niedziela, 16 listopada 2014

Maratonowy rok- czas podsumować sezon

Do tego wpisu zabieram się już po wielokroć, ale ciągle albo nastrój nie ten, albo inne ważniejsze sprawy, albo... wszystko ma swój czas... Trzeba nabrać dystansu, zdobyć się na refleksję... Wreszcie, pogoda taka, że trudno mówić o końcu sezonu rowerowego. 
Coś się jednak na pewno skończyło- sezon maratonów rowerowych. O tym więc można napisać.
Ci, którzy na bieżąco śledzą nasze wpisy wiedzą, że w tym roku byłyśmy na wielu maratonach i przejechałyśmy sporo kilometrów. Może jednak wystarczy tych ogólników.
Sezon maratonowy rozpoczęłyśmy w kwietniu maratonem w Trzebnicy. Zakończyłyśmy we wrześniu w Rewalu. Uczestniczyłyśmy w 11 maratonach edycji Supermaratonów oraz w Maratonie Sokoła w Radlinie. Przejechałyśmy w tym czasie ponad 1200 km (tylko Gui trochę mniej). Spędziłyśmy na trasie prawie 60 godzin. Najdłuższy dystans wyniósł 216 km.
To był udany rok, bo wysiłek każdej z nas zaowocował wysokimi miejscami w rankingach: w swoich kategoriach uplasowałyśmy się w pierwszej trójce:
Chuda była pierwsza, Gui -druga, a ja trzecia. Także w tzw generalnej klasyfikacji zajęłyśmy miejsca w pierwszej dziesiątce kobiet. 

W czasie zamknięcia sezonu w Rewalu kilkakrotnie byłyśmy wyczytywane i odbierałyśmy statuetki. Było to bardzo sympatyczne uczucie. 
Jednak to nie wynik jest najważniejszy, o czym już wielokrotnie pisałam. Dla mnie ważniejsi są ludzie, którzy tworzą tę wielką maratonową rodzinę. W tym roku zacieśniły się nasze więzy z Terenią, Gosią i Anią, z którymi spędzałyśmy czas po maratonach gadając i gadając. Kilkorga ważnych dla nas zabrakło, ale że życie nie lubi próżni, znaleźli się inni, ciekawi, mądrzy , o niesamowitych zainteresowaniach i pasjach. Ponieważ wydłużyłyśmy dystanse, jeździłyśmy tez innymi osobami, stąd bliższa znajomość z Basią, Ulą, Sławką i Irenką. Gui jeszcze bardziej zaprzyjaźniła się z Natalką. W tym gronie nie zabrakło i kolegów, ale nie chciałabym nikogo urazić, więc nie będę wymieniać, z resztą, trwałoby to zbyt długo. Bliżej poznałyśmy także Orgów poszczególnych maratonów. Dotychczas niedostępni i nieugięci, teraz okazali się ciepłymi, fajnymi ludźmi, którzy także potrzebują, by docenić ich trud i zaangażowanie w organizację takiej niesamowitej imprezy, jaką jest maraton. 
Gdzie było najfajniej? Trudno odpowiedzieć. Uwielbiamy Iławę, bo jeździmy rodzinnie, świetnie czujemy się w Kołobrzegu i w górach. Wiem, gdzie było najtrudniej- w Radkowie, ale też z ogromnym sentymentem będę ten maraton wspominać. Tak samo jak ten w Karpaczu. 


Z resztą, co tu dużo pisać- nam się po prostu zawsze podoba, bo wszędzie są ludzie o podobnych pasjach, każdy region naszego kraju jest piękny, wiec i trasy są malownicze, a o drobnych niedociągnięciach szybko się zapomina. 
Sezon to jednak nie tylko maratony, to tysiące kilometrów w różnych częściach Polski, pot, zmęczenie, otarcia i siniaki. Duma z pokonania swoich słabości. 
Przed nami kilka miesięcy zwolnionych obrotów, chociaż nie całkowitego lenistwa. Chuda pod okiem Roberta już rozpoczęła treningi do nowego sezonu. My z Gui jeszcze odpoczywamy. 

15 komentarzy:

Inkwizycja pisze...

Dziewczynki, odpoczywajcie jak najbardziej zasłużenie... mnie zawsze ogarnia zdumienie połączone z podziwem, jak takie drobinki, jak Wy, dają sobie radę z trudami trasy i przeciwnościami aury... Po prostu - macie wielkie serca, żelazne siły i ambicję!
Ściskam ;)

iwonka.w@neostrada.pl pisze...

Wielki podziw i szacunek, odpoczywajcie więc wspaniałe kobiety, pozdrawiam Iwona

Matka Krolow pisze...

Odpoczynek jak najbardziej zasłużony :). Gratulacje i słowa podziwu. Pozdrawiam ciepło (i zapraszam "do siebie")

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Jak ten czas leci, pamiętam poprzednie podsumowania, a tu już następne; zawsze Was podziwiam, a zwłaszcza tę rodzinną pasję; ilość przejechanych godzin, kilometrów, to tylko zawody, a ile jeszcze pomiędzy, prawda? nieustannie zachwycam się bardzo Waszymi cudownymi sukienkami na podium; pozdrawiam serdecznie.

consek pisze...

A ja się zastanawiam, czy Wy macie oddzielny pokój aby eksponować te wszystkie puchary :)

Sol i Alien pisze...

Gratuluję takich dokonań! :)
Mi strasznie brakowało roweru przez cały okres ciąży, ale muszę powiedzieć, że nigdy nie miałam aż tyle siły, by jeździć naprawdę daleko lub naprawdę długo.
Podziwiam i życzę owocnych eskapad w przyszłości... :)

Marchev ka pisze...

Gratuluję serdecznie :) I dziękuję za te wszystkie relacje, pokazujące, że jeśli się chce, to można wiele osiągnąć oraz za magiczne fluidy płynące z kolarskiej współpracy :)

Ruda pisze...

Mario, pomiędzy jest 5-6 razy tyle... pejzaże mijane wielokrotnie, wiatr, deszcz, ale także przecudne słońce, radość z przebywania z bliskimi .
Dziękujemy za miłe słowa.

Ruda pisze...

Dziękujemy za życzenia.

Ruda pisze...

Marchevko, dziękujemy :)

Krzysztof Gdula pisze...

Przeczytałem wszystkie wyświetlone mi posty:)
Czytając, robiłem sobie notatki. Oto pierwsze dwie:
-faszerowane dynie
-jej warkocz.
Dlaczego zwróciłem uwagę na tamto danie? Wiesz, że facet lubi zjeść, a ja lubię dania warzywne; moja kuchnia jest, delikatnie mówiąc, mało wymyślna; nie jadam takich rarytasów. Napiszesz parę słów o tym daniu? Czym była faszerowana ta dynia, jak podana? Proszę.
A warkocz… Uwielbiam dziewczęce i kobiece warkocze! Ilekroć je widzę, patrzę i podziwiam, aż muszę przypominać sobie o takcie i o możliwości bycia źle widzianym. Warkocz jest dla mnie jednym z symboli kobiecości i jedną z największych ozdób kobiety. Rok temu, będąc w stanie zauroczenia warkoczem, nawet napisałem o nim coś w rodzaju traktatu.
Dobrze, wystarczy tego wstępu niezupełnie na temat.
Jestem zaskoczony ilością organizowanych maratonów i ich uczestników. Także odległościami: o ile 150 czy 200 kilometrów jeszcze mieszczą się w granicach mojego spodziewania, to te kilkusetkilometrowe, a nawet tysiąckilometrowe trasy, są dla mnie czymś niesamowitym. Zwróciłem uwagę na rozliczne a konieczne, jak teraz wiem, przygotowania czynione przez organizatorów – są liczniejsze, niż można by spodziewać się na pierwszą myśl o rowerowym maratonie. Mnóstwo prac, które wykonują pasjonaci, jak myślę, bo raczej nie zarabiają na tym kokosów; popraw mnie, jeśli się mylę.
Zadziwiłaś mnie nie tylko swoją kondycją, ale i wojowniczym duchem, zaparciem, wolą walki ze swoją słabością. Jestem pod wrażeniem, Anno.
Ta burza w Górach Stołowych była niesamowita; próbuję wyobrazić sobie, jak jechałaś w takich warunkach, w potokach wody, przy kiepskiej widoczności i ze zdrętwiałymi dłońmi. Niejako z przeciwnej strony (wrażeń i warunków) widzę tamte grzyby przy drodze i rozumiem – będąc grzybiarzem - Twoją chęć zbierania ich.
Zwróciłem też uwagę na Twoje słowa o nieznajomości tych różnych nowoczesnych napoi i preparatów odżywczych. Pisałaś, że gdyby nie córki, to zapewne nadal miałabyś w bidonie herbatę. Tak jak ja:) Tyle że mój wysiłek jest łagodniejszy, nie tak intensywny jak Twój, więc mogę pozwolić sobie na swój tradycjonalizm żywieniowy w czasie wędrówek.
Czytając, poczułem odrobinę zazdrości. W góry chodzę sam nie tylko z powodu mojej skłonności do samotnych wędrówek i z powodu pracy z dala od rodziny, ale także dlatego, że nikt z moich nie chodzi. Zazdroszczę Ci, Anno, pasji dzielonej z Twoimi dziećmi, a i z mężem też.
Dobrej drogi przed Tobą, Anno. Pięknych widoków, satysfakcji, miłych chwil z przyjaciółmi, owocnego słuchania siebie i niespadających łańcuchów życzę. Przyjmij moje słowa podziwu.

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję, Krzysztofie :) Spróbuję zaspokoić Twoją ciekawość i odpowiedzieć na postawione mi pytania:
- dynia lub cukinia najczęściej faszerowana jest tradycyjnym farszem do gołąbków, czyli mięsem i ryżem z dodatkiem cebulki i ziół, które uprawiam na działce. Czasem dodaję to, co akurat mam w lodówce- grzyby, pomidory, a górze układam plasterek sera;
- tak, organizatorzy, zwani przez nas Orgami wykonują tytaniczną pracę, najczęściej całkowicie wolontaryjnie i za to należy się im szacunek i podziw;
- wspólne spędzanie czasu wyniosłam z rodzinnego domu- razem z ojcem i młodszą siostrą schodziliśmy wiele lat temu całe Beskidy i część Tatr. Myślę, że to dlatego potrafiłam pociągnąć za sobą bliskich, ale też włączyć się w ich pasje (m.in. odtwórstwo historyczne Chudej, zainteresowanie latarniami morskimi i mostami Gui) ;
- często jeżdżę samotnie, bo lubię pobyć ze sobą i swoimi myślami.

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, rozumiem, że dynia jest z tych małych, wydrążona w środku i po nafaszerowaniu pieczona. Narobiłaś mi smaku:)
Zapytam Kubę, mojego syna jeżdżącego rowerem, dlaczego nie bierze udziału w takich maratonach. Nie znam się na rowerach, ale jego jest chyba inny, taki bardziej wycieczkowy, i do wyścigów nie nadaje się. Często łapiesz kapcia? Jeździsz z zapasową dętką?
Bardzo chciałbym, żeby moja żona chociaż raz wyraziła chęć pójścia ze mną na włóczęgę i żeby podobało się jej tam…
Czuję potrzebę wyrażenia swojej nadziei graniczącej z pewnością: jesteś szczęśliwym człowiekiem, Anno.

Anna Kruczkowska pisze...

No tak, Krzysztofie, dynie są malutkie- wykorzystuję dynie ozdobne, których z 10 gatunków urosło na mojej działce. Niektóre miały miękką skórkę i pyszny miąższ, więc nadawały się na takie bardzo pokazowe danie.
Rower Twojego syna to prawdopodobnie rower trekingowy- też jeżdżę takim, gdy wyruszam na wyprawę- jest mocny, solidny i może udźwignąć wielokilogramowe sakwy. Do tego ma szerokie opony umożliwiające jazdę nie tylko asfalcie, ale także po piasku czy żwirze. Maratony pokonuje rowerem sportowym, ale nie jest to typowa "kolarzówka". Mam prostą kierownicę (a nie "baranka"), lekką ramę, 27 przełożeń (3 zębatki z przodu, 9 z tyłu) i przede wszystkim bardzo wąskie opony 23 mm, dla porównania rower trekingowy ma ok. 40 mm opony.
Jeżdżę z zapasową dętką, ale raczej dla zasady, gdyż w szosce nie potrafię zmienić- mam za mało siły. W tym roku pierwszy raz zdarzyło mi się złapać gumę, w trekingowym zdarza się to jeszcze rzadziej (jestem lekka, więc nacisk na opony jest niewielki).
Tak, jestem szczęśliwym człowiekiem- notorycznie i nieustannie.

Krzysztof Gdula pisze...

Dziękuję, Anno.
Czytając Twoje opisy, zwróciłem uwagę na brak wzmianek o wymianie dętek i także stąd moje pytanie. Także, ponieważ pamiętam, że mój syn często łapie kapcie. Czasami musi dokupować dętki, mimo iż zabiera ze sobą klej do ich klejenia. Waga? Pewnie tak, skoro rower syna dźwiga jego i niemałe wyposażenie, razem pewnie ponad sto kilogramów.
Szczerze mówiąc, to miałem jeszcze jeden powód zadania tamtych pytań: byłem ciekaw, czy sama wymieniasz dętki:) Nie dziwię się odpowiedzi, bo wiem, że nie jest to łatwa operacja dla kobiecych rąk.
Oj, masz więcej biegów w swoim rowerze, niż ja mam w scanii:(