czwartek, 17 lipca 2014

Bałtyk - Izery, czyli o tym jak Ruda wsiadła na rower...

Wstałam o świcie. Zjadłam obfite śniadanie i, gdy słońce właśnie wychylało się zza linii horyzontu, ruszyłam przed siebie. Niewiele osób wiedziało, jaki mam plan i o czym marzę. Chyba sama nie do końca wiedziałam, na co się porywam i co zamierzam.
O przejechaniu z Trzebiatowa w Izery rozmawiałyśmy z Gui już dwa lata temu, ciągle jednak brakowało nam czasu, zamiast tego miałyśmy rok temu Bornholm, a i w tym roku coś nieco planujemy.
Miałam wytyczoną trasę, odpowiednią pogodę i dobrze przygotowany rower. Plan był wyjątkowo prosty- jechać na południe póki się da, potem gdzieś się przespać i jechać dalej. W razie spadku formy- znaleźć stację kolejową. Nim się spostrzegłam, wyjechałam poza doskonale znane trasy i trzeba było pilnować drogi.

W Maszewie wypiłam poranną kawę na stacji benzynowej. Minęłam Stargard Szczeciński, teraz wiedziałam już, że nie wsiądę do żadnego pociągu.
Za Stargardem zaczęły się przygody. Najpierw droga skończyła się wykopem- budowano nowy most. Na szczęście rower lekki, a ja niewielkich rozmiarów, jakoś udało mi się między spychami i koparami przedostać na drugą stronę. Jakiś czas jechałam trasa Pętli Choszczeńskiej (tylko jakby pod prąd). Potem szlak rowerowy okazał się bitą leśną drogą, którą jechałam 10 km aż do Dankowa (dla moich zielonych szosowych oponek było to nie lada wyzwanie). Lasy gorzowsko-barlineckie były jednak na tyle piękne, że i jakoś nie byłam zbytnio zła. 

Niestety, kolejna droga okazała się wielokilometrowym brukiem, który był chyba jeszcze gorszy od ubitej ziemi. Tym razem dotarłam do Santoczna. Tu już zrezygnowałam z dalszych eksperymentów i asfaltem dojechałam do Różanek. Z tą niewielką miejscowością mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat. Na hali sportowej w Różankach urządzono nocleg w czasie maratonu gorzowskiego i spędziłyśmy tam z Gui przesympatyczny weekend.

Kolejnym dziurawym asfaltem dotarłam do Janczewa i dalej do Santoka. Widok z mostu w Santoku był tak niesamowity, że zatrzymałam się i zrobiłam zdjęcia. Dopiero później, przyglądając się mapie, uświadomiłam sobie, ze widziałam miejsce, gdzie Noteć wpływa do Warty. W widłach postawiono wysoki krzyż. W Skwierzynie byłam ok. 16.00. W sam raz na porządny obiad.
Przez wiele lat przejeżdżaliśmy obok niewielkiej restauracji z kucharzem przed wejściem. Nigdy tam nie jedliśmy, bo mieliśmy sprawdzone miejsce w Rosinie. Po wybudowaniu S3 żadna z nich nie jest już na naszej trasie.
Postanowiłam się zatrzymać. Miło, schludnie. Kelnerka zaproponowała mnóstwo pyszności, w tym ulubione pierogi Chudej- z jagodami. Mnie jednak słodkie dania dziś nie satysfakcjonowały. Potrzebowałam konkretnego obiadu. Szef kuchni polecał karkówkę w sosie. Skusiłam się i to był dobry wybór. Najedzona i wypoczęta kontynuowałam podróż. Tylko Ślubny już marudził, żebym noclegu szukała. Bał się o moją kondycję. W Skwierzynie wjechałam na tzw. starą trójkę. Pusto, spokojnie- najszersza droga rowerowa w Polsce. Sporo rowerzystów, za to samochodów jak na lekarstwo. Nadal świetnie się jechało w lekkim słońcu przy zachodnim wietrze. Dojechałam do Gościkowa. 
Kiedyś było tam schronisko młodzieżowe, ale było to kiedyś... Teraz polecono mi noclegi nad jeziorem w Nowym Dworze. Znowu bruk... ( w sumie mogłabym jechać dalej, ale przecież obiecałam Ślubnemu, że w Gościkowie znajdę nocleg). Niestety camping, jaki mi polecono miał pełne obłożenie. Zrezygnowana jechałam przez wioskę, gdy dostrzegłam tabliczkę „wynajem pokoi”. Skręciłam na ukwiecone podwórko. Przed zachodem słońca piłam herbatę w niewielkim pokoiku z widokiem na rozlewisko. Mili gospodarze zajęli się moim rowerem, który wstawili do holu, abym rano nie musiała nikogo budzić.


Położyłam się spać... i wtedy uświadomiłam sobie, że coś mi przeszkadza zasnąć... wyjrzałam przez okno, spojrzałam na wschodzący księżyc, wsłuchałam się w ciszę... no właśnie... to nie była cisza... Trochę trwało nim uświadomiłam sobie, że słyszę odgłosy autostrady A2, która biegnie jakiś kilometr dalej. Cóż zatyczki do uszu i zasnęłam.
Drugi dzień wyprawy, choć krótszy, wcale nie był łatwiejszy. Odczuwałam już zmęczenie, zmienił się wiatr, a słońce przygrzewało.
O 5.00 stałam na schodach przed domem i rozważałam: miotła czy jednak rower. Zostałam jednak przy rowerze. 

W Świebodzinie zatrzymałam się na stacji benzynowej, aby zjeść śniadanie i wypić kawę. Potem wjechałam do miasta. Zazwyczaj jadąc samochodem, mijamy kolejne miejscowości obwodnicami. Nie zatrzymujemy się, nie mamy okazji zajrzeć w głąb cichych uliczek. Dojechałam do rynku z ratuszem na środku i... ławeczka Niemena. Pstryknęłam kilka fotek i ruszyłam dalej. Miałam zamiar sfotografować i słynnego Chrystusa, ale z powodu objazdu znalazłam się na obwodnicy. Starą trójką dojechałam do Sulechowa. Dalej droga prowadziła przez Zawadę, Jany i Stary Kisielin- należało ominąć Zieloną Górę i znaleźć drogę na Kożuchów. Jechałam sobie przez lasy zielonogórskie. Pachniało igliwiem i kwiatami. 

Nagle przez wsią Jany moim oczom ukazała się dziwny widok- między drzewami stały stare, zniszczone nagrobki. Zatrzymałam się, gdyż takie miejsca mają niesamowitą aurę. W centralnym miejscu znalazłam tablicę informująca, ze oto znajduję się na starym ewangelickim cmentarzu, który uporządkowano dzięki funduszom unijnym.
Chwila zadumy i jadę dalej. Za wsią droga nr 279 skręca pod górę i … na bruk. Znowu?!
2 km mozolnej wspinaczki brukiem. Na szczycie okazało się, że można było tę górę objechać przez inną wioskę, ale tamtej drogi na mapie nie było.
Przed Kożuchowem dzwoni Ślubny, sprawdzić, czy żyję i jak się mam. Umawiamy się, że podjedzie po mnie do Lwówka, żebym najgorszego odcinka nie musiała się telepać ( mam wrażenie, że on nie może się już mnie doczekać i chce przyspieszyć moment spotkania). Chwilę potem widzę skutki czyjegoś zagapienia lub brawury- na środku drogi stoi samochód z wbitym centralnie motocyklem (prawdopodobnie kierowca samochodu wymusił pierwszeństwo) .

W planie miałam zatrzymać się w Kożuchowie na kawie, ale gdy wyobraziłam sobie, jak parno musi być w mieście, zatrzymałam się 5 km przed miasteczkiem na łące w cieniu krzewów dzikiej róży.
Zdjęłam buty, skarpetki wyciągnęłam nogi w górę...Błogość... Kot zajrzał do mnie, ale nie wzbudziłam jego zainteresowania. Gorzej z mrówkami- te były bardzo zainteresowane. Nic dziwnego, usiadłam na ich ścieżce...
Od Kożuchowa jechałam znowu doskonale znaną drogą, wszak co roku właśnie tędy mkniemy naszym samochodem. Zatrzymałam się dopiero w Bolesławcu, gdzie planowałam coś zjeść. Początkowo miał to być solidny obiad (bo przecież miałam dojechać do Gierczyna), stanęło na toście z szynką i ananasem.


Bolesławiec to kolejne z miast, które zawsze chciałam zobaczyć, a nigdy mi się nie udało. Wjechałam więc na rynek i zdziwiłam się, że jest taki ładny ( dotychczas miasto kojarzyło mi się z porcelaną i rozległym targowiskiem, które widuję z okien samochodu ), niestety nie zajrzałam do żadnego przyfabrycznego sklepu z porcelaną bądź fajansem, bo... no właśnie- jak przewiozłabym kolejną filiżankę?

Ostatnie 20 km to podjazdy i zjazdy i... zmiana pogody- zaczęło kropić. W Suszkach wreszcie zobaczyłam cel wyprawy- moje góry. Zaczęłam głośno krzyczeć ze szczęścia.
W Lwówku na stacji benzynowej czekał na mnie Ślubny...

Przejechałam w sumie ponad 420 km w ciągu dwóch dni. Było cudnie. Chwilami trudno, gdy trzeba było podjeżdżać po bruku, chwilami cudownie, gdy przez oczyma pojawiały się niezwykłe pejzaże- jeziora ukryte w lasach, rozległe pola kukurydzy, ziemniaków czy gryki. Pachniały ukwiecone łąki...
W sumie wyprawa okazała się łatwiejsza niż przewidywałam. Bolą mnie mięśnie, ale nie czuję się zmęczona, czy obolała. Przede mną kolejne kilometry tras, ale najpierw błogi odpoczynek w Domku pod Orzechem.

( A o tym jak wygląda „błogi odpoczynek” w następnym wpisie. )
P.S. Nigdy nie zapominajcie o smarze do łańcucha rowerowego- ja zapomniałam i pod koniec skrzypiał i zgrzytał. 

14 komentarzy:

kyja pisze...

super wycieczka! zazdroszczę:) i doczekać się nie mogę opisu "błogiego odpoczynku" w Domku pod Orzechem:)

ardiola pisze...

Jezu, nie wierzę. Toż to dopiero wyczyn! Gratuluję, jakby Tour de Pologne w zachodniej części.
Skoro już w domku, to pewnie na dłużej. Zapraszam do kontaktu ze mną, będzie miło się rozpoznać. Czekam na telefon 501 391 519.

Karolina W pisze...

Jesteś niesamowita. Opowieści wypraw czytam z zapartym tchem. Ogromny szacunek za podjęcie takiej wyprawy.

olka pisze...

Twardzielka z Ciebie... ale to przecież wiesz :) Gratuluję ! :)

Ruda pisze...

Telefon zapisałam, odezwę się, bo będę po Pogórzu śmigać :)

ivoncja pisze...

Aniu, jestem Twoją fanką! :)
W Szczecinie jest sklep firmowy z ceramiką z Bolesławca- wiem, że to nie to samo, ale łatwiej dowieźć. :)

Aleksandra Kot-Bytomska pisze...

Aniu... jesteś WIELKA!

Roman Pindel pisze...

Skasował mi się poprzedni koment i pisze go od nowa :(
Aniu, podziwiam Ciebie za spontan i realizację marzeń. Mnie czasami tego brakuje, a jeżeli się na to zdobędę to zwykle jestem szczęśliwy. Działania takie, często stawiają nas w niecodziennych sytuacjach, na które nie jesteśmy przygotowani i przez to odkrywamy, tak naprawdę siebie. Takie biblijne "wypłyń na głębię". I tak sobie myślę, że w życiu też o to chodzi, żeby się nie bać tego wszystkiego. Nasz silny charakter nam w tym wszystkim pomoże. Poza tym, bardzo jestem pod wrażeniem Twojej wielkiej wrażliwości na uroki miejsc, które przemierzasz, czy przemierzałaś. Mi często tego brakuje, i bardzo mocno koncentruję się na celu, czyli przejechaniu dystansu a nie poświęcam czasu na zatrzymanie się w ciekawych miejscach. Suche liczby z zapisu trasy w endomondo, nie oddają bynajmniej Twojego trudu, dopiero z opisu widzę jakim wysiłkiem okupiłaś zrealizowanie Twojego marzenia. Mam nadzieję, że będzie to dla Ciebie tym cenniejsze. I za to należy Ci się podziw i szacunek. Poza tym, Twoja relacja z trasy była przednia i będzie, niewątpliwie dla mnie wzorem do naśladowania.
Pozdrawiam gorąco i myślę, że się zobaczymy w Zieleńcu.

Ruda pisze...

Masz rację Romku, dopóki nie wyjdziemy po za ciasne myślenie typu: "to nie dla mnie, nie uda się, chciałbym, ale..." ( tu można wstawić wszystko , od braku pieniędzy po kondycję i czas), dopóty nie zrealizujemy żadnego marzenia. Mnie w wyjściu z tego sposobu myślenia pomogły córki, które swoją żywiołowością i nastawieniu na realizację kolejnych zamierzeń zarażają i motywują.

Bazyl pisze...

Zainspirowałaś mnie do tego, by w końcu wsiąść na siodło i pojechać do szwagra do Krakowa, co planuję od lat czterech i zawsze coś :)

Ruda pisze...

Być dla kogoś inspiracją... Wartość naddana.

Anonimowy pisze...

piękne opisy, jestem pod wrażeniem, też chciałbym kiedyś tak pojechać rowerem przez Polskę, cudownie, że to przeczytam

tatabeba pisze...

Gierczyn -wspaniałe miejsce... spędziłem tam wiele wspaniałych chwil... Izery - tam zaczęła się moja przygoda z górami...zapewne nie raz tam będę... na rowerze też... pozdrawiam...

Ruda pisze...

Myślę, że wielu radlińskich 40-50-latków na niezapomniane wspomnienia z kolonii w Gierczynie. Po prostu lubiliśmy tu jeździć.