sobota, 19 kwietnia 2014

Życzenia z Bałtykiem w tle

Dom posprzątany, ciasta upieczone, żur ugotowany. Nim zaszło słońce pojechałam nad Bałtyk. 

Chyba nigdy nie pozbędę się tego wzruszenia, drgnienia serca, gdy widzę morze. Dzisiaj Bałtyk był wzburzony i choć dzień wydawał się pogodny nad horyzontem unosiła się ledwo zauważalna mgiełka. Wiał silny, lodowaty północny wiatr. Mimo to usiadłam na chwilę i zapatrzyłam się w przestrzeń.


Morze i niebo. Doskonałość natury. Piękno Absolutu. 
Wyciszona mogłam wrócić do domu. 


Wielkanoc to święto radości nadziei,
święto triumfu dobra
Niech więc w Waszych sercach zagości dobo i miłość.
Niech Sprawiedliwość i pokój będą Waszymi towarzyszami.
Świętujmy! 

piątek, 18 kwietnia 2014

Przedświątecznie

Za oknem trochę kapryśna wiosna, ale widać ją, bo okna zdążyłam umyć. Parę innych rzeczy też zdążyłam zrobić. Zapeklowane szynki czekają na uzupełnienie śliwkami i morelami i upieczenie ich w wielkiej brytfannie, ogórki, grzybki, cebulki, groszek, chrzan i borówki przygotowane są do zrobienia sosów , w piekarniku pieką się chleby, a w glinianym garnku moczą się jaja w kminku. 

I nie pytajcie mnie jak robię chleb, bo nie wiem. Robi się na oko i wychodzi. Opowiem jednak o jajkach w kminku.
Z tradycji świątecznych kulinarnie lepiej z dzieciństwa pamiętam Boże Narodzenie. Wielkanoc była u nas na Śląsku bardziej duchowa niż kulinarna. Babcia przywiązywała ogromną wagę do obrzędów wielkanocnych, począwszy od Niedzieli Palmowej, przez Triduum Paschalne po Mszę Rezurekcyjną. Nawet zajączek przychodził do dzieci dopiero w Poniedziałek Wielkanocny, by nie trywializować tego najważniejszego ze świąt. 
Do swojego domu przeniosłam tylko niektóre zwyczaje- wielkopiątkowe malowanie jaj i święcenie ich w Wielką Sobotę, Wysypywanie skorupek tychże jaj na ziemię w ogrodzie, szukanie zajączka pośród kwiatów. Ale miało być o jajkach w kminku, bo jest to chyba jedynie śląskie danie na stałe zadomowione na wielkanocnym stole. W czwartek lub w piątek (w zależności od temperatury za oknem) gotuję jaja na twardo. W osobnym garnku przygotowuję zalewę z paczki kminku, ziela angielskiego, liścia laurowego, czarnego pieprzu i soli. Składniki zagotowuję z litrze wody. Ugotowane jaja obtłukuję, ale pozostawiam w skorupkach i zalewam przygotowanym wywarem z kminku. Odstawiam w zimne miejsce do śniadania wielkanocnego. Jaja mają intensywny smak i po obraniu ciekawie się prezentują - mają marmurkowy wzorek.


Przede mną jeszcze trochę pracy, bo pewnie jak każda pani domu, chcę,by święta były wyjątkowe. U mnie w tym roku będzie zupełnie inaczej niż zwykle, bo po raz pierwszy bez dziewcząt, które miały inne plany. Gui przygotuje kminkowe jaja w swoim mieszkanku, Chuda- obje ze smakołyków moją bratową. 


Chciałabym Wam jeszcze trochę przedświątecznie życzyć, by w ferworze walki z oknami, ciastami i wędlinami nie zapomnieć o tym, co w tych świętach najważniejsze- o miłości. Nieważne, co będzie na stole, nieważne, czy okna będą lśniące, a podłogi nieskazitelnie czyste. Ważne, by przy świątecznym stole siedzieli ludzie, którzy się kochają, którzy potrafią sobie wybaczać. By te dwa świąteczne dni były rodzinne, ciepłe, przepełnione miłością. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Siostrunie" warte obejrzenia

Małe miasteczka mają swoje minusy. Jednym z nich jest utrudniony dostęp do tzw. kultury wysokiej.  Teatr, filharmonia, opera to dobra dla nas, mieszkańców miasteczek, prawie niedostępne, wymagające sporych przygotowań i planowania. Trzeba mieć przynajmniej 5-6 godzin, zamówione dużo wcześniej bilety, sprawny samochód lub umówiony wyjazd grupowy.
I właśnie z grupowego wyjazdu skorzystałam w ostatni piątek. W ramach spóźnionego Dnia Kobiet pojechałyśmy z koleżankami z pracy do Koszalina na spektakl  „Siostrunie”.


Wybór był strzałem w dziesiątkę. Bawiłyśmy się doskonale, siedząc w drugim rzędzie i widząc wszystkie miny i grymasy aktorów.
A było co oglądać, gdyż obsada aktorska : Fraszyńska, Szwed, Żak, Dereszowska i Rozmus nie tylko pokazali na scenie swój kunszt (żadnej chałtury), ale świetnie się bawili w swoim towarzystwie. Tak świetnie, ze w pewnym momencie całe towarzystwo się zagotowało i wybuchło śmiechem, którego z pewnością w scenariuszu w tym miejscu nie było.
Sztuka opowiada o problemach pewnego żeńskiego zakonu. Liczba sióstr nagle dramatycznie zmalała, gdyż większość otruła się potrawą z własnoręcznie zbieranych grzybów. Ocalałe zakonnice nie mają pieniędzy na pochowanie towarzyszek i próbują zebrać fundusze, organizując show.
Całość jest niesamowicie humorystyczna, ale nie kpiąca. Pod płaszczykiem lekkiego purnonsensu i mrużenia oka przemycane są prawdy o słabości człowieka.
I choć spektakl jest lekki i chwilami frywolny, niesie za sobą ważne przesłanie- w człowieku należy szukać dobra i wybaczać słabości. 




niedziela, 6 kwietnia 2014

Zapomniane warzywo- jarmuż

Gdy większość społeczeństwa ulega pokusie zakupu nowalijek, ja z uporem maniak bojkotuję holenderską sałatę, rzodkiewki czy kapustę pekińską. Wyjątek robię od czasu do czasu dla pomidorków koktajlowych i ogórka. Korzystam za to z tego, co rośnie na mojej działce. Sąsiedzi dawno przekopali swoje zagony, a ja wydzielam miejsca, których nie należy jeszcze przekopać, bo pory, bo zielona pietruszka, rukola, roszponka czy... jarmuż. I o jarmużu dziś będzie. 


Pierwszy jarmuż wysiałam z sentymentu- moja babcia miała go zawsze w ogrodzie. Stanowił uzupełnienie zimowej diety, ozdabiał potrawy i służył za zielony pokarm dla królików, które hodowaliśmy. 
Jego podstawową zaletą jest mrozoodporność i niewielkie wymagania glebowe, co ważne dla mnie, bo nie spędzam na działce tyle czasu, ile by należało, więc rośliny często muszą sobie same radzić. O wartościach odżywczych nie będę się rozwodzić, bo można sobie na wikipedii przeczytać. Ciekawsza będzie anegdota. Otóż w pierwszym roku mojej kariery jako samodzielnej ogrodniczki wysiałam cały zagon jarmużu, który służył mi jako dodatek do zup, które uwielbiamy. Pewnego razu, zimą, wybrałam się po kolejne listki i... zdębiałam. ponad warstwę śniegu wystawały puste łodygi! Kto zjadł mój jarmuż ????? 
ŁOSIE. W ten oto sposób przekonałam się, że na Pomorzu mieszkają łosie. Nigdy żadnego nie widziałam, ale ślady racic wyraźnie wskazywały winowajcę! Możecie sobie wyobrazić moje osłupienie- jako rodowita Ślązaczka widywałam jedynie sarenki i wróble, no czasami wiewiórki i kosy. 
A tu łoś na działce...

Tyle anegdota. A co robimy z jarmużu? Smażymy z cebulką, boczkiem i sadzimy na nim jajka. 
Gotujemy zieloną zupę krem.


Albo przygotowujemy tak jak szpinak i taką potrawę mieliśmy dziś na obiad. Najpierw ugotowałam jarmuż na miękko, potem podsmażyłam z cebulką i olejem, dodałam zasmażkę i tak podałam jako jarzynkę do kotlecików drobiowych i ziemniaków z szczypiorkiem i pietruszką. 


sobota, 5 kwietnia 2014

zapomniane warzywo- pasternak na naszym stole

Co roku wczesną wiosną zaczynam się zastanawiam, co zrobić z pasternakiem zalegającym w moim kopcu. Zapytacie, dlaczego zalega? Proste- co roku sieję go za dużo. Wyrasta do monstrualnych rozmiarów i potem całą zimę wykopujemy korzenie i zjadamy we wszelkich możliwych konfiguracjach. Przede wszystkim ląduje w rosole zamiast selera, który się na mojej działce nie udaje i pietruszki, bo ta też na mojej działce wyrasta do wielkości mysich ogonków. Jest jednym ze składników wszelkich zup -kremów, bo świetnie nadaje się na zagęstnik, a także sałatki warzywnej.

Co to jednak jest pasternak i co robi na mojej działce? 
Wyglądem przypomina wielką pietruszkę, jednak różni się od niej słodkim zapachem i kształtem natki. Niewtajemniczeni łatwo go mylą, zwłaszcza, że zdarza się, iż sprzedawany jest jako pietruszka. 
W smaku słodszy i delikatniejszy od pietruszki, przypomina po trochu marchew i seler. 
Czemu go sieję? Otóż w przepisie na moczkę, który odziedziczyłam po babci musi się pasternak znaleźć, a że na Pomorzu się go nie uświadczy w sklepie (chyba że ktoś nieuczciwie sprzedaje go jako pietruszkę) , więc zaczęłam sama go wysiewać. Nawet nasiona mam już z własnej uprawy. 

Tym razem pod wpływem próśb Chudej przygotowałam placki. Na trzy porcje wzięłam: 
1 marchew, 1 pasternak, 1 cebulę, 1 jabłko, 5 ziemniaków. 
Wszystkie warzywa obrałam i wrzuciłam do malaksera, który zmiażdżył je na papkę (ależ ja lubię mój malakser, który kupiliśmy z... weselnych pieniędzy!) . Warzywa kończyły się miksować dołożyłam:
1 jajko, 2 łyżki mąki kartoflanej sól i pieprz do smaku. 
Na patelni rozgrzałam olej i usmażyłam placuszki. Zjedliśmy je z sosem wołowo-grzybowym. 


środa, 2 kwietnia 2014

Jeszcze ciche Mrzeżyno

Mrzeżyno to niewielka osada wypoczynkowa nad Bałtykiem, zaledwie 10 km od Trzebiatowa, w lecie to tu przyjeżdżają trzebiatowianie w niedzielne popołudnie.


 Kiedyś była to typowa osada rybacka, choć jej urok doceniał już na początku ubiegłego wieku amerykański malarz Lyonel Feininger.



W klasie, którą  uczyłam ponad 20 lat temu większość dzieci pochodziła z rybackich rodzin.  Wracając do domu, często zbaczałam z głównej drogi, by zejść do portu i u rybaka kupić świeżą flądrę lub śledzia prosto z kutra. A przy nabrzeżu stało mnóstwo kutrów z charakterystycznym skrótem Mrz.

Teraz kutrów rybackich jest znacznie mniej, czasami cumują jednostki z pobliskich miejscowości. Niektóre łajby zmieniły zadanie, rybacy przerzucili się na rejsy wycieczkowe, typu wyprawa na dorsza albo rejs o zachodzie słońca. Mamy tez rybaka barda, przepowiadającego pogodę.

Od zeszłego roku w mrzeżyńskim porcie trwały intensywne prace rewitalizacyjne, które właśnie są na ukończeniu.  Odnowiono nabrzeże, przygotowano szeroki deptak dla turystów, od podstaw wybudowano nowoczesne zaplecze dla rybaków i wędkarzy. Na przeciwnym brzegu kończy się budować marina. Teraz będą tu cumować nie tylko łodzie i kutry, ale także jachty i żaglówki.

Przy samym ujściu Regi pracuje pogłębiarka.

Na razie jest jeszcze pusto i cicho, przy nabrzeżu stoją pojedyncze kutry, rybacy rozplątują sieci, barwne skrzynki ustawione są w piramidy, wszędzie unosi się charakterystyczny zapach morskich ryb.


Bliżej plaży na wczasowiczów czekają zamknięte jeszcze smażalnie ryb, cukiernie i kafejki.

 Za dwa miesiące zrobi się tu gwarno i wesoło. Myślę, że wczasowicze docenią inwestycję, tylko ja przestane odwiedzać hałaśliwe centrum, schowam się w głębi lasu, poszukam dzikiej plaży o kilka kilometrów dalej.

Póki co rozkoszuję się pustką, przyjeżdżając gdy mam trochę czasu i potrzebę spojrzenia w głębię.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Spacer po trzebiatowskim parku

Zgodnie z obietnicą, dziś zabieram Was do trzebiatowskiego parku. Myślę, że nie ostatni raz. Tym razem bowiem skupię się znów na kwiatkach, listkach i gałązkach. Jest to jednak założenie o tak ciekawej historii, że z pewnością przybliżę Wam ją, gdy tylko zrobię odpowiednie zdjęcia, mogące zilustrować opowieść o Królewskim Gaju. 

W niedzielne przedpołudnie mieliśmy wybrać się ze znajomymi na zbiór podbiału. Niestety znajomi, po sobotnim ognisku, nie wstali, więc podbiał jeszcze poczeka. Natomiast mój pies czekać nie chciał. Wzięłam więc kudłacza, i wyszłam na spacer w towarzystwie T., który nie przegapił okazji do ponabijania się ze mnie, gdy tak latałam od kwiatka do listeczka. 

Na poniższym zdjęciu - dla dociekliwych - ukryła się jaszczurka:









 "Skąd ja wiedziałem, że do tego drzewa też poleziesz?" ;)



 Cóż, moich zachwytów nad stanowiskiem widłaka T. nie umiał zrozumieć. Ani to ładne, ani pachnące, ot zielone.
 Moja fascynacja "drzewami w żółte" plamy też wprawiła go w lekkie zaskoczenie. :)
Na razie zdjęć jeszcze pewnie trochę będzie, póki nie wyjadę w góry, gdyż tam trudno o internet. Ale w maju pewnie zasypię Was górskimi widoczkami i zdjęciami kolejnych roślinek, zwierzątek i innych "niezmiernie ciekawych" obiektów ;)