszczeniem naszych rowerów, my odpoczywamy.

Jutro zrobi się w domu hałaśliwie i wesoło- będzie Chuda z partnerem, przyjedzie też partner Gui. Dzisiaj jednak mamy jeszcze czas dla siebie. 

8 komentarzy:

Karolina W pisze...

Piekna wycieczka. A smak leśnych poziomek bezcenny.

Niania w Paryzu pisze...

Fajne zdjęcia, przepyszne menu! I ta wycieczka. Pozdrawiam Akacjo serdeczńie.

consek pisze...

jednym słowem dzień można zaliczyć do przeżytych a nie straconych :).. bo tyle widoków i wrażeń :)

Ruda pisze...

Smak to jedno, a wspomnienia, które się z nim wiążą, to drugie...

Ruda pisze...

Zazwyczaj rzucamy się na gofry, tym razem były naleśniki i to był dobry wybór :)

Ruda pisze...

Tak, to był intensywny dzień, na emocjach. Tak, jak lubię :)

Inkwizycja pisze...

Jaki piękny post ;) Taki pogodny... ciepły - mimo deszczu i wiatru. Jakie jesteście fajne, dziewczyny ;-)))

Anonimowy pisze...

chwilo trwaj !!!!!!!!!