poniedziałek, 22 września 2014

Rewalskie słońce, czyli to już jest koniec?

Najtrudniej zacząć... zwłaszcza, gdy trzeba napisać o ostatnim maratonie w tegorocznej edycji Supermaratonów Szosowych. No niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. Ale to jeszcze nie czas na podsumowanie. Na nie przyjdzie czas później, gdy zejdą emocje. Teraz jest czas na opowieść o maratonie Gryflandu. 



Na początku sezonu zaskoczyło nas, że Supermaratony dwukrotnie zawitają do naszego powiatu. Z jednej strony cieszyłyśmy się, bo odpadają noclegi i kosztowne dojazdy, z drugiej- doskonale znamy trasy i obawiałyśmy się, że będzie nudno. Gui potwierdziła te obawy, bo po maratonie stwierdziła, że dawno się tak nie wynudziła na trasie, nic nowego, wszystko już na tej trasie widziała. Fakt. Znamy tu każdą dziurę w asfalcie i każde drzewo przy drodze. 
Chuda zdecydowała się na dystans mini. Było to podyktowane dwoma względami: kilka dni wcześniej oddała krew i nie była pewna, czy podoła wysiłkowi, a oprócz tego, na prośbę Orga stała się maratonowym fotografem i z tej funkcji wywiązywała się z pełnym zaangażowaniem, o czym będziecie się mogli przekonać, przeglądając zdjęcia w galerii. Cóż, trzeba przyznać, że i mnie chodziło po głowie, żeby pojechać najkrótszy dystans. Pogoda jednak zapowiadała się piękna, nie wypadało więc jej marnować.  
W piątkowe popołudnie pojechaliśmy do Rewala na odprawę techniczną. Gui nie było z nami, bo... jeszcze siedziała w pociągu,  ale towarzyszył nam Robert, który dojechał w południe ze Szczecina. Byliśmy na tyle wcześniej, że podreptaliśmy nad... Bałtyk. Chuda koniecznie chciała odwiedzić Małego Księcia, który jest jej ulubioną postacią literacką, a jakoś dotychczas nie miała okazji obejrzeć rzeźby zdobiącej rewalski deptak. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej (niestety Małemu Księciu znów skradziono Różę) poszliśmy różaną aleją w kierunku szkoły, gdzie mieściło się biuro zawodów. 
Przywitaliśmy się ze znajomymi, odebrali numery startowe, wysłuchali wskazówek Orga i wróciliśmy do domu. 
Sobotni poranek powitał nas mgłą, która jednak szybko zaczęła opadać. Starty mieliśmy o bardzo różnych godzinach. Roberta i mnie wystartowano już o ósmej. Gui na dystans mega ruszyła o 9.00, natomiast Chuda czekała do ostatniej grupy startowej przed 13.00. 

Punktualnie o ósmej wystartowałam. Oczywiście zgodnie z tradycją grupa odjechała mi natychmiast (chyba nie nauczę się szybkich startów). Nawet startująca ze mną koleżanka śmignęła mi tylko. Trasa maratonu niewiele różniła się od tej wiosennej. Tylko start był w Rewalu obok szkoły, co okazało się doskonałym rozwiązaniem, gdyż mijało się ruchliwe centrum kurortu. Od początku jechało mi się dobrze, tylko trochę marzły palce u stóp (przezornie założyłam rękawiczki z palcami i długi rękaw, wiec zmarzły tylko stopy w sandałkach). Słońce przeświecało przez mgły, wiatru praktycznie nie było, co na naszym Wybrzeżu jest prawie niemożliwe, zapowiadał się cudny dzień. Nim się obejrzałam byłam w Lędzinie. Pierwszy "podjazd" i zaczęłam się rozgrzewać, potem rondo w Cerkwicy ( o ludzie, jeszcze 5 razy będę je przejeżdżać!) i już śmigam w kierunku Grądów. Uwielbiam tamtejszy bukowy, ciemny las. Tym razem las odpowiedział na to moje uwielbienie. Promienie nisko wiszącego jeszcze słońca przeświecały przez gałęzie drzew i unoszącą się tu i ówdzie mgłę. Miało się wrażenie, że oto wszystkie duchy ziemi i powietrza zebrały się, aby powitać tych, którzy celebrują poranki. 
Pachniało grzybami, których rosło mnóstwo, co potwierdzali spotkani w lesie grzybiarze (tak, tak, nie omieszkałam zapytać o wielkość zbiorów). Potem wjechałam do Przybiernówka, który szykował się do dożynków. przy drodze stała rewelacyjna instalacja ze słomy o wieloznacznym tytule "przydomowa oczyszczalnia ścieków", zwolniłam, by przyjrzeć się temu dziełu, gdy usłyszałam za plecami:
-Cześć sąsiadka! 
- Ups...- pomyślałam- chyba źle ze mną, bo snopek do mnie zagadał. 
Na szczęście okazało się, że to nie snopek, tylko zaprzyjaźniony Masters mnie dogonił i teraz uczynnie zaproponował koło. Oczywiście z radością przyjęłam propozycję i następne 50 kilometrów jechaliśmy razem. Ja robiłam podjazdy, Masters resztę. w dół, w górę i podskakiwanie na dziurach między Ciećmierzem a Paprotnem (ciekawe, kto nie lubi tych dwóch wsi, że mieszkańcy nie mogą doczekać się remontu drogi, która jest przecież drogą łączącą Kołobrzeg i Trzebiatów z Kamieniem Pomorskim) W efekcie pierwsze kółko skończyło się szybciej niżbym przypuszczała. Wiedziałam jednak, ze nie utrzymam się na kole na drugim okrążeniu i odpuściłam. Zatrzymałam się na punkcie żywieniowym przy mecie, gdzie czekała na mnie Chuda (wciąż jeszcze przed startem). Oddałam jej zbędną już bluzę i długie rękawiczki, zjadłam pyszną bułkę jogurtową, zaopatrzyłam się w banan, chwilę pogadałam z Chudą. 

Na drugim kółku spotykałam mnóstwo znajomych, ponieważ 20 kilometrów jedzie się wahadłem, mijając tych, którzy wracają. Wyprzedzali mnie też zawodnicy z kolejnych grup startowych. Z tego drugiego kółka pamiętam więc przede wszystkim serdeczne powitania, załapała się nawet Chuda ruszająca w trasę (z Gui prawdopodobnie minęłyśmy się o minutę). Nie odczuwałam zatem "samotności długodystansowca". Ta dopadła mnie dopiero na trzecim okrążeniu. Zmęczenie, ból mięśni i wiatr (no przecież musiało kiedyś zacząć wiać!) zaczęły mi trochę doskwierać, było jednak coraz bliżej do mety. Na punkcie żywieniowym w Świerznie straszyło pustkami- nie było wody ani wafelków- znak, że maraton powoli się kończy.  Mnie jednak żadna z tych rzeczy nie była potrzebna- bidon napełniłam w Rewalu, a w kieszeni miałam jeszcze chałwę. W Karnicy trafiłam na ślubną bramę, a wstążeczka wkręciła mi się w napęd. Szybko ją odplątałam i pojechałam dalej. Niestety wesele odbywało się w następnej wiosce, więc i tam trafiłam na żądnych emocji mieszkańców. Dzieciaki wybiegały na ulice prosto pod koło żebrząc o batony lub cukierki. Zrobiło mi się przykro, bo przypomniałam sobie uczynne maluchy z Wieściszowic, które podawały nam wodę na Liczyrzepie oraz te z Klasyka Kłodzkiego, stojące z dzbankiem kompotu i kartką "poczęstuj się". 
Te w Skrobotowie były agresywne i swoim zachowaniem stwarzały zagrożenie. 
O samym weselu warto napisać kilka słów, ponieważ ślub brał znajomy kierowców TIR-ów. Ciekawie wyglądała kawalkada ciągników udekorowanych balonikami i wstążeczkami. ( na mecie dowiedziałam się, że i moi koledzy kolarze przygotowali bramę złożoną z... rowerów).
Do mety  dojechałam po 8 i pól godziny od startu. Przywitał mnie głośny doping moich dziewczyn oraz przyjaciół. Zrobiło mi się ciepło na sercu, bo serdeczność okazywana mi przez znajomych naprawdę uskrzydla. 
Z przyjemnością pouśmiechałam się do zdjęcia, odebrałam medal. Potem przebrałam się i poszłam na stołówkę. Serwowano pyszny  żurek z kiełbaską i jajkiem. Chwilę porozmawiałam z koleżankami. Gosia, tradycyjnie zaliczyła bliskie spotkanie z asfaltem, Marzenka jechała z "pijawką", posłuchałam opowieści i... ponaglana przez moje dziewczyny wsiadłam do samochodu (no cóż, to ja byłam kierowcą, a moi bliscy powoli mieli ochotę na faszerowane dynie, które czekały na nas w domu). Gdy inni spacerowali nad wieczornym Bałtykiem lub bawili się "w podgrupach", my opychaliśmy się kolacja i na gorąco wymienialiśmy się wrażeniami z trasy.
Niedzielna ceremonia dekoracji zwycięzców przebiegła sprawnie.Zaprzyjaźniony  Org poprosił Gui o pomoc przy rozdaniu nagród. Chuda wykonała kolejne 500 zdjęć. Statuetki za zwycięstwo w Maratonie Gryflandu odebrali najlepsi, my czekałyśmy na dekorację w Pucharze Polski w Supermaratonach Szosowych, ale to temat na zupełnie inny wpis. 
Potem jeszcze podziwiałyśmy największych twardzieli, czyli uczestników maratonu dookoła Polski oraz maratonu Bałtyk - Bieszczady, którzy odbierali pamiątkowe koszulki.
I nadszedł czas pożegnań.... Trudny czas. Uściskom, nie było końca. Mam wrażenie, ze z niektórymi żegnaliśmy się po wielokroć, nie mogąc się pożegnać. W końcu jednak wyszliśmy z hali. Jeszcze tylko spacer nad Bałtyk, kawa i ciasto.... Kolejne pożegnania... 
DO ZOBACZENIA W KWIETNIU!
Zdjęcia z maratonu. Jedyne 2000 !

4 komentarze:

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Bardzo mi się podoba, najpierw zawody, pot i trud, potem dziewczyny przebrane w sukienki, bardzo kobiece ... tak trzymać! do następnego! pozdrawiam serdecznie.

Ruda pisze...

Staramy się tę naszą kobiecość podkreślać, zwłaszcza, że wysiłek zdecydowanie nam służy :)

Niania w Paryzu pisze...

Jak zawsze podziwiam ten zapał, te sile i te kobiecość tez!

Trajbajowa pisze...

Dokładnie! Obie wyglądacie obłędnie! :)