niedziela, 15 lutego 2015

Leniwy weekend, czyli kiedy Ty to wszystko robisz?

-Kiedy Ty to wszystko robisz?- takie pytanie kilkakrotnie zostało mi zadane w ten weekend. No właśnie co ja niby takiego robię? Pracuję w szkole po osiem lub więcej godzin dziennie, rozmawiam z bliskimi, spotykam się z przyjaciółmi, codziennie maluję jeden pastel, jeżdżę rowerem, czytam, szyję, maluję, wyszywam, wychodzę z psem, fotografuję. Tak mam i tyle.
W ramach leniwego laitowego weekendu wstawałam ok. 6.30 (a nie o 5.10 jak w tygodniu) wychodziłam z psem. Potem kawa, śniadanie i prasówka  internecie. W sobotę umówiłam się na 10.00 z przyjaciółką, a potem chciałam jechać na wycieczkę, więc obiad zaczęłam szykować ok. 9.00 (nie robiłam zakupów, bo odwożąc Chudą w piątek na dworzec, skręciłam do marketu) i wstawiłam zmywarkę.
Półtoragodzinna rozmowa z przyjaciółką była nam obu bardzo potrzebna, miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia! Nim się obejrzałyśmy była 11.30. Omówiłyśmy wszystko, co chciałyśmy obgadać, a że mamy parę wspólnych planów na przyszłość, to było o czym gadać. Po jej wyjściu wrzuciłam pranie do pralki.
Przed 12.00 byłam już w trasie w kierunku Niechorza  (Ślubny nie chciał jechać, ale zadeklarował się, że dokończy obiad) Na ów obiad umówiliśmy się na 15.00 i kilka minut przed tą godziną wróciłam znad Bałtyku (z kilkoma pięknymi zdjęciami w aparacie). Przygotowałam sobie kolejną torbę do haftowania i zasiedliśmy przed telewizorem, aby pokibicować skoczkom narciarskim. Ależ to były emocje!
W przerwie między skokami przygotowaliśmy sobie uroczystą kolację walentynkową z winem. Zajadając tatar i inne wiktuały dotrwaliśmy do końca transmisji. Potem Ślubny wyszedł z psem, a ja przygotowałam swój codzienny obrazek pastelami. 

Wieczór spędziliśmy przy różowym winie i jakimś filmie w TV.
Niedziela była jeszcze spokojniejsza- śniadanko, spotkanie z synem, który przyjechał na kilka dni po sesji. Ugotowałam obiad, odwiedziliśmy teściów i pojechaliśmy na działkę po marchew, pory, jarmuż i roszponkę. Na działce trochę się zdziwiliśmy, bo Syn odkrył kwitnące przebiśniegi! Czyżby wiosna? No chyba za wcześnie. 
Po powrocie przygotowałam materiał do szycia i wyszywania, z Synem obejrzeliśmy zdjęcia z Wrocławia i o 16.00 zasiedliśmy do kolejnych zawodów w lotach narciarskich. 
Nim skończyła się transmisja sakiewka została skończona.

Teraz schnie potraktowany lakierem do włosów obrazek. Potem kąpiel, polakierowanie paznokci i można położyć się spać, by jutro zacząć kolejny pasjonujący tydzień.
Jak widać, nie był to wyjątkowo zabiegany weekend, bo takie też mi się zdarzają. 
A moim sposobem na organizację czasu jest zazwyczaj robienie kilku rzeczy na raz. 

P.S. 1. Ostatnio skończyłyśmy szycie sukni słowiańskiej i zaczęłyśmy kolejną.
P.S. 2. Przypominam o konkursie! 
Spokojnej nocy!

10 komentarzy:

Katarzyna O pisze...

Bardzo lubię i szanuję ludzi, którzy potrafią robić kilka rzeczy jednocześnie i spędzają czas aktywnie cały czas rozwijając swoje umiejętności. :)

agulec pisze...

Bo właśnie tak to jest! czym ma się więcej zajęć to się jakoś człowiek wyrobi, ale jak już ma się jedną rzecz do zrobienia to czasu jakby tak mało...

greta pisze...

W czasach, gdy pracowałam po kilkanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, miałam zdecydowanie więcej czasu niż teraz ;) To oczywiście trochę żart, ale faktycznie, jakoś łatwiej się przy natłoku zorganizować.

awiola pisze...

I bardzo dobrze, że wykorzystujesz maksymalnie swój czas i jesteś zorganizowana. To się ceni.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Działasz konkretnie, masz czas na aktywność i spokojne spędzanie czasu z rodziną, nie wprowadzasz nerwowości przez dobrą organizację, a to się ceni; pozdrawiam.

adatoniewypada pisze...

Ja tez robie kilka rzeczy naraz to sie nazywa ADHD :) witaj więc w klubie :). Pozdrawiam

Ruda pisze...

Prawda? Ja do dziś się zastanawiam, jak radziłam sobie z pracą na dwóch etatach i opieką nad trójką małych dzieci!

Ruda pisze...

Czasem o nadruchliwość się podejrzewam :)

Marchev ka pisze...

Właśnie wspominam sobie okres, kiedy studiowałam zaocznie na dwóch kierunkach, jednocześnie pracując na 1,5 etatu - i miałam czas jeszcze na wyjazdy, prowadzenie bloga, sesje fotograficzne i życie codzienne, bo przecież mieszkanie samo się nie posprząta i obiad sam nie zgotuje. I momentami mam wrażenie, że drugi raz bym już takiego wyczynu nie powtórzyła :D A cały sekret tkwi właśnie w podzielności uwagi i umiejętności robienia kilku rzeczy na raz.

An Ka pisze...

Grunt to dobra organizacja. Podziwiam naprawdę i zazdroszczę.