czwartek, 9 października 2014

Beskidzkie wspomnienie



Dawno, dawno temu, za górami, za lasami... No prawie... Dla wielu początek lat osiemdziesiątych XXw. to zamierzchła historia. A właśnie wtedy razem z ojcem wzięłam udział w swojej pierwszej wyprawie życia.


W tamtym czasie tato nie miał syna, więc z braku takowego na swoje męskie wakacje zabrał mnie- swoją najstarszą córkę i... mojego kilka lat starszego kuzyna.

Wyprawa rozpoczęła się w Ujsołach w Beskidzie Żywieckim, wędrowaliśmy przez Rycerzową, Wielką Raczę, Halę Rysiankę. Halę Miziową aż do Markowych Szczawin i Babiej Góry. Pogoda była w kratkę, ciepłe, słoneczne dni przeplatały się z deszczowymi. Z tamtej wyprawy najbardziej utkwiły mi dwa epizody- pierwszy na zawsze będzie miał smak malin.

Byłam straszną, przemądrzałą gadułą. Paskudną nastolatką, której wydawało się, że pozjadała wszystkie rozumy. Gadałam bez przerwy. Ciągle o coś pytałam, prowadziłam niekończące się dyskusje z moim niesamowicie inteligentnym i oczytanym ojcem. Myślę, że nie przeszkadzało mu moje gadanie, sądzę, że może było mu nawet przyjemnie dyskutować ze swoją córką. Gorzej z kuzynem. Ten z natury był milczący, wędrować chciał w ciszy, słuchać ptaków i szumu drzew, a ja mu to skutecznie uniemożliwiałam. W którymś momencie zauważył, że jedynym sposobem na unieszkodliwienie mnie jest.... zapchanie mi buzi jedzeniem ( no ale przecież nie można mnie ciągle zapychać zapasami, które i tak się kurczyły w zastraszającym tempie, ale o tym potem) . Zbierał mi zatem garściami maliny i w ten sposób uzyskiwał chwilę spokoju.Między Halą Rysianką a Halą Miziową dopadł nas deszcz. Nie jakaś straszna ulewa, lecz przenikliwe kapanie, które trwało cały dzień. Nie pomogły peleryny, getry z ortalionu i skórzane traperki. Po kilku godzinach marszu byliśmy całkowicie przemoczeni. Mokrzy i zmęczeni dotarliśmy do schroniska na Hali Miziowej.  Nie tego, które stoi teraz, lecz starego, tej prowizorycznej budy, która straszyła krajobraz, ale miała niesamowity klimat. Zostaliśmy zakwaterowani w trzyosobowym pokoju, który wcześniej tato zarezerwował pisemnie.

W izbie stał grzejnik olejowy, jednak jego podłączenie nie przyniosło nam oczekiwanego ciepła. Zgłosiliśmy awarię- wszak nasze mokre rzeczy kapały straszliwie i domagały się wysuszenia! Następnego dnia chcieliśmy wejść na Pilsko, a potem ruszyć dalej w kierunku Babiej Góry.
Po kilku minutach wszedł góral -złota rączka. Zajrzał, postukał, pokręcił, wymamrotał:
- Bucy? Buuucy, buuucy.
Po tym stwierdzeniu wyszedł. Faktycznie- grzejnik zaczął "buczeć" i powoli się rozgrzewać. Niestety nie wszystko nam poschło i następnego dnia tylko tato z kuzynem zdobyli Pilsko- ja nie miałam suchych butów.
Na Hali Miziowej spędziliśmy dwa dni. Jedzenie było dobre, zwłaszcza śniadania składające się z owczego sera i bułek. Był to prawdziwy rarytas, gdyż w tamtych czasach produkty żywnościowe były dobrem luksusowym, zwłaszcza w górach.  I jeśli nie chciało się głodować (co groziło nam na Markowych Szczawinach, ale to też inna historia) należało zaopatrzyć się w odpowiednie środki płatnicze - i wcale nie była to gotówka! Najlepszym środkiem płatniczym był tytoń. Za odrobinę brązowego suszu można było stać się właścicielem słoika dżemu truskawkowego, bochenka chleba albo konserwy mięsnej. Podejrzewam, że można było także skorzystać z niejednej usługi, ale te propozycje niedostępne były dla uszu nastolatki. Faktem jest, że to dzięki zapasom tytoniu mojego ojca mieliśmy całkiem urozmaicony jadłospis. 
Okazało się to niezwykle ważne w schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie pierwszego dnia w jadłospisie była tylko zupa jarzynowa z makaronem, drugiego była z ryżem, ale makaron też w niej z jakiegoś powodu pływał. Chleba nie było, bo gospodarz jak wyszedł do wsi po chleb dwa dni temu, tak jeszcze nie wrócił... 
Gdy i my wreszcie zeszliśmy z gór do wsi- była to Zawoja Widły, to moi wygłodniali panowie zamówili potrójne porcje fasolki po myśliwsku, a i ja zjadłam całą porcję. 
A dlaczego wspomnienie pojawiło się właśnie teraz? Ano , gdy weszłam na stronę wody Żywiec Zdrój "Po stronie natury" i zobaczyłam mapę Beskidów, która zachęcała: opisz nam swoją górską historię, nie mogłam się powstrzymać i... wzięłam udział w konkursie. 
W efekcie zostałam jego laureatką. To już druga wygrana w tym miesiącu :) 
Mam też szczęście do konkursów "Po stronie natury", gdyż kilka lat temu udało mi się przecież wygrać pieniądze na "zieloną klasę" dla moich szkolnych dzieciaków. 

Mapę Beskidów można znaleźć tu: Po stronie natury 


Niestety, nie mam zdjęć z tamtej wyprawy, a widokówki gdzieś się zawieruszyły... Pozostały jedynie stare pogniecione, mocno zużyte mapy.

A z tęsknoty za górami dzisiejszy pastel:

3 komentarze:

Niania w Paryzu pisze...

Niesamowite wspomnienia! Niezwykle czasy.... Do ktorych ja osobiście nie tęsknie.zawsze jednak tęsknimy za tymi relacjami, ktorych juz nie ma albo tych, które sie zmieniły, nie zawsze w pozytywnym dla nas kierunku. To jest cenne.

Ruda pisze...

No właśnie ;) A czsy były niesamowicie bogate i aż proszą się o opowiadanie anegdot.

Melanies fashion pisze...

Wow, gratulacje!!! Historia piękne, wspaniale ze przechowujesz takie wspomnienia, a jeszcze lepiej że dzielisz sie nimi. Jeszcze raz gratuluje sukcesu :)