środa, 28 stycznia 2015

Wrocławski misz-masz, czyli dzień trzeci

Poniedziałek Gui zaplanowała jako dzień rowerowy. Miałam okazję z bliska obejrzeć infrastrukturę rowerowa i porównać ją z szczecińska czy trzebiatowską. No... dużo nam jeszcze do Wrocławia brakuje. A już politechnika jest tak przyjazna rowerzystom, że aż uwierzyć trudno. A piszę o politechnice, bo od niej rozpoczęłyśmy wycieczkę- Gui miała do oddania pracę na zaliczenie, więc poczekałam z nią pod drzwiami wykładowcy. Najważniejszym punktem miało być zoo i Hala Stulecia. Przedtem jednak poszłyśmy na kawę i przedyskutowały plan dnia. Okazało się jednak, ze szybko go zweryfikujemy- tłum przed ogrodem zoologicznym skutecznie nas odstraszył. To w takim razie najpierw pojedziemy tam, stwierdziła Gui, a ja już wiedziałam, że chodzi o sklep i bistro, o którym jakiś czas temu przeczytałam na gazeta.pl. 

Bistro Mercado Latino to niewielki lokal, który łatwo ominąć, jeśli nie wie się, czego szukać. Gdy Gui zsiadła z roweru i powiedziała: "to tu", rozejrzałam się , nie wiedząc o czym mówi. Jednak, gdy zobaczyłam właścicielkę targającą jakąś skrzynkę do samochodu, zrozumiałam, że dotarłyśmy na miejsce. 
Alba Holder, bo to ją zauważyłyśmy, pomogła nam ustawić rowery tak, by nie zawadzały i zaprosiła do środka maleńkiego lokalu. Usiadłyśmy przy jedynym stoliku i zaczęłyśmy się rozglądać: na pólkach i półeczkach południowoamerykańskie specjały, wszystkiego po trochu: przyprawy, herbata, owoce, napoje. Miejsce jest dosyć egzotyczne i wyróżnia się swoistym klimatem.Na ścianach wiszą plakaty i obrazy nawiązujące do kubańskiego charakteru miejsca , a z odtwarzacza płyną ciepłe latynoskie rytmy. 
 Zamówiłyśmy yerba mate i dostałyśmy ją podaną na sposób argentyński w matero i z bombillą. Ponieważ nie byłyśmy jeszcze zbyt głodne (planowałyśmy przecież najpierw odwiedzić zoo), zdecydowałyśmy się na banany w cieście podawane z... sosem czosnkowym. To zestawienie tylko na pozór zdaje się karkołomne, bo przecież to co kupujemy w supermarketach to tylko jeden gatunek bananów, o czym wie każdy, kto czytał książki podróżnicze. Danie wyglądało apetycznie i było całkiem smaczne. 

Czekając na posiłek , wdałyśmy się w pogawędkę z obsługą, a potem i z samą właścicielką. Dowiedziałyśmy się, że artykuł, który nas przyciągnął sprawił, że coraz więcej osób odwiedza Albę a lokal rozwija się właśnie jest w trakcie przeprowadzki do większego pomieszczenia.

Po wyjściu stwierdziłam, że koniecznie muszę zaopatrzyć się w odpowiednie naczynia, bo yerba  mate parzona w dzbanku i pita z filiżanki ma jednak zupełnie inny smak.
Teraz mogłyśmy wrócić do zoo, gdzie Gui chciała pokazać mia nowo otwarte afrykarium.

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że bawiłyśmy się jak dzieci, podglądając podwodny świat: płaszczki, rekiny i żółwia. 

Układałyśmy nawet dialogi między rybami i ich monologi wewnętrzne.
Mnie oczarowała płaszczka nakrapiana, Gui siedziała przy kotikach. 
Nie zamierzałyśmy oglądać całego zoo, wybrałyśmy się jeszcze do odrarium, obejrzeć dla odmiany rodzime rybki. Po drodze obserwowałyśmy tygrysy i wilki. 
Przeszłyśmy przez "małe zoo" zachwycając się kozami i owcami- wrzosówki, które hoduje zaprzyjaźniona blogerka- Inkwi, też były. 
Na przeciwko zoo znajduje się Hala Stulecia, ale o niej w następnym poście- za dużo wrażeń na raz. 

6 komentarzy:

adatoniewypada pisze...

W zoo nie byłam, w hali kiedys miałam konferencje medyczną. Pozdrawiam

mago nia pisze...

nigdy nie piłam yerba mate :(

Ruda pisze...

Ma dosyć charakterystyczne smak- gorzka, lubię ten rodzaj goryczki.

Ruda pisze...

O hali będę zaraz pisać :)

Marchev ka pisze...

Uwielbiam ogrody zoologiczne i zapewne dobrze bym się tam bawiła. Omijam tylko miejsca, w których bytują gady, płacy i pająki - patrzenie na nie zupełnie nie sprawia mi przyjemności :)

Ruda pisze...

Afrykarium może zachwycić nawet wybrednych zwiedzających. I w odróżnieniu od Ciebie lubię węże i żaby :) (oczywiście w odpowiedniej odległości i za odpowiednio grubą szybą )