wtorek, 2 września 2014

Wokół Jezioraka

Woda nieruchoma… przeglądają się w  niej domy, drzewa, lampy… nagle pojawia się na niej dziwny konwój- łódka ciągnąca rowery wodne w kształcie łabędzi i… samochodów. Zaczynamy się śmiać. Pan Samochodzik! No, ba! Przecież siedzimy nad Małym Jeziorakiem w Iławie!

Mam wrażenie, że właśnie na ten moment czekałam cały rok. Usiąść nad Jeziorakiem. Piję herbatę razem z Chudą. Ślubny też przysiadł na kamieniach, obserwujemy kaczki. Za dwie godziny dojedzie Gui. Z nią także będę siedziała nad Jeziorakiem.
Hala sportowa zaludnia się powoli, tym razem noclegi na sali wybrało niewiele osób, może dlatego, że start maratonu Jeziorak Tour zaplanowano 20 km stąd w Siemianach i jakoś trzeba się tam dostać, a może dlatego, że maraton będzie kameralny- zapisało się tylko 200 osób. Na odprawę techniczną jednak trochę ludzi się zbiera. Witamy znajomych, rozmawiamy. Słuchamy Orga- trasa jest zupełnie inna niż w ubiegłych latach. Nareszcie pojedziemy dookoła Jezioraka! Czekałam na to dwa lata.

Po odprawie szybko kładziemy się spać. Trzeba być wyspanym- przed nami w końcu 210 km! Taki dystans wybrałyśmy z Chudą. Gui i Ślubny pojadą 70 km ( choć w rzeczywistości wychodzi 216 i 72)
W sobotę budzę rodzinkę o 6.00. Przygotowuję śniadanie i ruszamy na start.
Siemiany to turystyczna miejscowość nastawiona na żeglarzy. Na miejscu widzimy marinę i przygotowujące się do startu w regatach małe żaglówki- to optymist. Jest trochę zamieszania- rowery i żagle. Żartujemy, że połączenie mogłoby być ciekawe.



Startujemy z Chudą o 8.38, Gui i Ślubny pół godziny później. Po ogłoszeniu grup startowych zastanawiamy się, czy wytrzymamy ze sobą te ponad 200 km, czy raczej  w pewnym momencie któraś odpuści. Oprócz nas mamy jeszcze w grupie koleżankę. I jej obecność okazuje się świetnym katalizatorem, ale o tym później.
Póki co- jedziemy. Trasa wiedzie nas lasami, łąkami, małymi wioskami. Co jakiś czas zbliżamy się do Jezioraka i widzimy jego sine wody. Na pierwszym okrążeniu jest jeszcze zamglony i ledwo widać  drugi brzeg. Potem przejaśnia się i w wodach jeziora przegląda się słońce, a lekkie fale połyskują i błyszczą. Przejeżdżamy przez most, który miał być rozebrany i czeka tylko aż przejedziemy. Śmiejemy się, że trzeba wjeżdżać pojedynczo, żeby się pod nami nie zarwał. Asfalt zgodnie z obietnicą jest zazwyczaj dobrej jakości w kilku miejscach zupełnie nowiutki, w innych troszkę popękany w kilku dziurawy jak sito. Dokucza nam to zwłaszcza na trzecim okrążeniu. 
Nad iławskimi lasami nie będę się rozwodzić, bo zrobiłam to rok temu, ale grzybom kilka słów trzeba poświęcić. Jest ich tak dużo, że chwilami chciałoby się zsiąść z roweru i po prostu zebrać te rosnące najbliżej drogi. Jadąc, zastanawiam się, czy Ślubny po tym swoim kółeczku jednak na grzybki się nie wybrał. 
Grzyby, wrzosy, owoce dzikiej róży i poranne mgły przypominają, że lato się kończy, a w poniedziałek trzeba iść do szkoły. Pachnie jabłkami i śliwkami, a gdzieniegdzie niezbyt przyjemnie- obornikiem. Tak, jesień zbliża się wielkimi krokami. Teraz jednak ważniejsza jest droga i to co przed nami... a najczęściej widzimy ... koło. Chuda śmieje się, że z całego maratonu najbardziej utkwił jej w pamięci widok... zielonej opony i zielonych sandałków, chwilami wręcz hipnotyczny. 
Jazda w grupie, bo przecież we trzy grupę tworzymy to pewne prawa i obowiązki. Z jednej strony jesteś odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za grupę. Od Ciebie zależy to, z jaką prędkością porusza się grupa. Gdy prowadzisz, swoje tempo musisz dostosować do reszty- nie rozerwać grupy i jej nie zamęczyć, ale też nie spowolnić za bardzo. Z drugiej strony grupa przejmuje odpowiedzialność za ciebie- gdy słabniesz- ciągnie cię, sprawdza, czy nadążasz, pozwala odpocząć. Jeśli wszystkie ogniwa grupy mają podobną siłę można jechać z równą, stałą prędkością i do mety dojechać bez zmęczenia. 
Tak było w naszym wypadku. Przejechałyśmy 216 km ze średnią prędkością 25,3 km/h. Było to możliwe tylko dlatego, że starałyśmy się na miarę swoich możliwości. Gdy jedna słabła, prowadziła druga, potem trzecia. Czasami ktoś do nas dołączył, chwilę odpoczywał na naszym kole, by potem albo dać nam koło albo uciec. Byłyśmy zbyt rozsądne, by szarpać.  Większość trasy pokonujemy w milczeniu, każda ze swoimi myślami, bądź bez myśli. W pewnym momencie można złapać się na tym, że skupiamy się już tylko na samej jeździe, myśli stają się oderwane, umysł zostaje wyczyszczony. Co jakiś czas zamieniamy ze sobą po kilka słów, rzucamy jakąś uwagą, opowiadamy o ostatnich wojażach- Basia przejechała morderczy Bałtyk Bieszczady- obie ją podziwiamy i pewnie po cichu zazdrościmy, ja dzielę się refleksjami z Wypadu z Gui. 8 godzin mija szybko.
Na metę chciałyśmy wjechać razem, niestety, na ostatnich metrach, tuż prze linią wyskoczył prosto na nas samochód. Zahamowałam gwałtownie i zostałam metr za dziewczynami. Mam czas o.. sekundę gorszy od nich ;)
Na mecie czekają na nas bliscy i znajomi, Gui robi zdjęcia i woła, że wygrała z koleżanką o 2 sekundy. Ślubny też chwali się swoim wynikiem. Emocji mnóstwo. Jesteśmy szczęśliwi, bo każdy z nas osiągnął swój cel. Do tego uskrzydla nas fakt, że przejechałyśmy te 216 km wspólnie. 
Szybko pałaszujemy zupę i jedziemy do Iławy - trzeba wziąć prysznic, chwilę odpocząć i wrócić do Siemian na wieczorną imprezę integracyjną. Po prawdzie, zakładałam, że będę tak padnięta, iż żadna siła nie zmusi mnie do ruszenia się z materaca. Jest jednak zupełnie inaczej. Owszem, trochę bolą mięśnie i pośladki, ale nie odczuwam ogólnego zmęczenia. W komplecie przyjeżdżamy na imprezę. Początkowo większość uczestników bardziej niż wynikami maratonu jest zaaferowana meczem polskich siatkarzy i Orgom z trudem daje się przebić z losowaniem nagród. Gdy wszyscy z zapartym tchem oglądają pierwszy set, idziemy z Gui nad jezioro, siadamy na pomoście na przystani i patrzymy przed siebie. Nasz czas... 
 Powoli  skupienie biesiadników  przenosi się z ekranu na worek z prezentami. Losowanie trwa i trwa. Jest przy nim sporo śmiechu i dowcipkowania, bo  Orgowie z Iławy mają do siebie ogromny dystans i ze swoich drobnych potknięć potrafią się śmiać. Fantów jest na tyle dużo, że i nam się udaje znaleźć w gronie szczęśliwców. Powiększa się nasza kolekcja bidonów rowerowych, a ponadto otrzymujemy roczny zapas cukru w pastylkach czyli kilogram czegoś tam ( nigdy nie wiem, co jest co i gdyby nie moje mądre i oczytane dzieci nadal miałabym w bidonie herbatę, a w kieszeni kanapkę z serem ;)) 
Mecz kończy się wygraną Polaków, jeszcze trochę rozmów, wrażeń, bo przecież jak zwykle nie obeszło się bez przygód. Ten nie zdążył na własny start, tamten miał bliskie spotkanie z lusterkiem samochodowym- na szczęście niegroźne dla zdrowia (gorzej z kieszenią). 
Wracamy na halę. Rozmowy cichną... 

O poranku umówiona jestem z Gui na pomoście. Przygotowuję kawę, budzę Gui. Chcemy wyjść, niestety ochroniarza nie widać. Siadamy na podłodze przed oknem z widokiem na jezioro. Śmiejemy się, że mamy naszą kawę nad Jeziorakiem. Po chwili jednak słyszymy odgłosy kroków i zostajemy wypuszczone na świeże powietrze. Jest wcześnie, więc nikt nie ogląda się za dwoma kobietami z kubkami kawy, w piżamach i z śpiworem paradującymi przez bulwary. Dochodzimy do naszego pomostu. Obserwujemy kaczki, miasto budzące się ze snu, pofalowaną taflę jeziora...
Dla takiej chwili warto przyjechać do Iławy... 


Kilka minut po 10.00 rozpoczyna się ceremonia zakończenia. Dziewczyny tradycyjnie pomagają Orgom- jakoś tak wyszło- mają chyba niepisaną umowę ;) 
I, co w Iławie niespotykane, godzinę później wszyscy zostają udekorowani, a maraton zostaje oficjalnie zakończony. Jeszcze tylko kilka fotek, pożegnań i czas wracać.

Wracamy przez Świecie, bo na obiad umówieni jesteśmy u przyszłego teścia Gui, ale to nie należy już do tej opowieści.

A do domu wróciliśmy z...  grzybami. Ślubny nie wytrzymał i zatrzymał się w jakimś lesie. W kilka minut zebraliśmy reklamówkę podgrzybków. Będą na zimę.
I dla cierpliwych - zdjęcia z maratonu .

6 komentarzy:

consek pisze...

super :) jak widzę Ślubny wciąga się coraz bardziej :)

Ruda pisze...

Masz rację, do tego w Iławie się Ślubnemu bardzo podoba :)

ardiola pisze...

Imponujaca trasa i gratulacje dla rodzinki. Ja tez byłam na Mazurach i są to najmilsze chwile moich wakacji. Do Gajowki jednak pojechalam drugi raz, zeby trochę popracować i przemyslec sprawy. Nowy mój post też dla ciebie:) Pozdrawiam.

Marchev ka pisze...

O jaaaa... Pamiętam zeszłoroczny wpis z Iławy, a tu już kolejny...
Gratulacje serdeczne i wyrazy niegasnącego podziwu przesyłam :)
Pozdrawiam!

Ruda pisze...

Dziękuję :) Mazury wyciszają, widać Tobie też pomogły.

Ruda pisze...

Czas szybko biegnie, zwłaszcza , gdy spędzany intensywnie.