piątek, 28 lutego 2014

Trzebiatów- miasto wież

Pewnego dnia wybrałam się przed siebie rowerem.  Trasa była wyczerpująca i z radością przywitałam panoramę miasta majaczącą na horyzoncie. Była to jednak panorama mniej znana turystom nadjeżdżającym znad morza . Tę panoramę oglądają tylko ci, którzy mieszkają na „prawobrzeżu” lub zejdą z utartych szlaków turystycznych, przejdą przez tory i ruszą w stronę Mirosławic. To stamtąd rozciąga się widok na trzebiatowskie wieże.

Tamtego dnia postanowiłam bliżej przyjrzeć się miastu, tropiąc jego wieże i wieżyczki. Minęło trochę czasu, nim udało mi się zrealizować swój zamiar, ale efekty możecie sami ocenić.

Ponieważ jechałam od mojej cioci mieszkającej na „prawobrzeżu”, więc od tej strony zaczniemy. Tu najważniejsza wydaje się wieża ciśnień. Wybudowano ją w 1906 roku i przez ponad 80 lat służyła mieszkańcom. Dziś straszy pustymi oknami. Dla fotografów amatorów jest zaś nieustającym źródłem inspiracji. Nawet Chuda realizowała tam jedną ze swoich sesji.  


Kolejna wieża góruje nad miastem i jest jedną z jego wizytówek. To majestatyczna wieża Kościoła Mariackiego. Ta gotycka świątynia powstała na przełomie XIV i XV w. Z wieży rozciąga się fantastyczny widok, z linią Bałtyku na horyzoncie. Niestety obecnie widoku tego nie można podziwiać, ponieważ po tragicznych samobójstwach sprzed kilku lat wieżę zamknięto dla zwiedzających.



Jadąc w stronę rynku zauważyłam jedną z współczesnych kamienic i z pewnym zdumieniem odkryłam, że jej fasada posiada wieżyczkę.

W centrum miasta koniecznie należy zatrzymać się przy klasycystycznym ratuszu  (1701) z barokową wieżyczką zwieńczoną hełmem . Z wieżyczki co 3 godziny rozlega się hejnał zwany „łzami Dorotki” ze względu na imię pani burmistrz, która ów hejnał wprowadziła.



 Teraz trzeba zboczyć z głównej drogi i skręcić w stronę murów obronnych. To tam znajdziemy naszą ulubioną Basztę Kaszaną. Miejsce, gdzie latem można nas spotkać.  Idąc wzdłuż murów natrafiamy na niezwykle malowniczą secesyjną kamieniczkę pod wieżyczką. Na parterze znajduje się sklep komputerowy, w którym kupiłam kartę pamięci do mojego aparatu fotograficznego i ucięłam sobie turystyczną pogawędkę z przemiłą właścicielką.

Po drugiej stronie ulicy zauważamy już kolejna z wież- to neogotycki kościół św. Jana Ewangelisty, w którym modlą się wierni wyznania ewangelicko-augsburskiego.


Jestem coraz bliżej domu. Na ul. Wojska Polskiego mijam kościół z czerwonej cegły, jest to kaplica św. Gertrudy (1400r.), która służy obecnie grekokatolikom(p.w. Św. Piotra i św. Pawła)

Z tego miejsca warto spojrzeć w głąb ulicy Wojska Polskiego , zauważymy wówczas XIX-wieczne kamieniczki zwieńczone kolejnymi wieżyczkami.



To już prawie koniec wycieczki. Na wprost mojego osiedla znajduje się niesamowicie ciekawa budowla. To wieża bramna jednostki wojskowej. Unikatowa budowla na skalę naszego kraju. Zabudowania jednostki mają już ponad sto lat. Ale opowiem o nich innym razem- kiedyś pisałam pracę dyplomową o zabytkowych budynkach tejże jednostki (niestety robione wówczas zdjęcia bezpowrotnie „zżarł” wirus milenijny. )

środa, 26 lutego 2014

Przy kawie

Korzystam z urlopu. Przede wszystkim spotykam się z tymi, których trochę zaniedbałam ostatnimi czasy, a teraz wreszcie mogę im poświęcić cała moją uwagę.
Do mojej niezwykłej cioci wybrałam się o poranku. Podobnie jak ja jest skowronkiem, więc kawa o ósmej nie jest jej straszna.
O cioci mogłabym wiele napisać. jest siostrą mojej teściowej i podobnie jak ona ma w sobie wewnętrzne ciepło i żar. To tego dochodzi potrzeba pomagania innym. Zamiast się rozwodzić nad działalnością tej niezwykłej kobiety pozwolę Wam poczytać o niej:
Prowadzi też fajną stronę na facebooku.


Pogadałyśmy sobie, wypiły zdrowy sok i kawę.
I o kawie teraz będzie, bo to u cioci zobaczyłam kiedyś cudnej urody filiżankę, którą zapragnęłam mieć. 

Na filiżance się nie skończyło, bo nagle okazało się, że ja koniecznie muszę mieć kawiarkę, by co rano mężowi kawę z pianką serwować i termosik, żeby mieścił się w uchwycie na bidon, gdy jadę w trasę. I tak niepostrzeżenie stałam się właścicielka kilku przydatnych gadżetów.
A kawa Aurile, którą serwuje ciocia (i teraz ja też) ma niesamowity aromat.


Za chwilę zaparzę sobie kawę do termosu, wsiądę na rower i pognam do kolejnej z moich niezwykłych kobiet. Będą pogaduchy, kawa, herbata i nocne rozmowy.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Filiżankowa gawęda

Zacznę od anegdoty usłyszanej przed laty w Opolu, gdzie studiowałam filologię polską. Było to na tyle dawno, że czasami zastanawiam się, czy rzeczywiście spędziłam w Opolu trzy lata. Było to w czasie zajęć z leksykologii i leksykografii, która to była moim ulubionym przedmiotem w owym czasie.  Pani doktor wykładająca przedmiot opowiedziała, jak pewien Japończyk, językoznawca, zapytany o to, jakie pamiątki zabierze z Polski odpowiedział, że imię dla swojej córki. „A jakież to imię”- zapytali zdziwieni naukowcy. „FILIŻANKA”- odpowiedział Japończyk. Podobnie jak ów naukowiec uważam słowo „filiżanka” za najładniejsze w polskim słowniku.
Filiżanki fascynowały mnie chyba od zawsze. Nie wiem, czy to ze względu na ich kruchość, czy przeznaczenie. Pierwszą filiżankę dostałam w prezencie komunijnym, Była to  porcelana z Chodzieży (jak informuje ledwo widoczna pieczątka), na którą artystka ludowa z Opola naniosła charakterystyczny delikatny opolski wzór. 

Postawiono ją w towarzystwie resztek chińskiej porcelany, która przetrwała wojenną pożogę. 


Babcia opowiadała, że z całego serwisu udało się uratować zaledwie cukiernicę i jedną filiżankę. Reszta została zniszczona przez wkraczających do kraju Rosjan, którzy byli pewni, że złocenia tych przedmiotów to prawdziwe złoto i… obtłukiwali je z reszty, niszcząc bezpowrotnie przepiękna porcelanę. Mieli ponoć całe skrzynie pełne skorup.


Przyglądałam się tym osieroconym cackom, schowanym w kredensie na wysoki połysk.  Z czasem do kolekcji dołączyła komunijna filiżanka mojej siostry.  Zamazana ledwo widoczna sygnatura wskazuje, że komplet składający się z filiżanki, spodeczka i talerzyka pochodzi z Bogucic, zaś domorosły artysta naniósł na talerzyku złoty napis „pamiątka pierwszej komunii świętej”.


Z tej wspomnieniowej części kolekcji pochodzi jeszcze filiżanka z rodzinnego serwisu. I choć wzór wydaje się podobny, to komplet pochodzi z faktury w Tułowicach.


I na zakończenie tej części filiżankowej opowieści jeszcze jeden zestaw śniadaniowy- podarowany mi przez siostrę (wygrzebany na targu staroci). Zestaw wyprodukowano w… Chodzieży(!), o czym informuje sygnatura na talerzykach. Ta na filiżance wygląda zupełnie inaczej, niestety nie udało mi się jej znaleźć w katalogach.


Mam w planie opowiedzieć więcej o swojej kolekcji, która obecnie liczy już ponad 50 filiżanek. Czekajcie zatem na ciąg dalszy .

wtorek, 18 lutego 2014

Karnawałowe słodkości

Uff… zdążyłam! Prawie rzutem na taśmę! Karnawał taki długi, a ja o mały włos, a nie przygotowałabym faworków, pączków albo całusków. ( no bo i dla kogo miałabym je szykować? Trudno sobie wyobrazić, że zrobię dwuosobową porcję faworków;)
Na szczęście przyjechały dziewczyny i było dla kogo usmażyć całuski. Zdecydowałam się na to, co najprostsze, bo czasu u nas jak zwykle deficytowo. Chuda i Gui przenoszą swoje skarby do wyremontowanego pokoju, ja mimo ferii pracuję. Mamy też masę innych zajęć, ale o tym w innym wpisie (obiecuję, że będzie ). Póki co, ciągle mamy siebie za mało, ale tak to już jest, że dorosłe dzieci opuszczają rodziców i zaczynają swoje własne życie. Dobrze, że czasem wracają i mam je dla siebie choć na kilka dni. 

Całuski robi się szybko i łatwo.
Przygotowałam:
2 szklanki mąki
3 duże łyżki serka homogenizowanego
2 żółtka
1łyżeczkę proszku do pieczenia
1 łyżkę rumu
1 łyżkę cukru
1/2 litra oleju
Cukier puder.
Mąkę wymieszałam z żółtkami, serkiem, proszkiem do pieczenia, rumem i cukrem. Odłożyłam na parę minut. W tym czasie przygotowałam garnek do oleju, a dokładniej to… przeprosiłam się ze starym wokiem. Okazało się bowiem, ze garnek do frytury tak długo leżał nieużywany, że do użytku przestał się nadawać. Próba umycia zakończyła się fiaskiem. Teraz leży w zlewie i się moczy w detergentach.
Nalałam więc olej do woka i zaczęłam rozgrzewać. W tym czasie z ciasta uformowałam małe krążki – ciasto rozwałkowałam na gruby placek i wycięłam kieliszkiem kółeczka.
Potem kółka wylądowały na gorącym oleju. Trzeba uważać, żeby tłuszcz nie był za gorący, bo ciasta przypalą się z wierzchu, a w środku będą surowe. No i trzeba być ostrożnym, bo olej lubi pryskać.

Gui w tym czasie przygotowała papierowe ręczniki do odsączenia nadmiaru tłuszczu z całusków.
Drugim jej zajęciem było pstrykanie zdjęć jej nowym aparatem, ogólnie obie się dziś w fotografki bawiłyśmy- ona dostała małe fuksjowe cudeńko typu idiotenkamera (żeby się w kieszeni zmieściło), a ja stałam się właścicielką jej poprzedniego aparatu, który bardzo lubię (będę teraz morze fotografować namiętniej niż dotychczas )

A wracając do całusków- po odsączeniu z tłuszczu posypałam je cukrem pudrem. Nim zdążyły wychłodnąć, zostały skonsumowane. 


A jutro jedziemy do Szczecina.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Na turystyczno-szantową nutę

15 lutego w trzebiatowskim Klubie Wojskowym odbył się koncert muzyki turystyczno-szantowej. Zaprezentowało się czterech wykonawców: Zespół Kabestan, Paweł Frączek, Krzysztof Karczewski i Wiktoria Łukaszewicz, Mariusz "Zejman" Ściesiński oraz Piotr Ściesiński i Centrala 57. 

Kabestan składający się z młodych muzyków znanych mi z innego projektu (Allium, w którym grała i śpiewała swego czasu Marzenka) rozpoczął imprezę kilkoma szantowymi klasykami, w tym uwielbianymi przeze mnie "Mewami". 

Paweł Frączek, Krzysztof Karczewski i Wiktoria Łukaszewicz wyciszyli i przenieśli publiczność na górskie szlaki, a Wiktoria wyczarowała swoim delikatnym głosem prawdziwie nostalgiczny nastrój.


Zejman zaprezentował szanty przesiąknięte autentyzmem, czasem bardzo nostalgiczne, innym razem pełne humoru i radości. Wszystkie chyba słyszałam już przy innej okazji, w innych okolicznościach, niemniej ich ponowne wysłuchanie sprawiło mi naprawdę ogromną przyjemność.

Jako ostatni wystąpił Piotrek Ściesiński w towarzystwie chłopaków z Centrali 57. 

Na ich koncercie nie zostałam jednak do końca, jednak już to co widziałam pozwalało przypuszczać, że ostatnia część imprezy będzie energetyczną bombą, która poderwie spokojną dotąd publiczność do tańca. Gdy wraz ze znajomymi opuszczaliśmy salę, pod sceną bawiła się już spora grupa, później było ponoć już tylko lepiej. A znając dobrze tych akurat wykonawców wcale mnie to nie dziwi, potrafią oni bowiem poderwać do zabawy chyba każdego. 


Cała impreza okazała się moim zdaniem sporym sukcesem trzebiatowskiego Klubu Wojskowego - o istnieniu dwóch pierwszych zespołów nie miałam dotąd pojęcia, a przekonałam się, że warto się nimi zainteresować. Planowana jest ponoć kontynuacja tej imprezy, co bardzo mnie cieszy, gdyż szanty należą do tych gatunków muzycznych, które cenię i lubię. Mam nadzieję, ze na zapewnieniach się nie skończy i już wkrótce będę mogła bawić się na kolejnej takiej imprezie. :)

Zdjęcia dzięki uprzejmości Adama Litwinowicza 


sobota, 15 lutego 2014

"Co myśmy zrobili?"- czyli o walentynkowym oglądaniu "Hobbita"

Do Walentynek należy się odpowiednio przygotować, zatem w czwartek zakupiłam odpowiednie ingrediencje, by walentynkowy wieczór spędzić w miłej atmosferze. O 19.00 zasiedliśmy w troje, czyli Ślubny, Chuda i ja do kolacji.  Na stole znalazły się nasze ulubione potrawy- tatar, kilka rodzajów sera, trochę warzyw i bakalie. Całości dopełniało wyśmienite czerwone wino cabernet savinion z owoców dojrzewających w słonecznej Afryce.

Aby wieczór był jeszcze przyjemniejszy włączyliśmy sobie film – część drugą „Hobbita”. Celowo nie byliśmy w kinie, bo po pierwszej części nie widzieliśmy takiej potrzeby, ale ciekawiło nas to, co zrobił Jackson z powieści Tolkiena.

Dobrze, że mieliśmy wino… Już pierwsza część była nudna i rozwlekła, ale to co zobaczyliśmy wczoraj należałoby przemilczeć albo szybko zapomnieć. Z ekranu wieje przerażającą nudą. Chuda stwierdziła, że poniżej krytyki są efekty specjalne. Smok, który miał przerażać i w opiniach, czytanych wcześniej był genialny, nas jakoś nie przekonał. Muzyka, która ratowała jeszcze pierwszą część, tu prawie nie istniała (pojawia się sporadycznie i … w końcowej części napisów końcowych). Zachwycać mogły jedynie plenery i wnętrza.

 Ponieważ obie jesteśmy obecnie na etapie baroku, zgodnie stwierdziłyśmy, że to słowo klucz do tego filmu. Po pierwsze przerost formy nad treścią, po drugie iście barokowe obrazowanie. Światłocień jak u Rembrandta, miasto i jego mieszkańcy jak u Velazqueza bądź Vermeera. Naturalizm jak u Caravaggio.
Elfickie i krasnoludzkie wnętrza jak w schyłkowym gotyku- miałyśmy nieodparte wrażenie, że ktoś zapatrzył się na „Katedrę” Bagińskiego.
Gdy Bilbo Baggins po 3 godzinach filmu z przerażeniem zapytał :”Co myśmy zrobili?” My jak echo powtórzyliśmy to samo.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Smak gierczyńskich czereśni

W ramach odpoczynku po pełnym ekspresji i wrażeń dniu w pracy postanowiłam odpłynąć w wspomnienia. Pomogła mi w tym zaprzyjaźniona blogerka, umieszczając u siebie aktualne zdjęcie "Domku pod Orzechem”.
Ostatnio było o trawach izerskich, dziś o… czereśniach. Znam przynajmniej kilka osób, dla których smak Gierczyna, to właśnie smak czereśni.
Dlaczego? Ano właśnie. W czasach dosyć odległych, gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam w Izery, wzdłuż drogi do wsi i potem aż do Lasku (czyli Fersztla) rosły stare, powykrzywiane drzewa czereśniowe. Wczesnym latem obsypane były ciemnymi, prawie czarnymi, soczystymi i aromatycznymi owocami. W granicach naszego poletka rosły dwa takie drzewa. 
Jedno bliżej drogi, drugie- przy samym domu. To pierwsze drzewo pamiętam tylko z początkowych wyjazdów, któregoś roku przewróciło się. Na zdjęciu, które znalazłam w domowym archiwum (mam wtedy niecałe 10 lat) już go nie widać. Stoi za to dorodna jabłoń. Niestety, tego drzewa też już nie ma. Pewnego lata uderzył w nią piorun.


Druga czereśnia rośnie przy samym domu. Przez lata towarzyszyła mnie i mojej siostrze, a potem moim dzieciom. Pod nią bawiliśmy się i odpoczywaliśmy, a z jej soczystych owoców co roku powstają cudowne dżemy.





W okolicach Lasku rosną jeszcze inne czereśnie- dzikie (sama też sobie takie dwie wyhodowałam i mam już pierwsze owoce) 

Kwitnące czereśnie

W czasie moich wędrówek z dziećmi wyodrębniliśmy przynajmniej trzy gatunki „dziczek”- całkiem drobne, ale niezwykle intensywne w smaku- czarne oraz trochę większe w dwóch kolorach i smakach. Jedne ciemnożółte z rumieńcem- bardzo słodkie, wręcz lepkie od słodyczy i drugie ciemne- intensywne, ze specyficzną goryczką, mniej soczyste, ale sprawiające, że kompot z nich jest największym rarytasem.
Do dziś dzieci pamiętają nasze wyprawy na Kotlinę, aby nazbierać czereśni albo nad Przecznicki Potok, gdzie też rosły przynajmniej dwa duże drzewa. Z resztą na miedzach rosło ich całkiem sporo.
W ubiegłe wakacje czereśnie tak niesamowicie obrodziły, że przez kilka dni je zbierałam i przerabiałam. Robiłam nie tylko kompoty, ale i dżemy. Teraz są cudnym wspomnieniem lata, słońca, beztroski…



Żałuję tylko, że tak rzadko mam okazję  oglądać te drzewa w pełnym rozkwicie…

Na zboczu Blizbora

czwartek, 6 lutego 2014

Kolejna książka o człowieku i jego emocjach

Zdecydowanie mam za wiele zajęć, pomysłów na nowe projekty, otwarte na oścież drzwi na nowe możliwości. Narzekam? Nie, bo przecież inaczej nie potrafię funkcjonować. Głowę mam wiecznie w chmurach i korzystam z każdej możliwości rozwoju. Nie ja jedna. To samo mogłyby powiedzieć Chuda i Gui (Chuda jednocześnie uczy się do egzaminów i uczestniczy w niesamowitych projektach fotograficznych, o czym pisze u siebie.
Ale nie możliwościach, perspektywach i projektach będzie mowa w tym poście, tylko o książce Olgi Tokarczuk „Gra na wielu bębenkach”. 


O książce już wspominałam- dostałam ją pod choinkę i  przez miesiąc czekała na swoją kolej. A gdy już wreszcie po nią sięgnęłam, ciągle coś mnie od czytania odrywało. A to kolejne szkolenie, warsztaty, praca, piękna pogoda i chęć wyjazdu nad Bałtyk, rozmowy z bliskimi.  A przecież wiemy, że książek Olgi Tokarczuk nie da się czytać z głowa zajętą czymś innym. Trzeba się im poświęcić całkowicie, zanurzyć w niezwykłym świecie, rewelacyjnym języku, powolnej narracji.
Na szczęście „Gra na wielu bębenkach” to zbiór opowiadań, więc czytałam je pojedynczo. Co wieczór jedno do poduszki.
Po pierwszych opowiadaniach wydawało mi się, że znalazłam klucz do tej książki, że tak, jak w "Biegunach" nadrzędnym tematem jest podróż, tak tu są to twórcy i twórczość. Bardzo szybko przekonałam się, jak bardzo się mylę. Co zatem łączy opowiadania zebrane w „Grze…”? Człowiek i jego emocje.  Po raz kolejny Tokarczuk przeprowadza głęboką analizę ludzkich uczuć, zachowań, marzeń. Pozostawia czytelnika z dylematami swoich bohaterów, zmusza do poszukiwania motywu ich działań i zachowań, do pytania o genezę relacji międzyludzkich.

Może nie rzuciła mnie ta książka na kolana, bo to zarezerwowane jest dla „Biegunów” i "Prawieku” (no  czasami  jest to i „Dom dzienny i dom nocny”), ale wiem, że będę po nią sięgać, że za kilka tygodni, bądź miesięcy do niej wrócę. Zapiszę aforyzmy i metafory, podkreślę miejsca, które dla mnie są szczególnie ważne.