niedziela, 19 października 2014

Opowieść o wschodzie słońca

Wstałam przed pierwszym brzaskiem. Na niebie błyszczał cieniutki sierp księżyca, a przez chmury przeświecały gwiazdy. Pies niechętnie łapa za łapą szedł na spacer.
Potem wypiłam pyszną latte z mojego nowego ekspresu i zjadłam śniadanie.  Za oknem zaczynało świtać. Założyłam mocne lampki do roweru i ruszyłam nad Bałtyk. Miałam nadzieję na fajerwerki wschodzącego słońca, feerię barw. Już na trasie wiedziałam, że nic z tego - na wschodzie zebrały się chmury i słońce wstawało blado... Żadnych dramatycznych czerwieni i fioletów, żadnych ostrych pomarańczy i popieli....

Szarość, blade beże... lekki róż....
Trudno.
Wjechałam do portu w Mrzeżynie.

Obserwowałam młodego łąbędzia

Potem zeszłam na plażę:

 a tam....

w tej butelce nie było listu....

muszle....

Niecodzienny widok: kormorany suszące pióra...

I powrót:

Jeszcze zostało tyle dróg....

Proszę, głosujcie na nasz projekt :) To dla mnie ważne


2 komentarze:

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Zagłosowałam; morze takie spokojne, poszłabym tą plażą, może bursztynek znalazłabym; serdeczności ślę.

gwiezdna pisze...

zagłosowałam :)))