sobota, 6 grudnia 2014

O tym, jak słowiańską suknię szyłam...

- Pani Aniu, jak to się stało, że pani też została Słowianką? - takim pytaniem przywitał mnie mój dawny wychowanek ( jeden z tych, którzy sprawiają, że kocham swój zawód).
- Widzisz, czasem jest tak, że przekazujemy swoje pasje dzieciom, ale czasem trzeba zrobić odwrotnie- jeśli chce się mieć bliski kontakt z dziećmi, uczestniczyć w ich życiu, trzeba też mieć udział w ich pasjach. Tak właśnie jest ze mną . Zazwyczaj to dzieci podążają za rodzicami, czasem jednak to rodzice idą za dziećmi.


No właśnie i tak to ze mną jest. Gdy Chuda zaczynała bawić się w odtwórstwo historyczne, przyglądałam się temu, co robi. Kibicowałam jej, podwoziłam na pokazy, pomagałam. Gdy zakładała stowarzyszenie, potrzebowała mojej wiedzy i wsparcia. Zostałam członkiem stowarzyszenia i wtedy dotarło do mnie, że nie da się dalej stać z boku, że jeśli powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Poprosiłam więc Chudą, by wykroiła mi suknie. Śmiała się ze mnie, bo ciągle ją o coś pytałam. Nie wiedziałam, jak połączyć poszczególne fragmenty tkaniny, szukałam odpowiednich wzorów haftów i kolorów nici.
Chuda pożyczyła od znajomego książki i mogłam poszukać inspiracji. Potem przez kolejne wieczory najpierw szyłam, potem wyszywałam kolejne elementy stroju. Wreszcie 4 grudnia w czasie kiermaszu w Pałacu mogłam zaprezentować pierwszą z moich sukien.
Kolejną, jeszcze nieskończoną założyłam w sobotę- kiermasz szkolny był na świeżym powietrzu, więc trzeba było się ciepło ubrać.
O ile o sobotniej imprezie napisze później, to pałacowej poświęcę kilka słów teraz.
W ubiegłym roku kiermasz był sympatycznym towarzyskim spotkaniem po którym wszyscy wystawcy byli zadowoleni. Sukces tamtej imprezy skłonił organizatorów do powtórki w tym roku. Niestety, tym razem dwudniowe spotkanie rękodzielników było tylko towarzyskim spotkaniem- kupujących jak na lekarstwo.


My jednak jakoś się tym nie przejęłyśmy . Z dwóch powodów:
po pierwsze spędziłyśmy ten czas owocnie- szyjąc i haftując , rozmawiając przy tym cały czas ( a czy robimy to w domu, czy w pałacowych komnatach, to nam obojętne)

po drugie- obok naszego stoiska rozłożył swoje prace właśnie mój wychowanek, obecnie również działający w odtwórstwie- rasowy gawędziarz, przy którym nie można się nudzić (ależ moje nauczycielskie serce się radowało!) Iluż ciekawych rzeczy się dowiedziałam i jak dobrze się słuchało dialogu dwóch doświadczonych odtwórców, przy których czułam się jak uczennica (takie odwrócenie ról, może być niesamowicie inspirujące).

W Pałacu przytrafiła się mi jeszcze jedna miła rzecz- przez kilka tygodni w naszej szkole gościł projekt Trzebiatoff i w ramach podsumowania koordynująca projekt dziewczyna- Monika prosiła o wywiad. Udzieliłam go w swojej słowiańskiej sukni w pięknych pałacowych wnętrzach. Towarzyszące mi dziewczynki spisały się na medal żywiołowo odpowiadając na pytania Moniki. Teraz czekamy na efekty naszej pracy. 

5 komentarzy:

consek pisze...

No po prostu jesteś kobietą renesansu w sukni ze średniowiecza :)

Lucia pisze...

I dlatego będziesz wiecznie mloda :)

awiola pisze...

Wspaniała, piękna. Podziwiam :)

Ruda pisze...

No i cóż powiedzieć? Dziękuję dziewczyny za takie budujące komentarze :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Szkoda, że kupujący nie dopisali, ale tak to jest w tym rękodzielnictwie, wolą do marketu; w sukniach wyglądacie jak prawdziwe Słowianki, i bardzo historycznie; pozdrawiam.