poniedziałek, 8 września 2014

Pod opieką Liczyrzepy

Karkonoska legenda opowiada o Duchu Gór, Liczyrzepie, który zakochał się nieszczęśliwie w księżniczce Dobrogniewie. Dziewczyna nie odwzajemniała miłości, a porwana przez Liczyrzepę zdołała przechytrzyć Ducha Gór i się uwolnić. Liczyrzepa patronuje nie tylko Karkonoszom, ale także Izerom, stąd jest mi bliski. 
Jego popularność sprawia, że w Karpaczu co krok napotykamy jego wizerunki, a liczne pensjonaty obierają go sobie na patrona. Jest także patronem  maratonu rowerowego w Karpaczu.
Gdy wiosną planowałyśmy sezon rowerowy, ten maraton wykreśliłyśmy- początek roku szkolnego, brak urlopu, spora odległość od Trzebiatowa sprawiały, że nasz wyjazd był mocno niepewny. Jednak im sezon bardziej się rozkręcał, tym bardziej my zaczynałyśmy się zastanawiać, jakby do tego Karpacza jednak się wybrać. Szalę przeważyło osobiste zaproszenie Orga Staszka. Teraz już nie było odwrotu. Obiecałam. A ja dotrzymuję obietnic! Miałam też na pieńku z pewnym podjazdem, ale o tym później.W piątkowe przedpołudnie, zaraz po obowiązkowych zajęciach w szkole wsiadłyśmy z Chudą do samochodu i ruszyłyśmy przed siebie. Była to nie lada misja- pierwszy raz ruszyłyśmy w tak daleką trasę samochodem bez Ślubnego w roli kierowcy. 
Jechało się nam świetnie- pierwszą część trasy prowadziła Chuda, dojeżdżając do Wrocławia, gdzie umówione byłyśmy z Gui, dalej w góry prowadziłam ja. Jadąc, plotkowałyśmy, wymyślałyśmy historie życia mijanych kierowców, miałyśmy świetną zabawę.

Droga minęła nam szybko, choć na pewno nie jechałyśmy z jakąś zawrotną prędkością. W Karpaczu, w biurze zawodów, które znajdowało się przez restauracją nomen omen "Dwór Liczyrzepy" zameldowałyśmy się przed dwudziestą, odebrałyśmy pakiety startowe z bidonami i żelami dla sportowców  i spóźniłyśmy się na odprawę techniczną. Na szczęście Org cierpliwie odpowiedział na nasze pytania. Kilka radosnych powitań i pojechałyśmy na kwaterę. I tu muszę się na chwilę zatrzymać... zamawiałam noclegi w ciemno, kierując się kilkoma zdjęciami i atrakcyjną ceną, link do strony podałam koleżankom, a potem zastanawiałam się, czy polecony przeze mnie nocleg będzie im odpowiadał. Ich entuzjastyczne okrzyki utwierdziły mnie w przekonaniu, że chyba miałam nosa. Nim jeszcze dotarłyśmy do Karpacza pani o miłym głosie zadzwoniła upewnić się o której będziemy i dokładnie wyjaśniła, jak dojechać do pensjonatu. Pierwszy raz spotkałam się z taką usługą. Zgodnie z instrukcją wjechałyśmy w stromą uliczkę, potem skręciłyśmy w następną, jeszcze bardziej stromą.... brum, brum.... samochód nie chciał na dwójce podjechać... zjechałam, zredukowałam do jedyneczki... podjechałam, jeszcze tylko skręt w lewo... w lewo? Przecież tam jest tylko ciemny las! ... i z ciemności wyłonił się bajkowy pałacyk- hostel Krokus. Byłyśmy na miejscu. Dziewczyny miały rację- warunki w stosunku do ceny rewelacyjne. Polecam, jeśli ktoś chce odpocząć w Karpaczu- mieć blisko do centrum, a jednak w ciszy i z dala od zgiełku. 
My niestety nie miałyśmy zbyt wiele czasu, by rozkoszować się tym miejscem, bo przecież rano startowałyśmy w maratonie. 
Świt wstawał niepewnie i leniwie ... Do kuchni schodziłam jeszcze przed brzaskiem. Na śniadanie zaplanowałyśmy jajka na boczku, bo mając tak dobrze wyposażoną kuchnię należało  skorzystać z możliwości przygotowania sycącego śniadania. Potem przygotowanie bidonów, spakowanie batoników i czas ruszać na start. Spojrzałam jeszcze na  Ducha Gór, Liczyrzepę, który spoglądał na nas z sufitu na klatce schodowej. "Przyda nam się Twoja opieka, Liczyrzepo" - pomyślałam i zeszłam ze schodów. Gui została jeszcze w hostelu, bo jej start przypadał dopiero o 11.00 (wybrała bowiem dystans mini) Chuda postanowiła mi towarzyszyć, chociaż też startowała 45 minut po mnie. Tym razem tylko ja wybrałam najtrudniejszy dystans: 172 km z różnicą wzniesień ponad 3000 m. 
Przed startem poprosiłam jeszcze kolegę o sprawdzenie hamulców, bo po transporcie nie udało mi się ich wyregulować, przywitałam ze znajomymi, których nie widziałam wcześniej i ruszyłam.
Już na początku pozwoliłam odjechać mojej grupie startowej. Doskonale wiem, że w górach każdy jest sam i sam walczy ze słabościami. Jeśli na początku zaszarżujesz, potem zabraknie sił. Zjechałam do Kowar, z prawej strony mignął mi wielki napis "fabryka dywanów" i reklama Parku Miniatur. Pomyślałam, że kiedyś koniecznie muszę go odwiedzić. Potem wjazd w Dolinę Pałaców i Ogrodów (niestety my ją tylko liznęliśmy, ci, co pojechali dystans mini mieli ją w całej okazałości) i pierwszy podjazd na Przełęcz Karpnicką. Póki co, nie czułam się jeszcze pewnie. W mojej głowie kołatały różne myśli, które nie sprzyjały przyjemnej jeździe, do tego na dziurawym asfalcie rower podskakiwał niebezpiecznie, więc zjazd z przełęczy był bardzo ostrożny. Przed Janowicami spojrzałam na płynącą i szumiącą przyjaźnie rzekę Bóbr. Spokój odzyskałam, gdy zaczął się podjazd do wsi Miedzianka. Dalej było już... łatwo, bo wyciszyłam się i uspokoiłam. Mogłam wreszcie podziwiać zapierające dech w piersiach pejzaże, wdychać zapach marchewnika, grzybów, późnych jesiennych już kwiatów, słuchać szumu potoków i poszczekiwania koziołków sarny. Przed Przełęczą Rędzińską spotkałam tych, których spodziewałam się spotkać. Kilkukilometrowy podjazd okazał się o wiele łatwiejszy niż w ubiegłym roku, zaśmiałam się najpierw na widok złośliwie uśmiechniętej buźki wymalowanej na asfalcie przez organizatorów, później , gdy pojawił się napis informujący o 16% nachyleniu trasy. Jechałam powoli, swoim tempem. Gładki asfalt i pustki pozwalały na rytmiczny, niczym niezakłócony podjazd ( w ubiegłym roku na Rędzinach był taki tłok, że jazda była prawie niemożliwa) Jedynie słońce grzało już mocno, więc pot leciał strużkami. No! Miałam z Górą na pieńku za to, że mnie zmogła rok temu. Przyjechałam po to, by ją pokonać, by pokazać Jej, że potrafię podjechać, że nie zejdę z roweru. Pokonałam! Zatrzymałam się na punkcie żywieniowym, zostawiłam bluzę z długim rękawem z zastrzeżeniem, że wrócę po nią, bo na trzecim kółku w czasie burzy będzie mi potrzebny suchy ciuszek. Patrzono na mnie dziwnie... a jak patrzono na mnie na trzecim kółku... o tym za chwilę. 
Złapałam kawałek arbuza, poprzekomarzałam się z Orgiem, który właśnie wwiózł wodę. Dowiedziałam się, że na zjeździe już ktoś się rozbił i ostrożnie zaczęłam zjazd. Doskonale wiem, że góry wymagają od zawodników pokory i boleśnie karzą brawurę  niepokornych. Na mecie okazało się, że wśród owych niepokornych, ukaranych przez Górę była i moja koleżanka. 
Mnie zjeżdżało się świetnie i nie przeszkadzało mi, że obok śmignęli ci, których dopiero co  minęłam na podjeździe. Doskonale wiedziałam, że za kilka minut i tak ich dogonię, bo to przecież góry i czeka nas kolejny, tym razem mozolny i dosyć nudny podjazd na Przełęcz Kowarską. Tak się też stało. Dogoniłam Krzysia, z którym jechałam w Iławie i przez najbliższe 50 km jechaliśmy wspólnie- ja mu odjeżdżałam na podjazdach, on mnie wyprzedzał na zjazdach, ale fragmenty względnie równe robiliśmy wspólnie, więc jechało się raźnie. I tak dotarliśmy do końca pierwszego okrążenia, bez żalu minęliśmy bokiem napis "do mety" i ruszyliśmy na drugie kółko. Trochę niepokoiły mnie nadciągające znad gór chmury, ale póki co nie padało, a nawet powiedziałabym, że było bardzo ciepło.

Drugie okrążenie było o wiele bardziej towarzyskie- dojeżdżali do nas koledzy z dystansu mega, dzieląc się drobnymi uwagami o trasie i pozdrawiając, a z naprzeciwka jechali zawodnicy z mini. Niestety mijanki z nimi były chwilami niebezpieczne, gdyż spotkaliśmy się na Przełęczy Karpnickiej, jedni zjeżdżali, drudzy podjeżdżali a pomiędzy kolarzami próbowały przecisnąć się samochody, zajeżdżając nam drogę. Zrobiło mi się ciepło, gdy zza zakrętu wyskoczyło na mój pas  białe auto wyprzedzające mozolnie wspinającego się rowerzystę. Dobrze, że jadę zachowawczo i nie szarżuję!
 Jeszcze na Miedziance Krzyś dotrzymuje mi koła, niestety, Przełęcz Rędzińska weryfikuje jego możliwości. Zostaje w tyle. Ale za to spotykam innych kolegów, których uwagi i pochwały dopingują mnie i pozwalają kolejny raz podjechać pod górę. Niektórzy nie wierzą, że zamierzam zrobić to jeszcze raz ;) Spotykam też Witka, z którym umawiam się w tym samym miejscu za trzy godziny. Na zjeździe widzę tylko kolorowe smugi. Bzi, bzi..... i już znowu jestem sama , cóż.... prawa fizyki... jestem zbyt lekka by rozpędzić się do 60-70 km. 
Umawiam się sama z sobą, że jeżeli na drugim kółku złapie mnie burza, to nie jadę na trzecie. No i teraz mam dylemat... kółko się kończy, deszczu nie ma, ale dalekie pomruki burzy dają się już słyszeć. Jestem sucha, jadę dalej. Widzę, jak na Pogórzu leje, grzmi i błyska się coraz bliżej. Zrywa się silny wiatr, strząsa z drzew suche liście, które opadając kłują mnie po twarzy i rękach.
"Burzo, jak już musisz mnie złapać, to zrób to za Górami Sokolimi. Niech bezpiecznie zjadę chociaż z Przełęczy Karpnickiej. Potem możesz mnie już zlać...."- proszę w myślach burzę, zaklinam pogodę. Uff.... zjechałam, dziury minęłam.... pierwsze krople spadają, gdy podjeżdżam na Miedziankę, zaraz po inwazji jakiś małych zielonkawych muszek (całe ich rzesze spłukuję potem z włosów i ciała wieczorem pod prysznicem). Ulewa i strugi wody towarzyszą mi, gdy zjeżdżam w kierunku Wieściszowic. Na szczęście zjazd jest łagodny, więc nie martwię się zbytnio. A potem... a potem burza idzie sobie gdzieś indziej. We wsi mijam mamę z córeczką, które podziwiają odległą burzę- tu nie spadła ani kropelka deszczu, a z mojego warkocza jeszcze kapie ;) Trzeci podjazd pod Rędziny jest... lajtowy. Na drodze pusto. Zdaję sobie sprawę, że na trasie zostało nas już tylko kilkoro. Śpiewam i trawersuję drogę w rytm śpiewanej piosenki z repertuaru Rubika. 
Na punkcie żywieniowym stwierdzam:
- poproszę moją suchą koszulkę- przecież mówiłam, że będzie mi potrzebna.
Miałam burzę na własne życzenie.Wykręcam mokre skarpetki, chowam je do kieszeni, z której wyjmuję suche rękawiczki. Będzie mi ciepło na zjeździe. Zgodnie z umową, spotykam też Witka. Aż do mety będziemy się mijać, by na metę wjechać prawie równocześnie. Teraz już spokojnie mogę podążać za różowymi strzałkami wskazującymi metę. W pewnym momencie widzę na asfalcie różowy domek, jakby organizatorzy w ten sposób chcieli dodać otuchy zawodnikom. Gui i Chuda twierdzą jednak, że to nie domek tylko duża strzałka, którą coś było zamalowane. Ciekawe, co widzieli inni?
Na metę wjeżdżam po 9 godzinach i 30 minut jazdy. Nie jestem zmęczona, co trochę mnie dziwi, przecież pokonałam najtrudniejszy maraton w cyklu! Nie dałam się Górze i zmieściłam się w limicie czasowym.
Odbieram gratulacje, witam się z Gui. Ktoś odbiera mój rower, Gui biegnie mi po obiad (podobno to, co miałam na talerzu, czyli pyszny gulasz warzywny, było czymś innym niż jadła Gui- jej gulasz był mięsny). Nadchodzi Chuda z moimi ubraniami na zmianę- mam przecież tylko 15 minut do rozpoczęcia ceremonii. 
Mnie to jednak w zupełności wystarczy. Już przebrana w galowym stroju witam się z Gosią. Dopiero teraz dowiaduję się, że zaliczyła niemiłe spotkanie z asfaltem i mimo bólu ukończyła maraton! A w czasie dekoracji dociera do mnie, że była wolniejsza zaledwie o kilka minut. Dla mnie ona jest zwycięzcą, bo pokonała przede wszystkim własną słabość i ból.
A ja mam ogromną satysfakcję, bo okazuje się, że jestem jedną z czterech kobiet, jakie ukończyły ten dystans, a do tego rozwaga i pokora w stosunku do gór dały mi drugą pozycję w tej czwórce.
Dekoracja przebiega szybko i sprawnie. Oczywiście, jak zawsze nie wszystko wychodzi zgodnie z planem, ale kto miał zostać uhonorowany został, a szczęśliwy zwycięzca loterii naprawdę potrafi się cieszyć i nawet nam nie żal, że znów to nie my wygrałyśmy rower . 
Plac przed restauracją "Dwór Liczyrzepy" pustoszeje, zawodnicy rozjeżdżają się do domów. Jeszcze tylko pan Jan, który przed chwilą nadjechał, zbiera swoje rzeczy, a organizatorzy oddychają z ulgą. My też się żegnamy.
Wieczór spędzimy w hostelu z koleżankami, wymieniając się wrażeniami, słuchając muzyki. Powoli dociera do nas, że spotkamy się w tym roku jeszcze tylko raz - w Rewalu. Robimy jednak plany na przyszłość- zauważamy, że tam gdzie nie ma zapewnionej hali sportowej na nocleg, powinnyśmy się umawiać tak, by nocować w jednym pensjonacie. Tak jak robimy to w Zieleńcu, czy teraz w Karpaczu. 

W niedzielę rano wyruszamy do domu. Jeszcze ostatnie rzut oka na oświetlone porannym słońcem góry  i czas pożegnać urokliwe miejsce. Odwozimy Gui na dworzec do Jeleniej i dalej jedziemy we dwie z Chudą, podobnie jak poprzednio zmieniając się za kierownicą. świetnie się uzupełniamy- ja jadę po krętych górskich drogach, Chuda pruje S3. Jazda przynosi nam sporo frajdy.
Jeśli dotarliście aż tutaj, to jeszcze link do galerii :)

9 komentarzy:

Guitarowa pisze...

A mój rosół?!

Ruda pisze...

Ano właśnie! Na kolację miałyśmy pyszny rosół z makaronem, który ugotowała dla nas Gui!

mago nia pisze...

nie noooo... rosół rzecz najważniejsza... dobrze że córka trzyma rękę na pulsie :) ale obszerny wpis.. ale przebrnęłam :) gratulacje za zalezienie się w czwórce :)

Ruda pisze...

Miałam dylemat: napisać dwa teksty, czy jeden. W końcu jednak zdecydowałam się na jeden obszerny wpis, bo nie miałam zdjęć z podróży samochodem (a szkoda).

gwiezdna pisze...

Ruda gratulacje i wielkie brawa! w przyszłym roku zapraszam na maraton dookoła Tatr, który start i metę ma w Nowym Targu-moim mieście :) Sama jeżdżę codziennie na rowerze ale z reguły z prozaicznych przyczyn - zwożę zakupy do domu :)

Ruda pisze...

Kurczę, maraton dookoła Tatr... fajne wyzwanie. Tam to dopiero muszą być przewyższenia :)

Inkwizycja pisze...

Dziewczynki drogie, post cudowny, choć długi ;-)) nie udało nam się odwiedzić Was w Gierczynie tym razem (nie wiem, jak to się stało, ale te parę dni do Twojego wyjazdu przemknęły jak sen złoty...) ale mam nadzieję na choćby częściowe unormowanie mojego życia, bo w tej chwili to własciwie nawet nie odpalam kompa...
Ale przede wszystkim: gratulacje i jeszcze raz gratulacje, będę się powtarzać, ale jesteście WIELKIE! ;-)) mimo że takie drobinki ;-)) Ściskam czule całą Waszą Trójeczkę ;-))

Ruda pisze...

My też ściskamy! Planujemy pobyt sylwestrowy, więc może uda się znów spotkać :)

HostelTrzyKolory pisze...

Tak to działa, że wybieramy coś na ślepo i nasz wybór jest dużo lepszy od dobrze przemyślanych. O Liczyrzepie nie słyszałam, a szkoda, bo to fajna legenda, która nawiązuje do starych korzeni, ledwo poznanych.