środa, 25 czerwca 2014

Małe przyjemności i zapowiedzi konkursowe

Końcówka roku szkolnego to czas trudny nie tylko dla uczniów, którzy myślą już tylko o wakacjach, maturzystów, czekających z niepokojem na wyniki matur, studentów zaliczających kolejne egzaminy, rodziców kombinujących, co zrobić z dziećmi w wakacje, ale także dla nauczycieli. Świadectwa, dyplomy, arkusze ocen, sprawozdania, podsumowania, ewaluacje, autorefleksje, słowem góry papierów wszelakich. 
W tym szaleństwie trzeba jednak znaleźć odrobinę oddechu, chwilę dla siebie. 
Gdy wreszcie oderwałam się dzisiaj od biurowego sprzętu (popraw, wydrukuj, sprawdź, dlaczego ja nie mam internetu- pomóż). Pojechałam na działkę. 


A tam... poziomki i porzeczki, trochę truskawek (mam zaledwie kilka krzaczków, które przygarnęłam po tym, jak przelazły przez płot od sąsiadów) , druga tura szpinaku (o wiele dorodniejsza od pierwszej, bo i pogoda sprzyjała wzrostowi tego zielska- szpinak lubi wilgoć) , zielony groszek, pierwsze koktajlowe pomidorki. Posiedziałam chwilę, zebrałam zieleninę i wróciłam do domu. Po drodze wstąpiliśmy na zakupy i ja w ostatniej chwili złapałam pudełko czekoladek. Tak... tego mi właśnie trzeba było. Zaczęłam jeść ledwo odeszliśmy od kasy.


W domu przygotowałam koktajl z truskawek, banana, siemienia lnianego i maślanki. Pychotka. 
No i niespodzianka z skrzynki na listy- pozdrowienia od Marchevki :


To te małe przyjemności. 
Są też inne:
szykujemy trochę zmian na blogu, bo to właśnie początek wakacji, zbliża nam się  50 000 odsłon, pojawił się 50 fan na facebooku. Szykujemy więc nową szatę graficzną, zbieramy nagrody na konkursy, które przewidziałyśmy. 
Pomysł na prezent dla naszego 50 fana- Tomka zapalonego rowerzysty już mamy. 
Na pewno będzie też konkurs typu "złap licznik", więc warto zacząć nas podglądać :) oraz tradycyjne candy. 
Szczegóły wkrótce. 

niedziela, 22 czerwca 2014

Bo w Niechorzu musi wiać!

Kolejny weekend pod hasłem: "jedziemy na maraton". Tym razem nie mieliśmy daleko, bo Niechorze oddalone jest od Trzebiatowa o 16 km. Jest to jedyny maraton, po którym wracamy we własne pielesze w tym samym dniu. Z jednej stron y trochę tracimy na rozmowach pomaratonowych, z drugiej odpoczywamy we własnym domu. 
Na piątkową odprawę techniczną ledwo zmieściliśmy się w naszym rodzinnym samochodzie, gdyż do Niechorza jechali z nami panowie moich dziewczyn. Ślubny stwierdził, ze nie jedzie, bo przecież trasę zna, a ze znajomymi zdąży pogadać czekając w sobotę na nas. Odebrałyśmy numery startowe, wysłuchały uwag organizatora i po kilku radosnych powitaniach, kilku rozmowach wróciliśmy do domu. Tu jeszcze szybkie pakowanie, sprawdzanie rowerów i czas spać. 

W sobotni poranek z niepokojem spoglądamy w niebo. Pada, żeby nie powiedzieć leje, wiatr zgodnie z prognozami silny, północno-zachodni. Myślami jesteśmy z naszymi znajomymi, którzy o 4.00 lub o 6.00 wystartowali na najdłuższym dystansie Rewal Bike System Maratonu - 304 km. 
Po pożywnym śniadaniu jesteśmy gotowi do wyjazdu. Spod bloku startują dwa załadowane rowerami auta (do jednego się nie mieścimy, startując w czworo) 
Chuda, Gui i ja wybrałyśmy dystans mega- 152 km, Ślubny dystans mini- 75 km. 
Cały czas zastanawiamy się, czy wystarczy nam samozaparcia, by w niesprzyjających warunkach przejechać oba okrążenia. 
Pogoda jednak ustala się na znośnym poziomie- NIE PADA! a do pomorskich wiatrów jesteśmy przyzwyczajone. Przecież tu zawsze wieje! (chociaż nie zawsze z prędkością 35 km/h i porywami do 70 km/h)
Jak zawsze mamy swoje cele- nadrzędny- dojechać do mety. Szczegółowe są różne. Gui, startująca razem ze mną założyła, że spróbuje dotrzymać mi koła, Chuda, że nie pozwoli się dogonić (startuje 5 minut wcześniej) a ja? Ja chciałabym dojechać w 6 godzin. 
Zaraz po starcie Gui mi... ucieka, goniąc grupę. Zostaję sama na pogorzelickim polbruku. Prze chwilę jadę z koleżanką, ale przed Konarzewem zostaje w tyle. Cały czas widzę przed sobą różową bluzę Gui, ale jest za daleko, by ją dogonić, zmagając się z silnym wiatrem w twarz. 
Mijają mnie kolejni rowerzyści- Na maratonie Gryflandu będziemy się mijać i tasować wielokrotnie, gdyż nie tylko jest on prowadzony po pętlach, ale dodatkowo przez kilka kilometrów jedziemy "wahadłem". Za Cerkwicą dojeżdża do mnie znajomy i wita słowami: 
- teraz ja daję zmianę! 
Och z jaką radością przyjmuję tę propozycję! Jedziemy wspólnie rzetelnie i sprawiedliwie zmieniając się na prowadzeniu. Za Gryficami doganiamy samotną Gui. Cieszy się, a w jej głosie słychać odrobinę pretensji, że... dopiero teraz ją dogoniliśmy ;)
Nadal nie pada, a chwilami nawet wygląda słońce. 
Przed Stuchowem zauważamy turkusową kurtkę Chudej. Z jednej strony się cieszymy, bo może dalej pojedziemy razem, a z drugiej zastanawiamy , co się stało, że ją dojechałyśmy. Już po chwili wiemy, że Chuda miała drobny defekt roweru- spadł jej łańcuch i stąd małe opóźnienie. Siada na koło i jedziemy już w czworo. Zmieniamy się na prowadzeniu, choć po prawdzie najbardziej pracuję ja i nasz znajomy. Przez kolejne 70 km nic się nie zmienia. Na wahadle spotykamy Ślubnego, machamy sobie i cieszymy się, że nie jedzie sam- ma towarzystwo rowerzysty, z którym startował w grupie, z resztą także naszego wspólnego znajomego z Gryfic.
Wiatr wieje nadal, ale fakt, że można się za kimś schować i odpocząć niweluje skutki wichury. Stwierdzam, że rację ma biblijny Kohelet, twierdzący, że łatwiej dwóm niż jednemu.
Jedzie mi się naprawdę dobrze, o czym świadczą jęki dziewczyn, gdy wychodzę na zmiany:
- O nie, mama będzie ciągnąć pod górkę! 
I choć jęczą, jakoś dają radę. Utrzymują się na kole, choć widać, ze kosztuje je to sporo wysiłku. W końcu Chuda daje na wygraną. Zostajemy w troje. I w takim składzie dojeżdżamy do mety. Bramkę przejeżdżam wspólnie z Gui. Sędzia zawodów podchodzi do nas i stwierdza:
- Koleżanka była lepsza o ćwierć koła.
- To nie koleżanka- próbuję sprostować.
- A co, już teraz nie koleżanka, bo wygrała?
- To nie koleżanka, to moja córka.
Mina sędziego- bezcenna. Jeszcze lepszą robi 15 minut później , gdy dojeżdża Chuda. 
Na mecie dziękuję znajomemu za wspólną jazdę. To była świetna współpraca.


No dobrze, ale przecież te 150 km to nie tylko jazda, to także czas na podziwianie krajobrazów i własne myśli. Tyle, że gryfickie krajobrazy znam prawie na pamięć, bo wielokrotnie przejeżdżam tę trasę. Wiem, gdzie są dziury w asfalcie, a gdzie na drogę wyłażą dziki. Kiedy będzie podjazd, a kiedy zjazd. W którym miejscu kwitną maki, rumianki i bławatki. I wiem, kiedy zacznie się mój ulubiony bukowy las, piękny o każdej porze roku. Przed Niechorzem wspólnie z Gui obserwujemy polowanie myszołowa i dyskutujemy o mewach. Ale zabawa lisów w wąwozie, o której później opowie nam Chuda jakoś nam umknęła. 
A jak nasze cel? Osiągnięte połowicznie. Do mety dojeżdżamy w 6 i pól godziny. Gui dotrzymuje mi koła i... dokłada Chudej 10 minut. Już w czasie maratonu dziewczyny stwierdzają, że trzeba trochę potrenować, a po zakończeniu potwierdzają te deklarację.
Na mecie zjadamy zupę z kiełbaską , a czekając na dekoracje idziemy na lody. Potem jeszcze spacer po Niechorzu, wizyta nad Bałtykiem - no przecież Bałtyk być musi! Gui z M. rozmawiają o fenomenie mojego zachwytu nad morzem. Przecież to tylko woda, jak można tak się nią ekscytować. Wreszcie M. Dochodzi do wniosku, że to wina mojego śląskiego dzieciństwa. Coś w tym jest- wychowana w mieście z ograniczonym widnokręgiem potrzebuję przestrzeni, a tej nad Bałtykiem nie brakuje. Przed 18.00 idziemy na halę, rozmawiamy ze znajomymi, dzielimy się wrażeniami, potwierdzamy maratonowe plany na kolejne tygodnie. Nie wszyscy są zadowoleni, coś poszło nie tak, ten zmókł, tamten zaliczył wywrotkę. Każdy narzeka na silny wiatr. Mam jednak nadzieję, że gdy emocje opadną, pozostaną już tylko dobre wspomnienia. Nasze zawsze są dobre, bo my po prostu lubimy się bawić i traktujemy nasze starty jak dobrą zabawę.
Dekoracja rozpoczyna się o 18.00 i przebiega dosyć sprawnie, tylko że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Za oknami znów pada, a potem pojawia się tęcza. 

Swoje sukcesy świętujemy w domu.  Cieszymy się jeszcze swoją bliskością, bo niedzielny poranek Chuda wraca do Szczecina, wyjeżdżają też Gui i M. 
W domu robi się cicho i tylko porozrzucane tu i ówdzie dziewczęce ciuszki przypominają, że miałyśmy radosny weekend. 


czwartek, 19 czerwca 2014

Sesja zdjęciowa poziomki

Poranek. Przyglądam się śpiącej Gui. Znów mam ją przez kilka dni dla siebie. Przytulam ją, powoli wchodzimy w dzień.  Pijemy kawę z pianką, smażę jajko z zieleniną. Koło 10.00 podejmujemy decyzję, ze jedziemy na wycieczkę bez względu na pogodę, na przekór wzmagającemu się wiatrowi i wiszącej nad miastem ciemnej chmurze. Ślubny kręci nosem. Miał jechać, ale odechciało mu się. Dostaje zlecenie przygotowania obiadu. My starujemy. Tempo wycieczkowe, bo wiatr wieje nam prosto w twarz, Nie rozmawiamy zbyt dużo, ot jakaś uwaga rzucana tu i ówdzie. Ulotna myśl, która trzeba podzielić się natychmiast, zanim zniknie.  Na parowach rosną poziomki. Opowiadam Gui o tych, które rosły na Pojezierzu Drawskim, ona przypomina sobie maraton w Zieleńcu. Śmieję się, bo tam pod Drawskiem właśnie o niej i tamtym maratonie myślałam… Często mamy takie same skojarzenia, nie musimy nic mówić, rozumiemy się bez słów.

Po zjeździe z głównej drogi zatrzymujemy się w lesie. Obie wiemy, że teraz nastał dla nas czas poziomek, zrywamy owoce, głębiej są także jagody. Głośno wyrażamy zachwyt nad smakiem i aromatem leśnych skarbów. I nagle, ach, zjemy wszystkie i nawet nie sfotografujemy! Została jedna śliczna poziomka. Wyjmuję aparat, pstrykam kilka fotek. Gui robi zdjęcia telefonem:
- Muszę na instagram wrzucić! Otagować. Jak jest po angielsku poziomka?
Śmiejemy się beztrosko. Po chwili wsiadamy na rowery. Już jest łatwiej, jedziemy lasem, nie odczuwamy wiatru. W Gostyniu trafiamy na procesję Bożego Ciała. Przyglądamy się ludziom, sztandarom. Chyba cała wieś wyległa na drogę. Zastanawiam się, ile w ludziach wiary, a ile potrzeby pokazania się na wsi, uniknięcia ostracyzmu wiejskiego.  Zaczyna padać.
Po  drodze ustalamy menu obiadowe. Początkowo miała być zupa rybna lub coś innego z ryby, ale to był plan na wycieczkę z Ślubnym. Decydujemy się na coś słodkiego na ciepło. Gui proponuje sernik na ciepło. Dojeżdżamy do Pobierowa. Pierwsza kawiarnia , jaką widzimy oferuje naleśniki i tu zostajemy. W lodziarni „Melba” ustawiamy rowery pod parasolami, zamawiamy kawę i naleśniczki. Na ladzie ustawione są dwa słoiczki: „Zbieramy na wakacje” i „Zbieramy na studia”. Gui zauważa, że w pierwszym leży trochę drobniaków, drugi pusty.
-Nikt nie chce sponsorować naszego kształcenia.- martwi się dziewczyna za ladą.
My ciągle w świetnych humorach wrzucamy drobne do obu słoiczków.

Naleśniki pyszne. Kawa też. Obserwujemy ruch na drodze. Po przeciwnej stronie ulicy kramy z ubraniami, Gui chce sobie kupić spódnicę, ale nie znajduje odpowiedniej. Siąpi , mimo to obchodzimy stoiska z starociami i rękodziełem– tak miało być z założenia- jak przeczytałam wczoraj na stronie gminy Rewal. W rzeczywistości jest po trosze wszystkiego. Są i stare filiżanki, meble, jak i rękodzieło, domowe przetwory. Generalnie mało stoisk. Ale targi przewidziane na kilka dni, więc może się rozkręcą. Na stoisku z drewnianymi zabawkami nie wytrzymuję i kupuję drewnianą grzechotkę- sprezentuję ją bratanicy Ślubnego.

Jeszcze zjazd nad Bałtyk, bo przecież bez morza nie ma dla nas wycieczki. Kilka zdjęć wzburzonych fal, ciemnych chmur i ruszamy do domu. Teraz jedzie się świetnie, pada, ale wiatr pcha nas do domu.

- Mamy piękną rowerową pogodę- stwierdza Gui- nie bardzo piękną, ale piękną.
- My to jednak nienormalne jesteśmy. Cieszyć się z jazdy w deszczu, gdy kapie z kasków.- podsumowuję.
- Nie… no może… troszeczkę.
W okolicach Rogoziny ktoś nam macha z samochodu z rowerami na dachu. Okulary mamy zachlapane. Nie dostrzegam twarzy, ale odmachuję. Prawdopodobnie ktoś z maratonowych znajomych przyjechał już na sobotnią imprezę w Niechorzu. Mamy wszak długi weekend. Można go było wykorzystać na rodzinny wypad nad morze, a przy okazji wziąć udział w maratonie.

Do domu dojeżdżamy przemoczone, ale w euforii. Ślubny czeka z obiadem. Teraz zajął się czyszczeniem naszych rowerów, my odpoczywamy.

Jutro zrobi się w domu hałaśliwie i wesoło- będzie Chuda z partnerem, przyjedzie też partner Gui. Dzisiaj jednak mamy jeszcze czas dla siebie. 

niedziela, 15 czerwca 2014

Bez deszczu ani rusz- Pętla Drawska

A jeszcze tydzień temu wydawało się, że tym razem się uda i kolejny maraton przejedziemy w ciepełku. O naiwności! Widać w tym roku deszcz wpisany jest w nasze starty. Ale o tym później. 
Na Pętlę Drawską zawitaliśmy po raz trzeci, tzn. ja zawitałam trzeci raz, bo Chuda dopiero rok temu zaczęła starty. 

Tradycyjnie rozlokowaliśmy się na hali sportowej "w swoim kącie". Mam wrażenie, że na poszczególnych halach mamy już swoje stałe miejsca i niedługo będziemy oburzeni, jeśli ktoś będzie miał czelność zająć naszą miejscówkę ;) Powoli zaczęli zjeżdżać znajomi, więc piątkowy wieczór naznaczony był powitaniami i rozmowami na materacach i na krzesełkach w korytarzu, te krzesełka w jakiś dziwny sposób sprzyjają nocnym rozmowom o planach, przeżyciach, marzeniach... Rozsądek nakazuje jednak nie przedłużać spotkań, bo przecież następnego dnia trzeba wystartować. A my z Chudą mamy przed sobą 152 km po Pojezierzu Drawskim. 

W sobotę hala budzi się o świcie. O szóstej panuje już wzmożony ruch, co jest o tyle dziwne, ze starty przewidziano od 9.00. Widać jednak, ze rowerzyści to w większości skowronki, co nie dotyczy mojej rodzinki, bo tu tylko ja jestem skowronkiem. I gdy moi bliscy jeszcze smacznie śpią, ja wypijam pierwsza kawę i prowadzę pierwsze poranne rozmowy. Korytarz się zapełnia, gdyż część uczestników imprezy zdecydowało się przyjechać dopiero w sobotę i teraz stoją w sporej kolejce po odbiór pakietów startowych ( a w pakietach różne różności- koszulka w twarzowym żółtym kolorze, poręczny bidon dla takiego rowerzysty jak ja, co to przez 100 km wypija 300 ml płynu, niezwykle ciekawy folder o maratonie oraz kupony na jedzonko i pamiątkowy numer startowy). 
Potem przygotowuję śniadanie i kawę dla bliskich, budzę ich i wspólnie jemy śniadanko, kończymy akurat tak, by zdążyć na odprawę techniczna, która jak zawsze w Choszcznie rozpoczyna się punktualnie, jest krótka i do bólu zwięzła ( ta choszczeńska punktualność i perfekcyjność bardzo mi odpowiada).
O 9.00 Chuda idzie "wystartować" swojego mężczyznę, a my szykujemy się powolutku do startu- mamy dużo czasu, bo ruszamy dopiero po 10.00. 
Z niepokojem spoglądamy w niebo, które zda się coraz ciemniejsze i bardziej mroczne... 
Tuż przed moim startem spadają pierwsze krople. Na razie pojedyncze... Na rynku pachną lipy, a to przecież dopiero połowa czerwca.

Ruszam razem z koleżanką. Przez pierwsze kilometry trzymamy się grupy, chłopcy mają jednak za silne tempo i pozwalamy im odjechać. Jeszcze przez chwile jedziemy wspólnie, potem każda jedzie swoim tempem. Moje jest wolniejsze...
Zostaję sama. Tylko ja, droga i... deszcz.  Ulewa nadchodzi nagle i jest niezwykle intensywna. W kilka minut przemakam do skarpetek. Już nie kłócę się z Instancją Wyższą, bo mam w pamięci burzę z Radkowa. Przyjmuję deszcz jako coś oczywistego. No przecież w tym roku po prostu deszcz, zziębnięcie i ból wpisane są w maratony.  Jadę więc w deszczu ... skupiona mijam kolejne kilometry. Nawet nie zauważam, kiedy przestaje padać. szybciej niż zwykle osiągam ulubiony stan wyciszenia emocji, spotkania z tym, co nie nazwane... na co nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. 
Ze skupienia budzą mnie pierwsi mijający mnie koledzy, ziut, ziut i już ich nie ma... Ale potem na pierwszym podjeździe zaczynam mijać tych, którzy nie lubią górek. Nogi mi marzną w mokrych skarpetkach. Zatrzymuje się i wrzucam je do kieszeni, dalej jadę w samych sandałkach (jak dobrze, że są tak wygodne!) 

Zza chmur wygląda słońce, świat pachnie lipą, dziką różą i jaśminem. Czasami kwiatowe aromaty mieszają się z wonią dojrzewającego rzepaku i mokrego , parującego lasu. Zrywa się wiatr. Wieje prosto w twarz (ale tego się spodziewaliśmy - prognozy wskazywały, że będziemy mieć spory północny wiatr). Co jakiś czas łapię się komuś "na koło". Chowam się od wiatru i odpoczywam.  Pagórki trzeba jednak pokonać w swoim tempie, a morena czołowa potrafi zaskoczyć przewyższeniem.  Znów jadę sama. Podziwiam ukryte miedzy wzgórzami jeziorka i strumienie. W wodzie odbiją się wzgórza, słońce i chmury. A ja przypominam sobie, gdy jeździliśmy tędy na Śląsk i planowaliśmy, że kiedyś przyjedziemy na kilka dni pod namiot . Będziemy biwakować nad jeziorem. Zamiast tego pokonujemy Pojezierze rowerami. 
Do punktu żywieniowego dojeżdżam w niewielkiej grupie i razem z nią ruszam dalej. Praktycznie do końca będziemy się mieszać, dojeżdżać do siebie i gubić się na podjazdach. Jeszcze do Łobza wieje w twarz. Potem 50 km wiatru w plecy. Odczuwam dziecięca radości z pędu, szybkiej jazdy, wolności. Znowu mam towarzystwo. 40 km szybkiej jazdy, rozmów. Doganiamy kolejną osobę i jedziemy w troje. Ale dla mnie tempo jest mordercze. Zostaje 10 km do mety, a ja widzę już tylko plecy moich towarzyszy. Są coraz dalej, dalej... Jeszcze tylko 10 km wysiłku... Minuty na liczniku pędzą. Zbliża się 6 godzin w siodełku, a ja założyłam, że tę trasę pokonam w 6 godzin. 5.55, 5,56- widzę wieżę kościoła. 5.57- ostatnie rondo. 5.59- meta. Licznik zatrzymuje się... Wygrałam z sobą , z bólem. 
Na mecie dziękuję chłopakom za wspólną jazdę. Żartujemy, przekomarzamy się. 
Czekamy na Chudą, która startowała po mnie i teraz powinna już dojeżdżać do mety. Trochę to trwa. 
Wreszcie jest i zielona bluza Chudej.  Oddycham z ulgą. Teraz możemy iść na pyszny obiad, który tu w Choszcznie jest zawsze niesamowicie smaczny i pożywny. 

Czas zwalnia... Dołączamy do towarzystwa na plaży nad jeziorem, gdzie czekają na nas kiełbaski  i kaszanka z grilla (karkówki zabrakło) . Witamy kolejnych znajomych, wymieniamy się wrażeniami z trasy. Ten zmókł, ten się zgubił, ten złapał gumę. I tak aż do 20.30, gdy (znów punktualnie, co do minuty) rozpoczyna się wręczenie nagród. (w konkurencji mama kontra córka tym razem wygrała mama)
A potem hala pustoszeje, większość uczestników rozjeżdża się do domów. My lubimy czas maratonowy rozciągać, więc  zostajemy na noc. Nigdzie się nam nie spieszy, rozmawiamy z tymi, którzy zostali, porządkujemy myśli, wspomnienia... 
Kolejny maraton dobiega końca. W niedzielę wyjeżdżamy przed ósmą. Jeszcze ostatnie spojrzenie na kościół w Choszcznie, potem żółknące pola jęczmienia, most na Redze- wąskiej jak rów melioracyjny i jesteśmy coraz bliżej domu...
Następny maraton już za tydzień. 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Z wizytą w magicznym ogrodzie

Zgodnie z planem Chuda postanowiła wracać do Szczecina rowerem, a że nie miałam sprecyzowanych planów na niedzielę- Ślubny był w pracy- postanowiłam więc ją trochę "odprowadzić". Google maps podpowiedziało nam drogę przez Nowogard, zatem zdecydowałyśmy się tę drogę obrać. Przy okazji chciałam odwiedzić przyjaciółkę w pewnym niezwykłym ogrodzie.


 No i okazało się, że przyjaciółka nie przyjmuje do wiadomości, że chcemy zjeść obiad w jakiej pizzerii w Nowogardzie- zostałyśmy zaproszone na obiad. 
Gdy zaplanowana była już i trasa i postój, mogłyśmy ruszyć przed siebie. O 12.00 wyjechałyśmy spod bloku. Grzało mocno, ale my po pierwsze lubimy ciepełko, a po drugie używamy bardzo wysokich filtrów przeciwsłonecznych. Do Gryfic jechałyśmy drogą główna, która była dosyć ruchliwa, więc nie pogadałyśmy sobie. Jednak po skręcie na Trzygłów mogłyśmy już nie tylko rozkoszować się pięknymi pejzażami, zapachami, ale także swoim towarzystwem. Słońce, pachnący igliwiem las, zieleń pól, czerwony maki i niebieskie chabry wprawiały nas w zachwyt bliski euforii.


 Dojazd do Nowogardu zajął nam dwie i pół godziny. Przyjaciółka i jej mąż przyjęli nas po królewsku: czekał na nas pyszny obiad z deserem, kawa i ciasto. Chuda odpoczęła trochę i ruszyła w dalszą drogę, ja jeszcze zostałam, gdyż w magicznym ogrodzie moje przyjaciółki i w jej towarzystwie czuję się doskonale i trudno było mi się z nią rozstać. 


Dopiero przed 17.00 zdecydowałam się na powrót do domu. Nie wybrałam jednak najkrótszej trasy, gdyż chciałam jeszcze zajrzeć nad Bałtyk. I tak kolejne 4 godziny spędziłam na rowerze. Po drodze mijałam wioski, miasteczka, łąki, las. Dojechałam najpierw do Kamienia Pomorskiego, a potem przez Pobierowo do Trzęsacza. 


Na Bałtyku już rozwijała się burza, która kilka godzin później nadciągnęła nad Trzebiatów.

I jeszcze drogowa refleksja na koniec:


Przed Golczewem zobaczyłam łąkę. Nie było w niej nic nadzwyczajnego. Ot, kwitnące trawy. A jednak zatrzymałam się, by ja sfotografować. ściągnęłam rower na trawę, weszłam między kwitnące źdźbła. Nagle usłyszałam potworny, głośny świst. Tuż obok w ogromnym pędzie, hacząc prawymi kołami o pobocze przemknął tir. Mam bujną wyobraźnie. Nie chcę wiedzieć, czy gdybym była na drodze, wyprzedziłby mnie z zachowaniem bezpiecznej odległości, czy w podmuchu, jaki się za nim wytworzył , utrzymałabym rower...



niedziela, 8 czerwca 2014

Od wschodu po zachód słońca

Chuda zapowiedziała się na weekend. Zaplanowałyśmy sobie czas zarówno na pogaduchy, bo przecież Chuda zawsze ma tyle do opowiadania, jak i na aktywność fizyczną i załatwienie kilku ważnych spraw. Jakiś czas temu rozpoczęłyśmy procedurę rejestracji stowarzyszenia i powoli jesteśmy na finiszu. Jeszcze kilka dokumentów i Chuda będzie mogła wszem i wobec ogłosić radosną wieść. Ale to zostawię Chudej.
W sobotę wstałam, jaka zwykle bardzo wcześnie i po wyprowadzeniu psa na spacer przygotowałam śniadanie. Korzystając z wiosny, uraczyłam swoją Najstarszą szparagami zawijanymi w boczek.
Białe szparagi obrałam i obgotowałam, potem przecięłam na pół , żeby  były krótsze. W plasterki wędzonego boczku zawinęłam po trzy kawałki szparagów i spięłam wykałaczką. Obsmażyłam na patelni , dodając na koniec smażenia potarty ser.

Chudej smakowało.
Na popołudnie zaplanowałyśmy sobie wyjazd nad morze na zachód słońca. W ostatniej chwili Ślubny zdecydował się jechać z nami. Zrobiło się zatem bardzo rodzinnie. Pogoda sprzyjała rowerowym eskapadom, więc i trasa liczyła 80 km.  Pojechaliśmy drogą na Kamień Pomorski, potem przez Dziwnówek do Trzęsacza.


 Ostatnio bardzo lubię ten deptak prowadzący do ruin kościółka, o którym pisałam tu


Na miejscu okazało się, że… jechaliśmy za szybko i raczej nie doczekamy się na zachód słońca w Trzęsaczu- zrobiło się chłodno. Posililiśmy się więc, zrobiłyśmy parę fotek i szybkim tempem wróciliśmy do domu. Gdzieś między Zapolicami a Włodarką „dopadł” nas zachód słońca….


Na dziś też mamy ambitne plany , ale o tym następnym razem.
I jeszcze migawka:
Przeglądam rano blogi i wpisy na facebooku. Zachwycam się zdjęciami ogrodu, które zamieściła moja siostra. Wpisuję komentarz, że wyglądają jak kadry z „Tajemniczego ogrodu” Agnieszki Holland (uwielbiam ten film!). Potem czytam na blogu Inkwizycji o owieczce, Chuda czytała ten wpis już wcześniej. Dzielimy się wrażeniami. Chuda mówi:

- wiesz, przypomniała mi się scena z „Tajemniczego ogrodu”… 

środa, 4 czerwca 2014

Gryf Maraton w Szczecinie

W Dzień Dziecka, zamiast zajadać się lodami, czekoladą i prawem małolaty biegać w różowej sukience, wybrałam się na kolejną imprezę rowerową. Tym razem jednak nie ja dosiadałam roweru, a ktoś mi bliski. Ja natomiast pełniłam funkcję "czekajki", co umiliłam sobie robiąc zdjęcia niesamowitym rowerzystom, którym nie brak odwagi - trasa maratonu biegnie bowiem przez Puszczę Bukową - góry i doliny są naprawdę konkretne, a utrudnienia terenowe (las to las) niemałe. 



Na miejsce dojechałam po 10, znalazłam Roberta i Marcina, zrobiłam parę zdjęć jeszcze przed startem i gdy panowie pojechali się rozgrzać, uwieczniłam przygotowania innych zawodników. 



Spotkałam jedną ze znanych mi szczecińskich rowerzystek i w jej towarzystwie udałam się na linię startu, gdzie ustawiali się już zawodnicy startujący na długim dystansie. Jakież było moje zdziwienie, gdy w minutę po starcie, z trasy pieszo zszedł Marcin - urwana przerzutka uniemożliwiła mu jazdę. Wobec tego wraz ze mną udał się na trasę - na szczęście - sama zapewne miałabym problem ze znalezieniem drogi. Trasa sama w sobie oznakowana nie była źle, ale warto było wiedzieć, gdzie się kończy i zaczyna, szczególnie, że postanowiliśmy iść "pod prąd". 



W czasie 3:39:18 maraton ukończył Robert. Pomimo nieprzyjemnego upadku pojechał naprawdę dobrze - zajął 9 miejsce w OPEN. Chwilę jeszcze spędziliśmy na mecie, gdzie mieliśmy okazję przywitać wjeżdżającą Gosię - rowerzystkę, o której już wspomniałam. I ona nie uniknęła upadku, ale na mecie tryskała dobrym humorem. 



Pogoda tego dnia dopisała, obyło się bez deszczu, dopisywały również humory, co widać na zdjęciach. Sądzę, że warto odwiedzić oficjalny funpage Gryf Maratonu. Moja galeria (ponad 800 zdjęć!) znajduje się natomiast TUTAJ. Mam nadzieję, że pozwoli Wam poczuć chociaż część emocji towarzyszących zawodnikom w trakcie rywalizacji. Ja wiem natomiast, że wciąż brak mi przygotowania na starty w MTB i pozostanę przez jakiś czas wierna asfaltom i szutrom i prostym polnym drogom. 


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Znad Bałtyku

Dziś mało słów, bo morze nie potrzebuje opisu. Jeśli mam dwie godziny czasu, jadę nad Bałtyk. Oto kilka fotografii z ostatnich dni...

Niechorze
Niechorze
Niechorze
Niechorze
Mrzeżyno
Kołobrzeg
Ustronie Morskie
Jeszcze spokojnie i pusto , choć zarówno na plaży jak i w kurortach zauważa się już zwiększony ruch- zielone szkoły, emeryci z wnukami, młode małżeństwa z małymi dziećmi. Niemcy.