poniedziałek, 31 marca 2014

Z wizytą w maminym ogrodzie

Wiosna przyszła w tym roku niezwykle punktualnie. Zazieleniły się już ogrody i parki, rozkwitają rabaty, drzewka owocowe i barwne kobierce na skwerach. Ale nie zabiorę Was dziś po spacer pomiędzy szczecińskimi krokusami, oprowadzę Was za to po działce mojej mamy, następnym razem wybierzemy się na spacer po trzebiatowskim parku.

W sobotę udało się w końcu zrobić, planowane od miesiąca, ognisko. Zanim jednak przyszło całe zaproszone towarzystwo, na działkę pojechałam z T. zawieźć zakupy. On zajął się przygotowywaniem drewna na ognisko, ja postanowiłam wykorzystać mamine kwiatki do nauki obsługi mojego nowego nabytku - lustrzanki cyfrowej. I do wtóru dobywających się zza altany odgłosów rąbania drewna, zabrałam się do odnajdywania kolejnych znamion wiosny: 





Od kwiatków, zdecydowanie lepiej wyszły mi gałązki - porzeczki i gruszy:



Na sąsiedniej działce, sąsiadka korzystała z uroków przepięknej pogody i oddawała się na lekturze, którą jednak przerwała na mój widok - zapytała o studia, rodzeństwo, codzienność. Obok niej kwitło takie drzewko: 

 

Gdy uznałam, że dość zdjęć na ten jeden dzień, odstawiliśmy auto, wróciliśmy na działkę i w towarzystwie znajomych spędziliśmy przy ognisku niemal pół nocy, rozmawiając, śmiejąc się, śpiewając i grając. Obserwowaliśmy też cudownie czyste i rozgwieżdżone niebo (udało mi się dostrzec przepiękną spadającą gwiazdę!) i snujące się znad rzeki mgły. Noc wprawdzie była jeszcze chłodna, ale przy ogniu i w gronie bliskich, chłód nie był specjalnie odczuwalny. :)

poniedziałek, 24 marca 2014

Na klifie w Trzęsaczu.

O poranku siedzimy z Chudą przy kawie. Jest kilka minut po siódmej. Właśnie wróciłam z długiego spaceru z psem. Zdążyłam wstawić  kawiarkę na gaz, gdy zapach kawy obudził Chudą. Niespiesznie pijemy więc naszą latte o smaku karmelowym. Ostatnio kupiłam taką smakową kawę marki Prima. Nawet nam smakuje, jej zaletą jest to, że ma karmelowy aromat, a nie jest słodka- żadna z nas nie słodzi. 
Rozmawiamy o architekturze i literaturze fantasy, o fantasy możemy codziennie i bez przerwy, choć Czesia bardziej niż ja. Czas tylko dla nas. Za kilka godzin obie wsiądziemy na rowery i każda z nas wykona założony plan - Chuda pojedzie do Szczecina, ja nad Bałtyk.


Ponieważ pogoda zachęca do długiej jazdy decyduję się na Kamień Pomorski, Dziwnówek, Trzęsacz. Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że spędzę trochę czasu w Kamieniu i zwiedzę miasto, ale póki co, jeszcze nie dziś. Dziś od razu skręcam do Dziwnówka, ale i tam się nie zatrzymuję, bo założyłam sobie, że kawę wypiję w Trzęsaczu (w Dziwnówku wszystko jeszcze pozamykane, a w Trzęsaczu mam pewność, że przy samym tarasie widokowym będzie czynna kafejka) 

Trzęsacz- każdy, kto odwiedził Wybrzeże Rewalskie, doskonale zna to miejsce z osamotnioną ścianą kościoła wiszącą na klifie. Sterczącą jak memento, przestroga, dla tych, którzy chcą się przeciwstawiać naturze, ujarzmić ją. 

Kościół wybudowano wszak w głębi lądu. Morze znajdowało się 2 km dalej. Legenda głosi, że rybacy wyłowili z morza Zielenicę, córkę Króla Morza. Zamknięto ją w kościółku, a gdy zmarła z braku słonej wody i tęsknoty za wolnością, pochowano w poświęconej ziemi. Bałtyk tak długo wściekle uderzał w brzeg, aż dotarł do kościoła i odebrał ciało ukochanej córki, niszcząc przy tym dzieło zadufanych w sobie, okrutnych ludzi. 



Ocalała tylko jedna, boczna ściana. "Pamiętaj człowieku, że nie jesteś wszechmocny! Zawsze bądź człowiekiem, kieruj się miłosierdziem."

Gdy pierwszy raz odwiedziłam Trzęsacz ponad 20 lat temu na klifie stała cała ściana, wokół rosły drzewa, a wzdłuż ścieżki rozlokowały się kramy. Kilka lat później sztorm zabrał kolejny fragment ściany. To wtedy podjęto się zabezpieczenia resztek zabytku. Obmurowano go, odgrodzono od turystów, Utwardzono klif. I wybudowano taras widokowy. Ostatnimi laty poprawiono estetykę deptaku, teraz prezentuje się ciekawie z wzorem w nutki i klawisze fortepianu.  Tylko z okien kafejki widok nieciekawy na budowę i obskurny kiosk z płyt wiórowych.  Wiosną zakwitną tu wielobarwne kwiaty, deptak zaroi się od spacerowiczów, otworzą się drzwi sklepów i kawiarni. Mnie rok temu urzekły kwitnące migdałowce. 


A restauracja, zgodnie z moim przypuszczeniem, była czynna i oblegana przez miłośników ryb, placków po węgiersku i makaronu. Widać mają dobrego kucharza, bo klientów nie brakowało. Ja skromnie zamówiłam latte i galaretkę z bitą śmietaną. Posiedziałam chwilę i pojechałam dalej, chwilę jeszcze cieszyłam wzrok linią morza, by powoli oddalać się od niego i wracać do domu.


 Gdy ja opowiadam wrażenia teściom, dzwoni Czesia, że dojechała do Szczecina. Mija kolejna cudowna niedziela. 

czwartek, 20 marca 2014

O pewnym niezwykłym popołudniu...

19 lutego wraz z mamą i Marzenką wzięłyśmy udział w fantastycznym przedsięwzięciu. Zostałyśmy bowiem zaproszone na zdjęcia przez Bartka i Remika, którzy organizują przepiękne sesje zdjęciowe, jako Slevinaaron Photography. Współpracowałam już z Nimi wielokrotnie i efekty każdej z tych sesji zachwycały mnie niezmiennie. Tym razem panowie zaproponowali udział w sesji całej naszej trójce.


Spędziłyśmy więc z dziewczynami przemiłe popołudnie w towarzystwie Bartka i Remika. Kto zdążył już nas poznać, wie jaki zamęt wokół siebie robimy, wobec czego wiele było śmiechu, rozmów na różne tematy i wzajemnych zachwytów. 
 
Pierwsza część sesji, była zaplanowana jako sesja wspólna - moja, mamy i Marzenki. W założeniu miała pokazywać naszą bliskość i sądzę, że chłopakom udało się to doskonale uchwycić. 
 

Wciąż fascynuje mnie, jak przy użyciu najzwyklejszych przedmiotów udaje im się wyczarować tak niezwykłe sceny. 



W drugiej części mama i Marzenka wcieliły się w bajkowe postaci. Mnie ta część już nie dotyczyła - Śpiącą Królewną byłam już jakiś czas temu.



Mama została Królową Kier z "Alicji w Krainie Czarów", kim została Marzenka dowiedzie się za jakiś czas, gdy Bartek opublikuje jej wcielenie. :) 


My wyszłyśmy od Bartka i Remika zachwycone - zarówno efektami ich pracy, jak i ich niezwykłą wyobraźnią. Jak dowiedziałam się później oni również byli zachwyceni...moją rodzinką. Ochom i Achom nad mamą i Marzenką nie było końca. 

Po powrocie do mojego mieszkania zamówiłyśmy pizzę i spędziłyśmy wieczór na rozmowach i oglądaniu kolejnej bajki. 
Więcej zdjęć z tej sesji znajdziecie TU.

poniedziałek, 17 marca 2014

Filiżankowe miniaturki

Zaparzyłam białą herbatę z różą i napełniłam aromatycznym naparem dwie filiżaneczki- Chuda jeszcze jest w domu, więc mi towarzyszy. Komplet , z którego sączymy naszą herbatę jest elementem prezentu, jaki dostałam od Gui i jej Macieja na Gwiazdkę rok temu. Filiżaneczki wyglądają jakby je z serwisu dla lalek ktoś zabrał, więc i dolewania będzie sporo.


Wszystkie dzisiejsze bohaterki mają podobny rozmiar- trochę większego naparstka :) Część z nich to typowe proste filiżanki do czarnego esspresso, część ma kształt "herbaciany". Łączy je rozmiar.
Za pierwszą w tej kolekcji miniaturek należy uznać przedstawicielkę 12 osobowego serwisu z cudnymi chabrami. Dostałam go w czasie swoich studiów w Opolu ponad 25 lat temu.


Inną filiżaneczką z anegdotą jest owo maleństwo z Chodzieży. Piłam z niej herbatę, ilekroć odwiedzałam wdowę po chrzestnym mojego Ślubnego. Wdowa była rodowitą Wielkopolanką i mówiła gwarą wielkopolską, co mnie ogromnie fascynowało (sama przecież mówię gwarą śląską). Po jej śmierci filiżanka została mi sprezentowana.

Kolejna część kolekcji to znów prezenty. Najczęstszymi ofiarodawcami tej części zbiorów były moje wówczas jeszcze mocno nieletnie dzieci. Cena tych cudeniek nie przekraczała najczęściej tygodniowego kieszonkowego, więc Maluchy mogły sobie pozwolić na taki prezent dla mamy. Filiżanka z Mikołajkami jest trochę późniejsza i pochodzi z kolekcji AVONu.



To niewielkie cudo z żółtą różyczką pochodzi z kolekcji Rosenberg.


W pewnym momencie dzieci, zwłaszcza Chuda zorientowały się, że ceny filiżanek używanych, przywożonych na targowisko z tzw. wystawek są jeszcze bardziej przystępne i zaczęło się polowanie na okazje. Często spacerowaliśmy wspólnie i wybierali kolejne eksponaty.

Filiżaneczka z rokokowym wzorem pochodzi z Chin. 

To niebieskie cacko, zachowane w bardzo dobrym stanie pochodzi z lat czterdziestych ubiegłego wieku, a wyprodukowano je, jak głosi sygnatura w niemieckim Ilmenau. 
Tę filiżaneczkę, rodem z Wałbrzycha, ktoś chyba bardzo lubił, nim trafiła najpierw na targowisko a potem do mojej kolekcji, gdyż złocenia są mocno wytarte. 

Ćmielowskie cacko z delikatnej porcelany należy do moich ulubionych. Zgodnie z sygnaturą prawdopodobnie powstało w okresie międzywojennym. I  należy do kolekcji specjalnej.


Została nam taka oto sierotka, sierotka podwójna, bo bezimienna. Brak sygnatury utrudnia mi znalezienie jej pasującego talerzyka. Ale myślę, że w czasie kolejnych wizyt na ulubionym zbiorowisku cudów wszelakich w Mirsku znajdę i dla niej odpowiednie towarzystwo. No i w ten sposób dotarliśmy do kolejnej zapowiedzi- następna gawęda będzie o skarbach wygrzebanych na targowiskach. 

piątek, 14 marca 2014

Katalog rzeczy porzuconych

„Ludzie kupują w sklepach rzeczy gotowe”. Oj kupują: ubrania, buty, żywność w plastikowych opakowaniach, bibeloty.  Bo promocja, bo nowa kolekcja, bo przecena, wyprzedaż, bo ładne, kolorowe… I jak bezrefleksyjnie kupują, tak potem porzucają. Zapominają w szafach, schowkach, szufladach, bądź po prosty wyrzucają. WYRZUCAJĄ. Dobrze, jeśli do śmietnika w odpowiednim kolorze ( no przecież mamy taką ustawę- śmieciową) albo do kontenera PCK. Gorzej, gdy rzeczy porzucane są gdziekolwiek. A teraz po zimie widać to boleśniej niż w innych porach roku.
A ja  chodzę po okolicznych łąkach i nieużytkach z moim psem i ciągle się dziwię, jak ten Mały Książę, którego fragment zacytowałam na początku.  
Zbiory poniższe pochodzą z jednego tylko spaceru. 

Najpierw znalazłam porzucony krokus bez cebulki i tak mi się żal zrobiło tego zmarnowanego piękna. Zabrałam kwiatek do domu. 



Za chwilę na mojej ścieżce pojawiła się bezgłowa kaczuszka, która już nigdzie nie odleci. 











A gdy zauważyłam dwa buty gotowe do drogi, miałam już gotowy pomysł na wpis i tytuł tego wpisu.












Potem były standardowe butelki, wiaderka, plastikowe pojemniki.
Te opony już nigdzie nie pojadą...
Co to jest? Nie wiem....

Kwiaty same poszły na spacer...

 I ślimak porzucił swój domek...Na zawsze i nieodwołanie...


wtorek, 11 marca 2014

Filiżankowa gawęda- tym razem z kwiatami w tle.

Zaparzyłam zieloną herbatę, przy jej aromacie opowieść snuje się łatwiej, a będzie o to opowieść o filiżankach w kwiaty. Mam ich sporo w kolekcji, bo sama takie wybieram , gdy przeczesuję bazarki i sklepy, a i moi bliscy właśnie takimi najczęściej mnie obdarowują.

Zacznę jednak od filiżanki, która znalazła się w mojej kolekcji za przyczyną moich uczniów. Otóż od wielu lat było wiadomo, że pani od polskiego to lubi książki i kolejne pokolenia absolwentów biegały do naszej bibliotekarki po radę, co też sprezentować na zakończenie roku szkolnego. Z tej dziecięcej wdzięczności mam kilka pięknych albumów o Polsce , słowników i zbiór aforyzmów. Jednak pewnego razu uczniowie nie pobiegli do biblioteki, ale do mojej koleżanki, która zdradziła im sekret mojej filiżankowej kolekcji .  I tak w czerwcu pewnego roku stałam się posiadaczką śniadaniowego kompletu z uroczym serduszkiem (przez które czasami ulatuje nadmiar pianki) .


Kolejna filiżanka została mi sprezentowana na urodziny przez mojego męża. Było to w Gdańsku, w czasie naszej tradycyjnej podróży urodzinowej.  Spędziliśmy cudowny weekend zwiedzając miasto, a w ostatnim dniu mąż zaciągnął mnie do sklepu z porcelaną i poprosił, bym sama wybrała. Wybór był bardzo trudny, ale ze sklepu wyszłam z taki cackiem rodem z Japonii (sygnatura głosi: Yamasen Fine Porcelain  24 Gold Collection Japan ):


O naszej wyprawie piszę na innym blogu, a o późniejszej wyprawie do Gdańska z Gui można przeczytać tu.
Następne cacko jest prezentem moich przyjaciółek. Wszystkie trzy mamy to samo imię, więc spotykamy się z okazji imienin i obdarowujemy to tym,. to tamtym.

Jeżeli ktoś zna mnie odpowiednio długo wie, że moim ulubionym nurtem w sztuce jest impresjonizm, a obrazy Moneta mogłabym podziwiać godzinami, czego doświadczyła najpierw moja szwagierka a  Chuda w czasie naszej wyprawy do Londynu.  Wówczas to w Tate Modern Gallery trudno było mnie odciągnąć od ostatnich Nenufarów malarza, tych namalowanych po 1916 r. gdy Monet był już prawie ślepy. Wspominałam już tym przy okazji pewnego egzaminu. Warto tu dodać, że uwielbiam także lilie wodne uwiecznione przez mistrza i gdy tylko mam okazje fotogafuję je w naturze, co jeśli ktoś śledzi bloga, dało się zauważyć. 

W czasie jednej z naszych wspólnych eskapad po szczecińskich galeriach handlowych zawitałyśmy do sklepu z porcelaną Rossenthal. Oczywiście nie stać na tę porcelanę, ale w sklepie była też kolekcja sygnowana  przez firmę Goebel.  Myślę, że już wówczas dziewczyny zaczęły się umawiać, by mi ją sprezentować.


Jak widać jest to filiżanka do espresso  i trochę nie pasuje do pokazanych wcześniej, ale dzięki temu stanie się zapowiedzią kolejnej gawędy o moich najmniejszych filiżaneczkach. 

niedziela, 9 marca 2014

Rowerowy Dzień Kobiet w Szczecinie

Szczeciński Plac Lotników, 8 marca, tuż przed 10 - dojeżdżam na miejsce zbiórki. Widzę niemały tłum składający się przede wszystkim z pań i ich rowerów, wszystkie znalazłyśmy się w tym miejscu z powodu Rowerowego Dnia Kobiet organizowanego przez Madbike. Około stu rowerzystek (jak po wstępnych rachunkach podali organizatorzy) ruszyło przez Szczecin. 

Najpierw pod Urząd Miejski na pamiątkowe zdjęcie, później przez Jasne Błonia i Park Kasprowicza do Muzeum Techniki i Komunikacji. Czasowa ekspozycja Harleyów była tym, co mnie uwiodło, a kolejne modele Junaków podbiły moje serce. Do tego pojazd Pana Samochodzika, damka z lat 20 XX w. i prototyp dziwnego pojazdu wyglądającego jak skrzyżowanie lodówki z motocyklem. 

Z muzeum ruszamy trasami szczecińskiej Arkonki nad Głębokie, stamtąd do Pilchowa i dalej - przez Bartoszewo do Sławoszewa, gdzie przewidziany jest koniec trasy w tę stronę. Postój wraz z atrakcjami (o których za chwilę) zaplanowano w Gospodzie Zjawa
 
Najpierw pojawiło się kilka informacji organizacyjnych, później odbył się pokaz technik samoobrony dla kobiet w wykonaniu trenerów z Klubu Karate Funakoshi ze Szczecina. Przypadła mi nawet w udziale możliwość znokautowania trenera. Nie znokautowałam. Następnie dowiedzieć się mogłyśmy, jak udzielać pierwszej pomocy i za tę część odpowiedzialni byli panowie z ENEA OPERATOR, działający w stowarzyszeniu "Strada". 
 
W międzyczasie odbywało się losowanie upominków - ja wróciłam z uroczą koszulką od Szczecińskich Koszulek, rozmiar wprawdzie nie do końca mój, ale coś wykombinuję, bo jest naprawdę śliczna. 

Powrót pomyślany był już we własnym zakresie - każda z pań mogła wrócić kiedy chciała, w wybranym przez siebie tempie i wybraną przez siebie trasą. 

My również dołożyłyśmy niewielką cegiełkę do tej imprezy - Ruda wykonała wieszaczek na klucze z szalonym Kucharzem-rowerzystą, który przekazała organizatorom, jako jedną z nagród do wylosowania. 

Impreza była naprawdę udana, pogoda dopisała, podobnie jak szczecińskie rowerzystki. 

Źródła zdjęć: TU i TU

czwartek, 6 marca 2014

Gierczyńskie strugi

Dnem doliny płynie niewielki strumień, chociaż pewnie powinnam napisać struga lub ciek, bo ledwo cieknie.Latem zanika zupełnie i dopiero u wylotu doliny zamienia się w kałużę, w której mają swój wodopój krowy jednego z niewielu prawdziwych rolników we wsi. Ciek rozpoczyna się między pensjonatem a spalonym domem. Chwilę rozlewa się po nieistniejącym sadzie, potem płynie rowem odwadniającym, przecina drogę ( w czasie ulewy cała droga zamienia się w rwący strumień) dalej przepustem wylewa się na łąkę, stąd dopływa do dna doliny. Potem przecina kolejną drogę i już spokojny, przez nikogo i nic niemącony rozlewa się w ową kałużę. Pewnie wpływa potem do Przecznickiego Potoku albo Mrożynki.

Odkryłam go jako dziecko pewnej zimy. Było mroźno i śnieżnie, co zresztą nie jest niczym dziwnym w górach. W czasie kolejnego zjazdu na tzw. korytku (PRL-owska plastikowa odmiana sanek) wylądowałam właśnie na dnie doliny, moje pseudo-sanki (które świetnie sprawdzały się na zmrożonym śniegu) wylądowały na strudze, tworząc most (pontonowy?) .

Powierzchnia cieku pokryła się przejrzystym lodem,można było przed niego obserwować wartki prąd wody. Na brzegach utworzyły się przedziwne lodowe konstrukcje niczym z pałacu Królowej Śniegu. Oblodzone trawy mieniły się w słońcu, lodowe sople zwieszały z pochylonych nad strumieniem krzewów. Wszystko skrzyło się i migotało. Przez chwilę stałyśmy z kuzynką jak urzeczone owym niezwykłym, wręcz magicznym pięknem, a potem, jak przystało na dzieci, znalazłyśmy sobie zabawę-z lodu budowałyśmy własne pałace.

Dziś zastanawiam się, jak to się stało, że nie poodmrażałyśmy palców w przemoczonych rękawiczkach, nie dostałyśmy grypy ani anginy. Wielogodzinne zabawy na śniegu pozostały radosnym wspomnieniem niezakłóconym żadnym kaszlem,katarem i gorączką. 


Dnem sąsiedniej doliny płynie sobie rwącym nurtem Czarnotka  . Początkowo zastanawiałam się, czy jej źródliska znajdują się na mojej Górze, jednak wszechwiedzący Internet mnie wyprowadził z błędu:



Taufborn, Legerstatt, Górnica, Czarnotka. Potok, lewy dopływ Mrożynki. W górnej części powstaje z połączenia dwóch potoczków wypływających spod przełęczy pomiędzy Sępią Górą i Wysoką na wys. 672 m oraz pod Starym Grzbietem na wys. ok. 680 m. Odwadnia część pn. zboczy Grzbietu Kamienickiego. Ujście ma w Mlądzu na Pogórzu Izerskim, na wys. ok. 385 m.Długość potoku ok. 5,5 km. W czasie wojny 30-letniej we wsch. źródliskowym potoczku odbywały się chrzty ewangelików. Od 2. połowy XVI w. w zboczach dolinie Czarnotki w okolicy Gierczyna wydobywano rudę cyny (kasyteryt), a potem rudę kobaltu. Potok napędzał „kunszty wodne" ówczesnych sztolni.Teraz w tym miejscu położony jest jeden z punktów odpoczynku na ścieżce edukacyjnej, o której piszę tu.








Już teraz wiem, że owo miejsce, gdzie łączą się dwa potoczki leży na zboczu Wysokiej. Czarnotka zaczyna się jako cieniutka strużka płynąca przez ciemny świerkowy las.





Gdy lato nie przesadza z deszczem, Czarnotka wije się dnem żlebiku,wreszcie łączy się ze swoją siostrą strugą, tworząc niewielkie rozlewisko pod ogromnym głazem.





Od tego miejsca płyną razem najpierw przez mieszany zagajnik, potem łąkę,by wpłynąć do Górnego Gierczyna, gdzie woda Czarnotki zostaje wtłoczona w uregulowane koryto. W czasie ulewy rzeczka zamienia się w szalona rzekę toczącą bure wody, spienioną i groźną.




 Potrafi zerwać fragment drogi i mostek. Za Gierczynem zdarza jej się wylać na łąki i drogę, odcinając mieszkańców Mlądza.