piątek, 30 maja 2014

"Echa z Trzebiatowa"

To był bardzo ekscytujący tydzień i bardzo pracowity. O pracy nie będę się rozpisywać, bo nie o tym jest ten blog, za to o uczuciach i przeżyciach już tak. I to dużo :) 
Przede wszystkim przez pięć dni miałam dla siebie Gui. Przyjechała ze mną z Gór Stołowych i dopiero dziś wracała do Wrocławia. Miałyśmy wreszcie czas , by sobie pogadać, poleżeć obok siebie, pooglądać głupie komedie i się śmiać, i pomilczeć wspólnie. Gui zażyczyła sobie wszystkich zielonych smakołyków, które przyrządzam wiosną. Przygotowałam więc koktajl z pokrzywy i zupę z chwastów. 
W poniedziałek Gui pozwoliła obudzić się o 5.30 i wypiła wspólnie ze mną poranną kawę. Czyż mogłam liczyć na cudowniejszy prezent na Dzień Matki od obecności przynajmniej jednego swojego dziecka? 
Materialne prezenty miały charakter całkowicie rowerowy- wzbogaciłam kolekcję filiżanek o cacko z motywem rowerowym, mam prześliczną koszulkę z rowerowymi kółkami oraz bransoletkę z... rowerem. Gui i Chuda też mają takie bransoletki i koszulki chyba też mają obie. Tak myślę :) 
Środowe popołudnie upłynęło pod znakiem wizyty w Trzebiatowskim Ośrodku Kultury. Biblioteka obchodziła swoje 15-lecie i z tej okazji zorganizowano spotkanie sympatyków połączone z wręczeniem nagród w różnych konkursach oraz Statuetek Błękitnej Damy. W tym roku przyznano je szkołom współpracującym z biblioteką. Moja szkoła też znalazła się w tym gronie, a ja miałam zaszczyt statuetkę odbierać. Muszę przyznać, że było mi szalenie miło, tym bardziej, że "Błękitna Dama" to kunsztowne i oryginalne dzieło. 


W programie spotkania znalazł się też koncert zespołu kameralnego "Triada" z Koszalina. Wspólnie z Gui z przyjemnością wysłuchałyśmy muzyki lekkiej i tej trochę poważniejszej. A repertuar zespołu był bardzo urozmaicony. 
Na zakończenie uroczystości był tort i rozmowy ze znajomymi. 
Przy okazji obejrzałyśmy z Gui wystawę strojów pt.: "Damy Trzebiatowa, Pomorza i Europy". 

W czwartek umówiłyśmy się z kolei w Centrum Kształcenia Zawodowego, gdzie organizowane były targi edukacyjne. Plenerowa impreza przyciągnęła sporo młodzieży zainteresowanej możliwościami nauki w naszym powiecie lub po prostu serdeczną atmosferą imprezy. Można było odwiedzić stoiska poszczególnych szkół ponadgimnazjalnych, dowiedzieć się o możliwościach dalszej edukacji, spróbować smakołyków przygotowanych na tę okoliczność, wziąć udział w zawodach sportowych , bądź posłuchać koncertów zespołów muzycznych z naszego miasta. Gui pewnie przyszła przede wszystkim z powodu koncertu Allium, w którym kiedyś śpiewała i grała na gitarze basowej. 
Dziś rano Gui wsiadła do pociągu i pojechała do Wrocławia. Ja zaś uczestniczyłam w kolejnej uroczystości. Tym razem było to bardzo podniosłe wydarzenie- Święto 3 batalionu zmechanizowanego stacjonującego w naszym mieście. Chyba nie tylko ja byłam zaskoczona, gdy na trybunie honorowej prócz dowódców , burmistrza, radnych i innych notabli ( w tym mnie i innych dyrektorów szkół) stanęli Bohdan Klich i Grzegorz Napieralski. Ich obecność znacznie podniosła prestiż uroczystości.

Dla mnie jednak ważniejszy była fakt, że mój Ślubny odbierał nagrodę. Poczułam ogromną dumę, gdy wyczytano jego imię i nazwisko, a potem dowódca wręczał mu wyróżnienie. 
Drugim wzruszającym momentem był apel poległych. Może jestem "starej daty", ale wyczytywanie nazwisk żołnierzy poległych za ojczyznę i wywoływanie ich do apelu nieodmiennie mnie wzrusza, a możliwość złożenia wiązanki kwiatów pod obeliskiem to dla mnie podniosłe przeżycie. 
A tu jest bardzo ciekawa fotorelacja.
I myślę, że mam już dosyć przeżyć na ten tydzień. Jutro będę odpoczywać na działce.

wtorek, 27 maja 2014

Burzowe Góry Stołowe

Tablica z napisem Radków nas ucieszyła, bo choć nie byłyśmy wymęczone podróżą , to chciałyśmy już poczuć tę niezwykłą maratonową atmosferę. W bazie maratonu nie było wielkiego tłoku, ale ożywiony ruch wskazywał, że trafiłyśmy na miejsce. Zaraz na początku dowiedziałyśmy się, że zamówione przez nas noclegi znajdują się na terenie bazy, więc blisko będzie do startu, a potem z mety pod prysznic. Przywitałyśmy się serdecznie ze znajomymi, zrobiły zakupy w najbliższym sklepie i  rozlokowały w pokoju. Zaczęłyśmy od przemeblowania, bo w niewielkim pokoiku z trudem mieściły się nasze rowery oraz bałagan, który wokół siebie robimy. Nie oczekiwałyśmy luksusów, bo cena noclegu była podejrzanie niska, więc z radością przyjęłyśmy wiadomość, że w pokoju jest umywalka i prysznic, a w ogólnodostępnej kuchni można znaleźć nie tylko czajnik i lodówkę, ale także podstawowe naczynia. Po podzieleniu się pierwszymi spostrzeżeniami ułożyłyśmy się do snu. Wieczorne chmury zwiastowały kiepską pogodę…


Obudziłam się o poranku… góry skąpane były w blasku wschodzącego słońca, więc pojawiła się nadzieja na znośną aurę. Jednak im bliżej było godziny startu, ta nadzieja nikła… aż znikła całkiem z pierwszymi kroplami deszczu.  Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że deszcz będzie tylko drobnym urozmaiceniem trasy.

Chuda i Gui starowały na dystansie 65 km, więc pożegnałyśmy się przed moim startem. O 8.28  ruszyłam na spotkanie z Górami Stołowymi. Przed sobą miałam dwa okrążenia. Tym razem założyłam, że na pierwszym kółku obejrzę dziury w asfalcie i się ich nauczę, aby na drugim móc podziwiać piękno krajobrazu. Ruszyłam więc szybko i zaczepiłam się "na koło". Ledwo zarejestrowałam renesansowe ruiny zamku w Ratnie, w Wambierzycach nie miałam czasu na podziwianie najpiękniejszej barokowej świątyni w Polsce, bo akurat wlazł mi pieszy pod koło. Na pierwszym podjeździe zaczęłam wyprzedzać pierwszych rowerzystów. I tak przez następne kilometry ja mijałam ludzi na podjazdach, a oni mnie na zjazdach. Lubię podjazdy, a zjazdów się boję, zwłaszcza na mokrej dziurawej nawierzchni. A asfalt chwilami był tylko z nazwy...
Wokół mnie piętrzyły się góry. Tu i ówdzie wyrastała skała. Podziwiałam las wrastający w kamienie, świerki otulające korzeniami ogromne głazy lub przytulone do strzelistych bloków skalnych. 
Nim się obejrzałam, miałam przed sobą najpierw Błędne Skały, a potem Szczeliniec w całym swoim dostojeństwie i majestacie. Na moment wyszło nawet słońce, więc rozkoszowałam się urokliwym pięknem. W Karłowie mignął mi dach domu , obok którego 26 lat wcześniej, zaraz po maturze (miałam tyle lat, co Gui teraz) rozłożyłyśmy z koleżanką i siostrą swój namiot. Pogoda też była podobna- mokro i zimno. Z trudem rozpaliłam niewielkie ognisko, by ugotować coś ciepłego. Do dziś zaskakuje mnie świadomość, jakim zaufaniem darzył mnie mój ojciec, skoro powierzył swojej ledwo dorosłej córce o 6 lat młodszą siostrę.Tamto lato pozostało niezapomnianą przygodą. Nie miałam czasu na dalsze wspomnienia, bo oto rozpoczął się ostatni na tej pętli szaleńczy zjazd. Trudno opisać radość jaka towarzyszyła mi, gdy uświadomiłam sobie, że to nie koniec trasy, a dopiero połowa. Pogoda zdawała się coraz ładniejsza. Zdjęłam bluzę z długim rękawem i pełna optymizmu ruszyłam na drugie okrążenie- teraz przecież miałam podziwiać widoczki...I od podziwiania zaczęłam- tym razem dokładnie obejrzałam zamek w Ratnie i bazylikę w Wambierzycach. Na drodze byłam już sama. Wszyscy, którzy mieli mnie wyprzedzić, już to zrobili, a szanse na ich dogonienie były znikome. Ci, których ja wyprzedziłam też pozostali dawno w tyle. Wiedziałam też, że na pierwszych gigantów na trzecim kółku muszę jeszcze poczekać. Ze zdziwieniem więc przyjęłam obecność kogoś przede mną- na podjeździe dojechałam koleżankę, która uprzednio mi odjechała na zjeździe. Przez kilka kilometrów jechałyśmy wspólnie, zamieniając nieliczne uwagi o drodze, pogodzie, górach. Potem znów zostałam sama. 
Uwielbiam te godziny samotności, kilometry rozmów ze sobą, uspokojenia, wyciszenia, wyczyszczenia i wypłukania emocji, gdy powoli łapiesz się, że oto już nie masz myśli. Ty i rower stajecie się jednością, jednostajnym ruchem nogi, korby, ręki, kierownicy. Jeżeli coś odczuwasz, to jest to najwyżej ból- ból ramienia i łańcucha, palców zaciśniętych na hamulcach i zdzieranych klocków hamulcowych... I nagle ... huknęło i gruchnęło... Nie wiadomo skąd, zza której góry nadciągnęła sina, ciężka od wody burzowa chmura.Jeszcze przez chwilę łudziłam się nadzieją, ze ominie mnie, okrąży i pójdzie dalej, chyba nawet coś o tej swojej nadziei napomknęłam Bogu. Tego dnia miałam jednak zmoknąć i zmarznąć.Lunęło, zaczęło się błyskać, piorun uderzył w szczyt pobliskiej góry. Przeraziłam się. Droga zamieniła się w rwący potok. Już nie było widać dziur i różowych obmalowań tychże. Przed sobą i za sobą miałam ściany wody. Jedynym pocieszeniem był brak wiatru.
Jechałam szybko, na tyle szybko, na ile pozwalały mi strugi płynące szosą, powoli traciłam czucie w palcach.
Na punkt żywieniowy dojechałam z skostniałymi, pozbawionymi czucia dłońmi. Prawie zapomniałam, że przecież jestem głodna. Musiałam wyglądać strasznie, bo zajęto się mną troskliwie. Bardzo troskliwie. Dostałam koc, rozmasowano moje palce, nakarmiono drożdżówką i bananami. Ba, chciano mnie nawet dotransportować do mety. No ale przecież nie po to ruszyłam na drugie kółko, by się wycofać na 20 km przed finiszem. W głowie kołatało mi się pytanie, czy dziewczyny dotarły do mety i czy Chudej nie strzeliło do głowy zwiększenie dystansu.
Przed Kudowę przejechałam bezproblemowo, podjazd do Karłowa też jakoś specjalnie mnie nie zmęczył. Jedynie palce odmawiały mi posłuszeństwa i coraz trudniej zmieniałam przerzutki. Dopiero teraz pojawili się pierwsi Giganci... a po chwili zobaczyłam kolejną z moich koleżanek. Jej widok bardzo mnie ucieszył, wspólnie pięłyśmy się pod ostatnią górkę i mamrotały: "ja chcę do domu". Tradycyjnie na zjeździe zostałam sama. Ale to było ostatnie 10 km- i całe szczęście, bo wyciągnęły mi się linki hamulcowe. 
Na mecie znalazłam się po 7 godzinach od startu. zmarznięta, skostniała, sina i niewymownie szczęśliwa.
Dziewczyny pomogły mi się zebrać, zabrały mnie do pokoju i wstawiły pod prysznic. 
Gorąca czekolada postawiła mnie na nogi ( jak cudownie czułam się taka otoczona troską i staraniem moich córek).
Do wieczora siedziałyśmy pod namiotami, śmiejąc się, dowcipkując, wymieniając wrażeniami z trasy. Zjadłyśmy przepyszny obiad, dostałyśmy nawet dokładkę i robiło się coraz bardziej błogo, swojsko i gwarno. 
Niestety nadciągała kolejna ulewa, więc organizatorzy przyspieszyli ceremonię zakończenia, po której maratończycy zaczęli się rozjeżdżać i tylko my siedziałyśmy nadal przyglądając się kroplom deszczu, aż w końcu zabrano nam ławki i stół... Może i lepiej, bo przecież należało położyć się spać.

A w niedzielę powitała nas poranna mgła. Trochę było mi żal, że nie zobaczę gór. Z mgłami jednak czasami tak jest, że się podnoszą. Przed 9.00 rozpogodziło się i mogłyśmy jeszcze na pożegnanie spojrzeć na porośnięte lasem wzgórza i posłuchać ostatnich opowieści organizatora. 
Podróż powrotna niewiele różniła się od dojazdu- była równie ekscytująca i przyjemna. Tym przyjemniejsza, że Gui przyjechała ze mną do domu.

Czy chciałabym jeszcze coś dodać? Może , że czym trudniej, tym piękniejsze są potem wspomnienia... I jeszcze, że dziękuję wszystkim , z którymi na trasie spotkałam się chociaż przez chwilę... i tym, którzy się o mnie troszczyli....
A na zakończenie zaproponować, by w opisie maratonu na stałe umieścić atrakcje typu kąpiele błotne. 

poniedziałek, 26 maja 2014

W drodze do Radkowa

Tak... to trzeba być nami, żeby jechać pociągiem cały dzień, potem cały dzień spędzić na rowerze i kolejny dzień w pociągu... 
Sama nie wiem, jak to wszystko się poukładało, że mimo początkowych trudności jednak udało się wspólnie wybrać w Góry Stołowe. Jeszcze dwa tygodnie temu byłam pewna, że kolejny raz nie pojedziemy na Pętlę Stołowogórską. A jednak... rzutem na taśmę załatwiałyśmy wpis na listę, opłaty, zamawianie noclegów i biletów. Gdyby nie Internet, nasza mobilność i "porozrzucanie" chyba nie udałoby się. A tak, gdy ja zajęłam się noclegami i opłatami, Chuda kupowała bilety na IC Kossak do Wrocławia, Gui bilety na PR i Koleje Dolnośląskie do Ścinawki Średniej. 
W piątek o 5.00 podziwiałam wschód słońca, a chwilę później siedziałam z moim rowerem w pociągu. trochę czytałam, sprawdziłam pocztę, zachwycałam się wschodzącym słońcem i pięknym porankiem. Po dwóch godzinach wyskoczyłam na dworcu w Szczecinie, gdzie ledwo zdążyłam kupić kawę, gdy przyjechała Chuda. Wspólnie załadowałyśmy się do Kossaka i ruszyłyśmy do Wrocławia. W Stargardzie dosiadła się nasza maratonowa koleżanka Gosia. Czas sobie płynął, a my rozmawiałyśmy. Najpierw trochę wspólnie, potem już tylko we dwie z Chudą. Tematy płynęły jeden po drugim, a niektórych pewnie strasznie uszy piekły... O czym rozmawiałyśmy? Ha... no przede wszystkim, że między nami nie ma tematów tabu. Śmiałyśmy się przy tym i bawiły przednio.  O 10. 30 zaczęłyśmy trzymać kciuki za Gui, która we Wrocławiu właśnie szykowała się do ustnej matury z języka angielskiego. Wyciszyłyśmy się, wysyłając jej nasze ciepłe myśli i pozytywne wibracje. Chyba pomogło, bo o 12.15 otrzymałyśmy radosny sms z wiadomością o zdanym egzaminie.Co jakiś czas przymykałyśmy na chwilę oko, by się zdrzemnąć. 


We Wrocławiu byłyśmy prawie planowo. Wyskoczyłyśmy z pociągu i przywitałyśmy się Gui, która już na nas czekała. Obiad w KFC i przesiadka na kolejny pociąg. Tym razem Regio "Śnieżka". Dużo mnie luksusowy od Kossaka, ale nam to wcale nie przeszkadzało, bo przecież miałyśmy siebie. Siedziałyśmy więc na podłodze w przedziale rowerowym i było nam coraz weselej, góry były coraz bliższe, coraz mniej zamglone... A potem była kolejna przesiadka- w Wałbrzychu czekał już na nas szynobus Kolei Dolnośląskich. Przez okno podziwiałyśmy postindustrialny krajobraz, odróżniałyśmy hałdy od gór, przyglądały się lasowi wrastającemu w opuszczone przez człowieka budynki, fabryki, szyny kolejowe. Niesamowite są te wałbrzyskie pokopalniane pejzaże...


Kilka minut przed 18.00 wysiadłyśmy na stacji Ścinawka Średnia i trochę "na nosa" pojechałyśmy w kierunku Radkowa. Przed naszymi oczami pojawiły się cudowne Góry Stołowe... ale o tym w następnym wpisie....

niedziela, 18 maja 2014

Wiosna, a więc na zielono

Wiosna w pełni, czas zatem mamy wypełniony po brzegi, bo do naszych licznych pasji dochodzi jeszcze ogródek działkowy. W sobotę , korzystając z cudnego słońca, spędziliśmy w ogrodzie kilka godzin. Ślubny skopał resztę ziemi, Chuda dostała do ręki grabie i zgrabiła skoszoną wcześniej trawę. Ja zaczęłam od posadzenia pomidorów- najważniejszego warzywa w naszym ogrodzie. Potem siałam, pełłam (Chuda lubi tę formę odmiany czasownika pleć ), przesadzałam. 
Przed powrotem do domu zebrałam szpinak, który dzięki mokremu kwietniowi wyrósł całkiem dorodny, ogórecznik oraz pokrzywę porastająca skraj ogrodu. 
Szpinak i ogórecznik posłużyły mi do przygotowania roladek wieprzowych- w piątek kupiłam krojony schab, żeby przygotować studentom obiady, ale nie chciałam dać im tylko kotletów.


Do roladek użyłam:
10 niedużych plastrów schabu
spory pęczek szpinaku i ogórecznika
kostkę twarogu
sól, pieprz, olej
jajko, bułkę tartą, mąkę, mleko.

Schab utłukłam na cieniutkie plasterki, osoliłam i opieprzyłam. W tym czasie na niewielkiej ilości oleju poddusiłam liście szpinaku i ogórecznika. Zieleninę zmiksowałam z twarogiem, doprawiłam do smaku. Tak przygotowaną pastą smarowałam plastry schabu i zawinęłam w roladki. Każdą roladkę obtoczyłam w panierce i usmażyłam na oleju na złocisty kolor.



Będą mieli studenci smaczne obiady.

Korzystając z młodej pokrzywy przygotowuję codzienną porcję koktajlu. Młode liście parzę, czekam aż napar wystygnie, dodaję miód, pomarańczę lub banan ( w wersji na słono- przecierowy sok z pomidorów i jogurt naturalny) Miksuję blenderem i mam pyszny napój przed snem. 

W piątek takim koktajlem przywitałam Chudą, a wczoraj świętowałyśmy nim pewien sukces, o którym może Chuda będzie chciała napisać. 

czwartek, 15 maja 2014

Podróż życia nr 1

Wyjechałam ze Szczecina, jak rok temu, wczesną wiosną. Wróciłam w jej największym wybuchu.
Wyjechałam ze szczecina przed 8 rano 11 kwietnia. Wróciłam ok. 16 5 maja. 24 dni trwała pierwsza z moich „podróży życia”. Mieszkałam w tym czasie w 4 miejscowościach. Spałam w 6 różnych łóżkach. Przejechałam na rowerze ponad 600 km. Odbyłam 9 dłuższych lub krótszych podróży pociągiem.  Poznałam kilku ludzi – tych planowanych i tych zupełnie przypadkowych. Znalazłam w życiu sens i zdążyłam znów go zgubić – szukamy dalej. Znalazłam w sobie siłę i motywację – tym nie dam się już zgubić.
Odnalazłam wewnętrzną równowagę i spokój, a później pozwoliłam zagłuszyć je swojej prawdziwej osobowości. 

Przystanek 1 – Wrocław (11 – 15 Kwietnia 2014)
Przyjechałam po południu. Z dworca odbiera mnie Marzenka, jedziemy do niej. Prowadzi mnie przez Wrocław. Na obiad przygotowała cukinie z farszem mięsnym. Siedzimy przy posiłku, śmiejemy się, rozmawiamy. Przez trzy dni robimy wiele głupich rzeczy, spędzamy ze sobą jak najwięcej czasu. Tym razem niemal brak wypraw po mieście w jej towarzystwie. Przewodnikiem na kilka godzin zostaje jej kolega, który za główny walor miasta wart pokazania uznał piwiarnie w Rynku. Nie neguję, gdy nadarzy się okazja odwiedzę również inne. Był czas na film, na wspólne zakupy, na gotowanie, zdechłą rybę, wyjście do klubu, całonocne rozmowy. Szybkie, intensywne trzy dni. Z Wrocławia do Domku pod Orzechem miałam jechać rowerem. Nie pozwolono mi, pogoda nie dopisała. Gdy w poniedziałkowy wieczór dopracowywałam trasę została zakrzyczana. We wtorkowy poranek wsiadłam w pociąg. 


Przystanek 2 – Pustelnia (15 – 18 kwietnia 2014)
Z Jeleniej Góry do Domu jechałam już na dwóch kółkach. Przywitałam się z Górami, podjechałam, gdzie podjechać należało, odsapnęłam w ciszy przed kolejnymi etapami swojej drogi.  

Przystanek 3 – Śląsk (18 – 21 kwietnia 2014)
Święta spędziłam w gronie rodziny. Wprawdzie innej niż zwykle, ale niemal równie bliskiej. Rozpływałam się nad urokiem małej Marysi i nad talentami kulinarnymi jej mamy, Oli. Zrobiłam swoje pierwsze jajka w kminku, wyniuchałam prezent, wyrwałam wraz z wujkiem parę chwil dla rowerów, spotkałam się z innymi członkami rodziny, kto wie, czy to nie jedyna szansa w tym roku? I odwiedziłam Głaz - człowieka, którego już nie ma.  Kolejne bardzo intensywne dni. Wyjechałam szczęśliwa i wyekwipowana na kolejny tydzień.

"No i gdzie ten zając? Zjadł marchewkę?"
 
„Międzylądowanie” – Wrocław (21/22 kwietnia 2014)
Pojedyncza noc spędzona we Wrocławiu. Mimo mojej szczerej sympatii dla PKP, muszę niestety przyznać, że niektóre połączenia nie należą do udanych. A innych mi brakuje. Stąd też plan zawitania na tę jedną noc do Wrocławia. Dobrą noc.

Przystanek 4 – Pustelnia (22 – 25 kwietnia 2014)
Mocne dni. Udowodniłam sobie i Kobyłce, że jest ona rowerem górskim bez cienia wątpliwości. Podrapałam nogi, nauczyłam się zasypiać o 20 i wstawać przed budzikiem o 6. Zadbałam o siebie i o Kobyłkę – nie sądziłam, że czyszczenie łańcucha może być zajęciem tak wyciszającym. 


Przystanek 4 – Trzebnica (25 – 27 kwietnia 2014)
VIII Trzebnicki Maraton Rowerowy „Żądło Szerszenia”. Spotkanie z mamą i z ludźmi, których nie widziałam dłużej lub krócej. Nowe owocne znajomości, setki uśmiechów. I pokonanie pierwszej granicy. 150 km w ok. 6 h. Nie myślałam nawet, że jestem w stanie tego dokonać, zakładałam gorszy wynik. W uzyskany nie mogłam uwierzyć do tego stopnia, że przez kolejne 24 h zanudzałam dziewczyny kolejnymi informacjami na temat mojego osiągnięcia. Wszystkie trzy wyjechałyśmy z Trzebnicy uhonorowane Oskarami. 

Przystanek 5 – Pustelnia (27 kwietnia – 4 maja 2014)
Parę dni z kimś, większość w towarzystwie czworonoga i roweru. 100 km po górach z mamą – były momenty, gdy jej największym życiowym szczęściem był fakt, że znajdowała się za daleko, bym mogła zrobić jej krzywdę. Fantastyczne podjazdy, cudowne zjazdy, zapierające dech w piersiach widoki i prędkości. Było pięknie


Dwa ostatnie dni spędziłam odcięta od świata pierzyną białej mgły, deszczu, wiatru i chłodu. Nieprzerwanie w piecu trzaskało drewno. Czytałam, spałam, odpoczywałam. Nawet pies nie chciał wychodzić na spacery. Ostatniego wieczoru niebo się przetarło. Założyłam buty (które przemokły po pierwszym kontakcie z mokrą trawą), dwa swetry, wzięłam w rękę aparat i wdrapałam się na Górkę. Góry żegnały mnie na czerwono zachodem słońca, który dawał nadzieję na piękniejsze jutro. 



Powrót (4 – 5 maja 2014)
Krótki pobyt w mieście rodzinnym, chwila w pracy, rozmowa z jedną z naszych Maturzystek. Pociąg i powrót do najpiękniejszego z brzydkich miast – Szczecina, który wydał mi się nagle jeszcze mniejszym, niż był.
Pozostały mi wspaniałe wspomnienia, koszulka z rowerem, Oskar i plik biletów kolejowych, które pozwalają mi uporządkować ten miesiąc, nadać mu chronologię. 


Przede mną kolejne podróże – wielkie i mniejsze. Kolejne plany do zrealizowania. A we mnie ogromna nadzieja, że jutro istotnie będzie piękne. I poczucie siły, które dają mi ludzie wokół mnie – ci, którzy we mnie wierzą, niezależnie od wyzwań, jakie stawiam przed sobą.
Pierwszą podróż życia mam za sobą, czas planować kolejne…

niedziela, 11 maja 2014

Deszczowe Świnoujście

Do Świnoujścia przyjeżdżamy z niekłamaną przyjemnością od trzech lat. I tym razem umawiałyśmy się na radosne spędzanie czasu w swoim towarzystwie. Niestety, Gui nie miała transportu nad morze i została we Wrocławiu, było to o tyle zrozumiałe, że przecież moja Najmłodsza zdaje właśnie maturę. 
Przyjechałyśmy zatem na XIV Ultramaraton Rowerowy w Świnoujściu we dwie. Umówiłyśmy się w schronisku młodzieżowym, gdzie w tym roku zarezerwowałam noclegi (po zeszłorocznych przygodach, nie chciałam ryzykować). To był dobry wybór, gdyż schronisko jest czyste i przytulne. Może trochę przeszkadzała nam radosna grupa emerytów i emerytek, która niezwykle żywiołowo spędzała czas, m.in. śpiewając do późna szlagiery typu "Szła dzieweczka do laseczka..." 
W piątek najważniejszym punktem dnia było spotkanie ze znajomymi na odprawie technicznej i odebranie pakietów startowych. Tym razem wzbogaciłyśmy się o urokliwe bandamki pod kask. 
Gdy już wszystkich powitałyśmy, zwłaszcza tych, którzy sezon dopiero zaczynali (więc nie byli w Trzebnicy), posłuchałyśmy informacji o maratonie, wróciłyśmy do pokoju. Spać chciałyśmy iść wcześniej, wiedząc, że kolejny dzień będzie trudny. Chuda wymyśliła sobie, że przejedzie 216 km! Ja poprzestałam na skromnych 108 km.  Niestety, babcie radośnie śpiewały, a Chuda czekała jeszcze na znajomych, którym odbierała pakiety startowe. 


O poranku poczułyśmy, jak bardzo brakuje nam Gui. To ona odpowiedzialna była za sprawy rowerowe, tzn. zaczepiała numery startowe, sprawdzała, czy wszystko z rowerami ok. Tym razem musiałam sama przyczepić numer! 
Po lekkim śniadaniu ruszyłyśmy na przeprawę promowa, gdzie czekało już sporo kolarzy. W świetnych nastrojach pojechaliśmy wszyscy na start ( Chuda trochę mruczała, było widać, że jest zdenerwowana i  zestresowana)
O przebiegu samej trasy maratonu można napisać tyle, że biegnie S3 ze Świnoujścia do Wolina. Dalej już spokojnymi drogami aż do Stepnicy, a potem z powrotem. Krajobrazy może i dałoby się podziwiać, ale silny wiatr i rzęsisty deszcz zniechęcał do takich obserwacji. No ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła piękna wokół siebie. Na S3 jest jedno miejsce, z którego widać Zalew Szczeciński i ten widok zapiera mi dech w piersiach co roku. Drugim takim miejscem są lasy za Wolinem. Pachnące mokrą trawą, ziemią i wiosennymi kwiatami. I jeszcze bzy... fioletowe, przekwitające, których drobne kwiatki zaścielały naszą drogę. 
Innym ważnym elementem tegoż maratonu jest fakt, że na trasie mijamy się praktycznie z każdym zawodnikiem, z niektórymi kilkakrotnie, co buduje tę niesamowitą więź wśród maratończyków. Czasem można pojechać w grupie, zaczepić się komuś "na koło". Mnie się udało na chwilkę, potem chłopcy z kategorii 60+ odjechali, byli dla mnie za szybcy ....
Na mecie zameldowałam się w dobrym czasie, co mnie zaskoczyło, gdyż warunki pogodowe były o wiele gorsze niż w ubiegłych latach. 
Zjadłam pyszny żurek, dowiedziałam się, że Chuda zgodnie z planem wyjechała na drugą rundę, pogadałam ze znajomymi i popędziłam do schroniska- należało się umyć i rozgrzać. Z Chudą byłam umówiona ok. 17.00- taki dała sobie czas na przejazd swoich kilometrów. 
Gdy po 16.30 znalazłam się znowu na mecie nie padało. Dowiedziałam się jednak, że na trasie kolarze trafili na grad, co mnie trochę zaniepokoiło. Po chwili jednak usłyszałam, że widziano moją Chudą na trasie i że jest uśmiechnięta . Ok. 17.00 stanęłam na rogu obok dwóch innych dziewczyn wyglądających swoich bliskich. Pomyślałam, że jesteśmy takie "Czekajki". Aby skrócić oczekiwanie trochę pogadałyśmy, znam kilka takich żon kolarzy, które towarzyszą mężom na zawodach- prowadzą "wozy techniczne", ale przede wszystkim czekają i kibicują. Podziwiam je- czasem maraton rozgrywany jest na takim odludziu, że naprawdę trzeba nie lada wyobraźni, żeby sobie zorganizować te 8-9 godzin czekania!  Dziewczyny doczekały się na swoich bohaterów- bo tak należy nazwać ludzi, którzy przejechali w deszczu, gradzie i wietrze 324 km w czasie trochę ponad 9 godzin! A ja czekałam dalej. Wreszcie i moja bohaterka pojawiła się na horyzoncie!  Mokra, brudna, zmęczona i bardzo szczęśliwa. Teraz ona posiliła się żurem i pojechałyśmy do schroniska- należało szybko wypocząć,rozgrzać się (dobrze, że w pokoju grzały kaloryfery i było cieplutko), bo wieczorem chciałyśmy jeszcze uczestniczyć w tradycyjnej imprezie na marinie. 
(Buty Chudej były tak mokre, że suszyłam je suszarką do włosów).
Świeżutki dorsz prosto z kutra jest szlagierem maratonu w Świnoujściu, więc nie można go sobie odpuścić. 
Grzecznie odstałyśmy w kolejce po swoją rybę i napój, usiadłyśmy ze znajomymi i wesoło spędziłyśmy wieczór. 
Dzięki kilku rozmowom udało się temu i owemu załatwić transport do domu, dowiedzieć się czegoś ciekawego, posłuchać wspomnień. Informacje radosne przeplatały się z mniej wesołymi: ktoś pomylił trasę, ktoś zrezygnowała z części wyścigu, koleżanka zaliczyła bolesny upadek, który skwitowała:  "teraz jeszcze głośniej będę mówiła o ty, że kask chroni naszą głowę". 
Oj, lubimy te wieczorne spotkania, gdy nikt już niczego nie musi... 
Kuśtykająca lekko Chuda tak mnie rozczuliła, że z mariny wróciłyśmy taksówką.
W niedzielę pozostało już tylko wyszykować się na dekorację. Oczywiście w sukienkach (myślę, że te nasze sukienki przeszły już do anegdoty, zresztą jedną opowiedziała sama Chuda: "największym dylematem mamy jest, jaką sukienkę za zabrać na maraton: zieloną, zieloną, czy zieloną ") . 
Na zakończenie jeszcze epizod z promu: już wszystkich pożegnaliśmy , umówiliśmy się na następny maraton i... spotkaliśmy się na promie "Karsibór". To było wesołe i trochę hałaśliwe spotkanie. 
Podsumowując: było świetnie. W klasyfikacji naszego rodzinnego teamu znów wygrała Chuda. Nawet na pierwszym kółku była lepsza o 2 minuty.

P.S. Koniecznie trzeba wspomnieć o przepysznych bułeczkach z łososiem i fantastycznych organizatorach, których baaardzo lubimy! 

środa, 7 maja 2014

Misja "Bibliotekarz IV"

Wśród niezwykle ciekawej spuścizny po naszym ojcu (tej materialnej i tej duchowej) otrzymaliśmy z rodzeństwem całkiem sporą bibliotekę. Ojciec od młodości pasjonował się literaturą i przez całe życie kupował książki. Dostawał je tez w prezentach od bliskich i mniej bliskich. Pod koniec życia jego biblioteczka liczyła ok. 1000 książek. Przynajmniej tyle przypominam sobie z katalogowania, w którym pomagałam w latach osiemdziesiątych. Do akcji "Bibliotekarz IV" jak nazwałam porządkowanie książek, zbierałyśmy się długo. Wreszcie siostra zarządziła: sprzątamy, dzielimy, pakujemy. 
Zaopatrzyła się w wielkie worki, niestety zapomniała o maseczkach pyłowych i rękawiczkach sylikonowych. W efekcie po kilku godzinach pracy wyglądałyśmy jak górnicy po szychcie. 
A praca była pasjonująca. W biblioteczce ojca można było bowiem natrafić na prawdziwe "perełki" najbardziej ubawiła nas ekonomia polityczna socjalizmu oraz równie interesujące dzieła w języku rosyjskim.

Z drugiej strony półki obfitowały w prawdziwe białe kruki: Dzieła Mickiewicza i Słowackiego wydane w 1921 r, jeszcze starsze wydanie Hamleta w oryginale...


Obok pism o perspektywach socjalizmu -komunizmu- Nowy Testament. Obok Mickiewicza - gazetowe wydanie jakiegoś kryminału... 
Ojca ciekawiło wszystko, więc i książki gromadził z różnych dziedzin. Szczególnie ukochał jednak reportaże z wypraw wysokogórskich i oceanicznych. Czym bardziej ekstremalnie, tym lepiej. Druga miłością ojca była historia, stąd komplet tzw. ceramowski. 
Porządkowaniu towarzyszyły wspomnienia:
- tę książkę tata dał mi na obóz, ale była dla mnie za trudna.- siostra wskazała na jakiś reportaż, a ja przypomniałam sobie, że mogła mieć wtedy jakieś 11 lat. 
- No, mnie też tym katował.- uśmiechnęłam się do swoich wspomnień. Gdy moje koleżanki czytały "Anie z Zielonego Wzgórza", mnie przyszło czytać wspomnienia Wandy Rutkowskiej... a trzeba pamiętać, że jako dyslektyk zaczęłam czytać dopiero w wieku 10 lat. 
Moją ulubioną lekturą tego okresu była... "Lilavati", jakże dobrze uczyło się z tej książki matematyki. To była prawdziwa przygoda!
I tak opowiadając anegdoty czytelnicze układałyśmy książki na stosiki: moje, siostrzane, do przerobu, do biblioteczki wakacyjnej w Domku pod Orzechem. W tym czasie odwiedzały nas różne osoby: kuzynka, bratowa z bratanicą, mój syn. Stawali się oni uczestnikami naszej misji, dołączali się do wspomnień...
- A pamiętasz... - i płynęła kolejna anegdotka.
Moje 4 worki częściowo przywiozłam nad morze, resztę zabiorę następnym razem. Do "Domku pod Orzechem" trafiły niektóre reportaże większość historycznych książek Bidwella (och zaczytywałam się w tych biografiach!) , trochę beletrystyki lżejszych lotów (niewiele jej tam było, ale coś się znalazło). 
Podejrzewam, że gdy odkopię wszystkie swoje trofea, to pewnie jeszcze nie jeden wpis się pojawi. 

sobota, 3 maja 2014

Po górach i dolinach

"Przeczołgaj mnie po górach"- poprosiła Chuda, gdy tylko przekroczyłam próg  Domku pod Orzechem. Najpierw myślałam o jakieś trasie w Czechach, ale jeżdżąc szoską muszę brać pod uwagę stan asfaltów na trasie. Zdecydowałam się więc na znaną drogą. 


Po wizycie w punkcie IT w Starej Kamienicy wiedziałam, że najpierw pokażę Chudej domy przysłupowe w Antoniowie, żeby tam jednak dotrzeć, trzeba w Kwieciszowicach skręcić i wjechać ostrym podjazdem pod Bożą Górę.  Widoki, jakie rozpościerają się w tamtej okolicy wynagradzają jednak wszelki trud. Dalej jechałyśmy sobie między górami, rozmawiając o tym, jak ciekawie rozwijają się izerskie wioski, jak przyciągają ciekawych ludzi, chcących odnaleźć tu spokój i równowagę. Uciec z dużego miasta. 
Potem jechałyśmy w kierunku Karpacza, wspominając wycieczkę do Sosnówki, kaplicę św. Anny minęłyśmy jednak bokiem, choć przez moment zaświtała nam myśl, by i tam podjechać. 
W Karpaczu odpoczęłyśmy chwilę przy lodach i kawie, by kontynuować po chwili mozolny wjazd pod świątynię Wang. Zastanawiałyśmy się, skąd tu tyle policji , w domu okazało się, że trafiłyśmy na pogrzeb Tadeusza Różewicza. 
Żeby Chudej nie było za łatwo, powrót zaplanowałam najpierw "z górki na pazurki" przez Przesiekę i Zachełmie, by potem trafić do Szklarskiej Poręby i wjechać na Zakręt Śmierci. 
To była piękna wycieczka, choć po powrocie Chuda przyznała, że w połowie podjazdu pod Zakręt Śmierci, miała mordercze myśli pod moim adresem. 
No, ale przecież sama chciała...

"Nasza kalwaria"- Grudza

Pobyt w Izerach może być długi i wtedy delektuję się wolno sunącym się czasem albo krótki- wówczas wypełniam czas po brzegi, tak, by wydobyć z każdej chwili jej piękno. 
Tym razem czasu było bardzo mało, a plany miałyśmy z Chuda ambitne, o czym zaraz będzie się można przekonać. Pierwszego dnia mojego spotkania z Chudą w górach (ona o swoich wojażach kwietniowo-majowych dopiero będzie pisać) zdecydowałyśmy się na przejażdżkę po Pogórzu. Do południa odwiedziłyśmy targowisku w Mirsku (to już pewien rytuał, że sąsiadkę na targ wozimy) W ulubionym komisie znalazłam filiżankę dla kogoś, kogo miałyśmy po południu odwiedzić, zrobiłyśmy zakupy na obiad i wróciły do domku. Zaraz po obiedzie wsiadłyśmy na rowery. W planach miałyśmy odwiedziny w pobliskiej wiosce, ale przecież nie pojedziemy tam bezpośrednio, bo za blisko. Ruszyłyśmy więc w stronę Starej Kamienicy, gdzie rok temu zaopatrzyłam się w kilka ciekawych map. Nim tam jednak dotarłyśmy, zatrzymałyśmy się w Małej Kamienicy , bo przy drodze na zakręcie zafascynowały nas brzozowe rzeźby. Uprzejmy pan rzeźbiarz pozwolił je sfotografować, opowiedział o swojej pracy, a nawet przedstawił nam swoja córeczkę. 

W punkcie IT spotkałyśmy przesympatycznego pana, który z pełnym zaangażowaniem opowiedział nam o ostatnich inicjatywach turystycznych. Dowiedziałyśmy się o powstaniu szeregu Ekomuzeów, które pozwalają na ciekawe wędrowanie po okolicy i oglądanie tego, co izerska wieś ma najcenniejszego. No i oczywiście zostałyśmy zaopatrzone w cały pakiet nowiuteńkich map rowerowych - świetnych, bo poręcznych i bardzo dokładnych. W Starej Kamienicy obejrzałyśmy jeszcze ruiny zamku i zabytkową bramę (która, jak dowiedziałyśmy się z lokalnej prasy będzie w tym roku remontowana!).




Kolejnym etapem naszej wycieczki była Grudza i jej kapliczki. Miejsce fascynowało mnie od dawna, kiedyś nawet kilka z kapliczek sfotografowałam. Tym razem postanowiłyśmy zrobić cała kolekcję. 
Mojej poprzedniej wycieczce przez Grudzę towarzyszyła refleksja:








Kapliczki

Szept rozmodlonych kapliczek 
unosi się w powietrzu. 
Wznoszą ku niebu powykrzywiane, 
zardzewiałe ręce. 
Sterczą połamane krzyże, 
odpada polichromia.
Strzegą dróg prowadzących do nikąd, 
rozstajów,
o których nikt już nie pamięta. 
Jednostajna litania
liści i owadów. 
Proszą, 
czy dziękują? 
Zapomniane przez ludzi 
z nadzieją wyczekują odpowiedzi.
Czy Bóg o nich pamięta? 
O świadectwach czyich cierpień, 
bądź szczęścia miały przypominać?
Komu teraz służą? 
Opuszczone, kalekie, niepotrzebne?

Na mapie Grudza wygląda jak miejsce kalwaryjskie, gdyż znaczków "kapliczka" jest tam mnóstwo. Na miejscu okazuje się jednak, że to nie droga krzyżowa, lecz wielkanocne (prawdopodobnie) fundacje różnych rodzin. Datowanie kapliczek to cały XIX w, najmłodsza powstała przed II wojną. Dominującym motywem jest Baranek, stąd przypuszczenie, że to fundacje wielkanocne. 
Zastanawiałyśmy się, dlaczego wszystkie wybudowano w tej właśnie wsi. Mieszkaniec Grudzy uświadomił nam, że była to jedyna całkowicie katolicka wieś w okolicy- pozostałe były albo ewangelickie, albo, jak Gierczyn, mieszane. 
Wieś położona jest na wzgórzu, zatem nasza podróż przez nią przypominała pokonywanie Drogi Krzyżowej - wsiąść na rower, podjechać 10 -20 m stromym podjazdem, zsiąść z roweru, zrobić zdjęcia. Wsiąść na rower.... 
Z Grudzy pojechałyśmy już prosto do Inkwizycji na kawę . No i niech ktoś nam wmówi, że internet niszczy związki międzyludzkie! My dzięki internetowi mamy możliwość poznawania takich ludzi jak Inkwizycja- zapaleńców, którzy zakochali się w izerskiej wsi podobnie jak my. 


czwartek, 1 maja 2014

Trzebnicki Maraton Rowerowy

Trzebnica już chyba zawsze będzie kojarzyła się z polami pachnącego żółtego rzepaku. Gdy odwiedzałyśmy miasto rok temu pola właśnie zaczynała się zabarwiać. Tym razem, pewnie z powodu wcześniejszej wiosny rzepak był już w pełnym rozkwicie.

Do miasta dojechałyśmy tym razem z różnych kierunków. Ja pociągiem ze Szczecina i potem kilka kilometrów rowerem, Chuda i Gui - z Wrocławia. Nim dziewczyny dojechały, zdążyłam zameldować nas w pokoju hotelowym, zmówić śniadania i przywitać się z nadjeżdżającymi z różnych stron znajomymi, z niektórymi jechałam już od Szczecina, więc podróż minęła mi zaskakująco szybko. Piątek był bardzo radosnym dniem, gdyż spotykaliśmy się po zimie na pierwszym w tym sezonie maratonie. Wszystko jednak przestało być istotne, gdy nadjechały dziewczyny, wszak z Gui nie widziałam się od ferii zimowych. Gdyby nie zmęczenie i świadomość, że w sobotę mamy do przejechania 150 km, to pewnie przegadałybyśmy całą noc. Bo tematów nigdy nam nie brakuje. Matura Gui, plany wakacyjne, domowe nowinki, przebieg trasy... O 22.00 Gui zarządziła cisze nocną.
W sobotę zjadłyśmy pyszne śniadanko przygotowane w naszym pensjonacie i ruszyłyśmy na linię startu. Po nocnej burzy pozostało tylko wspomnienie i rześkie powietrze. Pogoda zapowiadała się wymarzona na śmiganie po drogach. Ruszałyśmy o różnych porach, ale istniało duże prawdopodobieństwo, ze trafimy na siebie na trasie.
Każda z nas miała inny cel, jechała z innymi myślami, planami. Chuda podeszła do sprawy ambicjonalnie- dużo trenowała i chciała przejechać swoje pierwsze 150 km, dla Gui celem było: dojechać do mety. Myśli pewnie zaprzątnięte miała zbliżającą się maturą.
A ja... no cóż... dla mnie ważna jest droga... spotkanie z sobą.
Trasa maratonu biegła tak, jak w ubiegłym roku, więc przynajmniej pierwsze 40 km jechałam znaną sobie drogą. Początkowo chciałam nawet zastosować się do rad koleżanki i nie oglądać "kwiatków i widoczków". Szybko okazało się jednak, że jest to niemożliwe. Urzekły mnie najpierw barwne kwadraty pól, potem Dolina Baryczy. Nad Stawami Milickimi przyglądałam się czapli stojącej bez ruchu przy brzegu, płynącym po wodzie łabędziom i kaczkom. Słuchałam klekotów, poćwierkiwań, gwizdów. Nagle wszelkie dźwięki zostały zagłuszone przez tęskny rechot setek żab. Brzmiały niesamowicie przejmująco.
Dalej gapiłam się na potężne dęby. Teraz już wiem, że to dęby, bo gałązki pokryte były młodymi jasnozielonymi, lśniącymi listeczkami (rok temu liście były dopiero w zawiązkach) I w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, że... na asfalcie nie ma dziur, które rok temu utrudniały mi obserwację koron drzew.
Potem przez chwilę jechałam w towarzystwie i widziałam przede wszystkim tylne koło mojego towarzysza. Na punkcie żywieniowym zamajaczyła mi różowa koszulka Gui, zatrzymałam się więc i ja. Zamieniłyśmy kilka słów i jakiś czas jechałyśmy razem. Szybko się jednak okazało, że mamy różne tempo i za którymś zakrętem już nie widziałam za sobą charakterystycznego różu...
Wjechałam w sosnowy las tu i ówdzie poprzetykany białymi pniami brzóz i delikatną zielenią listeczków tychże. O ile korona lasu była dwubarwna, a tyle poszycie mieliło się wszelkimi odcieniami brązów i zieleni: od rudości owocni mchu płonnika, przez khaki całych połaci tegoż płonnika i innych mchów, dalej jasną świeżą zieleń młodych liści jagód, rozwijające się ślimakowo paprocie po srebrzysto zielone chrobotki. Gdzieniegdzie zakwitały żółte, niebieskie i białe kwiaty. Gdy w którymś przydrożnym rowie zauważyłam dzikie konwalie, mało nie spadłam z roweru. Wokół wszystko pachniało.... wodą, rzepakiem, bzem,
Niewielkie wioski witały fioletowymi i białymi bzami, ukwieconymi biało i różowo jabłoniami, czerwonymi tulipanami i przede wszystkim radosnymi krzykami dzieci.
Potem znów jakiś czas jechałam z Gui, ale gdy zaczęły się pagórki, Młoda została z tyłu.
Góra Prababka, którą straszono nas od roku okazała się przyjemnym pagórkiem, o wiele niższym i łagodniejszym niż podjazd pod Domek pod Orzechem w naszych Izerach. Żadna z nas nie miała większego problemu z wjazdem, a Chuda pojechała na tyle dobrze, że jej przechwałek musiałyśmy słuchać cały wieczór i niedzielny poranek ;)
Na trasie spotykałyśmy znajomych, tych całkiem bliskich i tych , z którymi spotykamy się tylko czasami. Tych , których spodziewałyśmy się spotkać i tych, których pojawienie się było zaskoczeniem.
Na metę wjeżdżałyśmy co 15 minut. Szybko posiliłyśmy się pyszną grochówką i pojechałyśmy do pensjonatu umyć się i zmienić ubrania, bo przecież na podium musimy prezentować się bez zarzutu.

Całę popołudnie i wieczór spędziłyśmy na rozmowach, wesołym przekomarzaniu się i złośliwych docinkach. Organizatorzy "Żądła Szerszenia" i znajomi zadbali, byśmy się ani chwili nie nudziły. Wieczór przeciągnął się w noc, już w pokoju w łóżkach dzieliłyśmy się emocjami, marzeniami, spostrzeżeniami. I ciągle miałyśmy za mało czasu dla siebie. A „oskarowa mowa” Gui będzie hitem prze następne tygodnie.
W niedzielę obudziłyśmy się dosyć wcześnie, ale nadal rozmawiając dopiero o 9.00 zaczęłyśmy się pakować. Nim wsiadłyśmy do pociągu , usiadłyśmy jeszcze w cukierni, wypiły kawę i posiliłyśmy się pysznym ciastem- na pizzę zabrakło już czasu.


Na dworcu we Wrocławiu pożegnałyśmy Gui i wsiadłyśmy do TLK Śnieżka, która zawiozła nas w góry.