poniedziałek, 14 lipca 2014

Ogród Japoński i Kraina Miniatur

W ramach Dnia Dziecka dostałam od Rudej groupon dla dwóch osób do Krainy Miniatur. Wiedziałam, że mojego M. tam nie wyciągnę, bo to leniwa klucha jest i miałam obawy, że nie będę miała z kim wykorzystać kuponu. Na ratunek przybyła mi koleżanka, która w czasie wakacyjnych wojaży miała siedmiogodzinną (sic!) przesiadkę we Wrocławiu i bardzo chciała zobaczyć sąsiadujący z Parkiem Miniatur Ogród Japoński. Po jej przyjeździe wsiadłyśmy więc w autobus na Wielką Wyspę i wysiadłyśmy przy Hali Stulecia.
Na pierwszy ogień poszedł Ogród Japoński. Bilety całe 4 zł i ulgowe – 2 zł. Cena zdecydowanie odpowiadająca ilości atrakcji. Ogród niestety jest niewielki. Spodziewałam się trochę więcej obiektów odpowiednich do klimatu. Do ogrodu wchodzimy przez bramę i przechodzimy obok kaplicy, obie w klimacie orientalnym. Większość obszaru ogrodu zajmuje jezioro, które możemy przekroczyć dwoma mostkami. To, co wywarło na mnie najgorsze wrażenie to woda w jeziorze. Japonia kojarzy nam się z pedanterią. W filmach i anime tego typu jeziora były krystalicznie czyste. Nie wiem, na ile był to rzeczywisty obraz, ale nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Woda w jeziorku we wrocławskim Parku Japońskim jest brązowa, zamulona, przy brzegach osiada się syf.




Nie skupiajmy się jednak na wadach. Bardzo przypadła mi do gustu możliwość przejścia po kamieniach, z których utworzono ścieżkę na wodzie. Pozostałe ścieżki też przemierza się z przyjemnością dzięki otaczającej nas zróżnicowanej florze. Wśród prawdziwych japońskich roślin znajdziemy też kilka „naszych”, jednak postarano się żeby całość oddawała orientalny klimat.  Również o faunę zadbano. Jeśli się dobrze przyjrzymy, w jeziorku pływa pełno czerwonych, błyszczących rybek. Jeśli mamy szczęście, pokażą nam się również wielkie karpie.
Podsumowując: Ogród Japoński na pewno warto odwiedzić, gdyż cena biletu jest niewielka. Nie spodziewajmy się jednak za wiele, bo możemy się zawieść.
Po zwiedzeniu pierwszego parku usiadłyśmy przed fontanną na Hali Sulecia albo odpocząć i poczekać na pokaz o pełnej godzinie. Obejrzałyśmy niedługo taniec strumieni wody i ruszyłyśmy dalej.
Przed wejściem do parku miniatur nie spotkałyśmy nikogo, pomimo, że był on widocznie otwarty. Jako że bilety miałyśmy już opłacone, zdecydowałyśmy się wejść, a kupon okazać przy wyjściu.
Pierwszy w oczy rzuca się Kościół Mariacki z Krakowa. Po za nim zobaczymy między innymi miniatury latarni morskiej z Kołobrzegu (chociaż lepszą znajdziemy w niechorskim parku miniatur latarni morskich), Sejmu RP, Dworca Głównego we Wrocławiu i kilku zabytków województwa dolnośląskiego. Największym zaskoczeniem Krainy Miniatur są… ogromny stół i krzesła, oraz buty olbrzyma. Podejrzewam, że cieszą się dużą popularnością wśród dzieci. I my nie odmówiłyśmy sobie zdjęcia przy nich.








Ze wszystkich miniatur najbardziej podobała mi się ta wrocławskiego dworca, pewnie dlatego, że bardzo podoba mi się sam budynek. Koleżanka natomiast wydawała się zafascynowana małymi ludzikami postawionymi przy każdym budynku.

Krainę Miniatur również warto odwiedzić szczególnie z dziećmi, zwłaszcza, że tuż obok jest jeszcze Dinopark, nie wspominając już o sąsiadującym ZOO.


Przypominam o blogowym konkursie. Jak wspomniała Ruda, zaczęłam bawić się w haft sutaszowy. Oto pierwsze efekty moich starań:

4 komentarze:

consek pisze...

byłam w tym ogrodzie u na początku jesieni, wówczas było tam przepięknie, choć rzeczywiście obszar nie jest wielki.. w parku miniatur nie byłam... a kolczyki z sutaszu bardzo piękne :) zdolniacha z Ciebie :)

Guitarowa pisze...

Ja pewnie zajrzę ta, jeszcze nieraz.
I dziękuję za komplement :)

kethryveris pisze...

no niestety uroki małych i płytkich zbiorników wodnych, które bardzo łatwo kwitną:/ a o istnieniu parku nie miałam zielonego pojęcia a we wrocku od urodzenia jestem :P

Marchev ka pisze...

Wrocław ciągle za mną łazi i chyba w końcu będę musiała tam dotrzeć. Ciekawy ten park miniatur, natomiast obiekty botaniczne są mi raczej obojętne ;)