wtorek, 27 stycznia 2015

Coś pośrodku niczego i nic pośrodku czegoś, czyli Wrocław dzień drugi

Niedziela miała być dniem spokojnym- nie planowałyśmy zbyt wiele, zakładając, że w razie czego znajdziemy sobie zajęcie. Deszcz za oknem zweryfikował i te nasze plany. Zdecydowałyśmy się na pozostanie w domu, skupienie się na gotowaniu obiadu, potem Gui miała się uczyć a ja czytać. I prawie nam się udało.
Na obiad przygotowałyśmy tartę (przepis Gui wrzuci, jak znajdzie chwilę na pisanie), potem siedziałyśmy w kuchni, gdzie Gui ma "centrum dowodzenia sesyjnego". Maciej zadbał o oprawę muzyczną dnia, włączając muzykę, która łączy pokolenia. W pewnym momencie wszedł do kuchni i stwierdził, że "jest tak jak w domu- ktoś coś ogląda, ktoś czyta, a przy tym co jakiś czas się dyskutuje". 
Po południu deszcz przestał padać i postanowiłyśmy wyjść na spacer- Gui należało się odrobinę powietrza po tych wszystkich całkach i różniczkach. 
Wyszłyśmy z planem spaceru do Parku Południowego. Szybko się jednak okazało, że nieoświetlona błotnista droga nie będzie sprzyjała powrotowi,postanowiłyśmy zatem przejść się po okolicy. 
Najpierw szłyśmy wzdłuż torów potwornie błotnistą ul. Koszycka potem skręciłyśmy w Spiska i tu znalazłyśmy dosyć zaskakująca opuszczoną budowlę, której pierwotnego przeznaczenia nie mogłyśmy ustalić. Powoli zmierzchało w takiej aurze dotarłyśmy do parku. 
Robił dosyć upiorne wrażenie. Na wysokich drzewach siedziały całe stada wron, które podrywały się do lotu, gdy tylko zbliżałyśmy się do kolejnych drzew. W domu sprawdziłyśmy, ze Park nosi dźwięczną i nijak nie pasującą do naszych wrażeń nazwę Parku Skowroniego ( wroniego owszem, ale bez "sko"). Szukając alejki, która wyprowadziłaby nas z powrotem do cywilizacji, zauważyłyśmy drogowskaz: "Cmentarz żołnierzy radzieckich". Udałyśmy się we wskazanym kierunku i po chwili stałyśmy przy bramie za którą rozciągało się porażające nic... szłyśmy duktem pomiędzy pustymi trawiastymi kwaterami... wiele metrów pustej przestrzeni rozdzielonej niskim żywopłotem. W gęstniejących ciemnościach czułyśmy się nieswojo i gdy już maiłyśmy zawrócić, zamajaczył nam przed oczyma pomnik. 

Widziałam już wiele cmentarzy, ale ten z ową porażająca pustką zrobił na nas niesamowite wrażenie. 
Wracając weszłyśmy jeszcze do kościoła pw. św. Franciszka z Asyżu, którego bryła już wcześniej przykuła nasza uwagę. Obejrzałyśmy dosyć ascetyczne wnętrze. 
I tak zupełnie zwyczajny dzień znów pełen był emocji, odkrywania innej strony Wrocławia.

P.S. Przypominamy o naszym blogowym konkursie :) Do 3 marca czekamy na definicję szczęścia. Szczegóły w konkursowej notce.

3 komentarze:

Marchev ka pisze...

Te drzewa na zdjęciach rzeczywiście wyglądają upiornie. Cmentarz natomiast jakoś mnie przygnębił. Czy taki jego wygląd to efekt dziwnej koncepcji zagospodarowania tego terenu, czy wynik zaniedbania?

Ruda pisze...

Przeglądając zdjęcia w internecie , doszłam do wniosku, ze to koncepcja, tylko że teraz doszło i zaniedbanie. Cmentarz zrobił na mnie ogromne wrażenie, a zwiedzając go, myślałam o Tobie i w sumie dla Ciebie zrobiłam zdjęcia :)

Marchev ka pisze...

Czuję się wyróżniona. Dziękuję bardzo! :)