środa, 4 lutego 2015

Wielkie oczy, Burton i my.

W sobotnie wrocławskie popołudnie Gui zaplanowała nam seans filmowy. Wybrała nowy film Burtona- "Wielkie oczy". Nie miałam wiele czasu na przeczytanie opinii, sprawdziłam jedynie, czy będę chciała taki film oglądać. 

Do Tima Burtona jako reżysera przekonałam się stosunkowo późno. Owszem obejrzałam "Sok z Żuka",  "Edwarda Nożycorękiego", czy "Gnijącą pannę młodą", ale bez większego entuzjazmu.
Nieco więcej sympatii miałam do Batmana. Filmem, który mnie zachwycił była dopiero "Alicja w Krainie Czarów", którą w 3D chętnie bym jeszcze obejrzała kilka razy.
Zajrzałam zatem na Filmweb, by przekonać się, na co mam się nastawić. 
Zajawka mówiła, że będzie to film biograficzny, zwiastun wydawał się ciekawy. 
Oglądając niesamowite prace M. Keane można było się spodziewać przerysowanych postaci i wyrazistych barw. Smutne dzieci malarki wydawały się stworzone do wyobraźni Burtona. 
Z takim nastawieniem poszliśmy do kina.  


"Wielkie oczy" oglądało się nam dobrze. Poznałyśmy losy malarki Margaret Keane i jej niezwykłe obrazy, wszystko rzucone na barwne tło Stanów Zjednoczonych lat sześćdziesiątych. Tylko... obejrzeliśmy film obyczajowy z lekko zaznaczonym wątkiem psychologicznym i jedną surrealistyczną sceną. TYLE. 
Nam w tym filmie po prostu zabrakło Tima Burtona! 
Po filmie , zajadając słodkości, dyskutowaliśmy zawzięcie.

Podobała nam się postać Waltera Keana, granego przez Ch. Waltza- bawidamka, hochsztaplera, uroczego despoty, który potrafił całkowicie podporządkować sobie wrażliwą Margaret (A. Adams). 
I o ile Walter jest przerysowany (jako jedyny ma "burtonowski" styl), o tyle Margaret wydaje nam się "niedorysowana"- jej emocje są mało wyraziste, a to przecież ona cierpiała zamknięta w domu i zmuszona do wieloletniego kłamstwa. 
Nie mogę powiedzieć, że wyszliśmy z kina rozczarowani- film był świetnie zrobiony technicznie, a obrazy malarki i ciekawa historia pozwalały nie nudzić się do ostatniej minuty.Tylko dla nas było to za mało. Spodziewaliśmy się czegoś więcej- spektakularnego pożaru pracowni, z płonącymi obrazami, a nie odrobiny dymu. Pogłębiającej się choroby psychicznej malarki, a nie jednej sceny, która to sugerowała, słowem- spodziewaliśmy się więcej Burtona w Burtonie. 
Z drugiej strony- wspólnie z Maciejem doszliśmy do wniosku, ze filmy o obrazach i sztuce też widzieliśmy lepsze, przywołując jako przykład "Dziewczynę z perłą", której Gui niestety nie widziała. I tak dyskutując zeszliśmy na filmy z dziewczyną w tytule. Efektem było nocne oglądanie... "Dziewczyny w czerwonej pelerynie".




10 komentarzy:

Patrycja Bajerczak pisze...

Myślałam, że ten film będzie lepszy :(

Anonimowy pisze...

Proponuję obejrzeć i posłuchać "Dziewczynę o perłowych włosach"...

Ruda pisze...

Znamy, znamy :)

Izis She pisze...

Uwielbiam twórczość Burtona i wybieram się też na film. Ciekawa jestem czy przypadnie mi do gustu skoro za mało B w B. "Dziewczyna w czerwonej pelerynie" też świetna ale "Dziewczynę z perłą" muszę nadrobić.

Matka Krolow pisze...

Czyli kolejny film rozdmuchany przez reklamę... Szkoda.

Guitarowa pisze...

Oj, znamy <3

Guitarowa pisze...

W ferworze filmów z "dziewczyną" w tytule radzę uważać na "dziewczynę z lilią" dwie godziny z życia, których już nigdy nie odzyskam...

Ruda pisze...

Nie do końca. Jeśli chciałoby się obejrzeć obyczajówkę, to to jest niezły film w dobrej obsadzie z świetną muzyką ( o której zapomniałam napisać) . Tylko my chcieliśmy Burtona.

adatoniewypada pisze...

Jednak obejrzę :) dziekuje za inspirację. Sciskam

fotoszepty by monika pisze...

ooo, film Burtona obejrzałam przedwczoraj, ale wpisuję na listę "Dziewczynę w czerwonej pelerynie", gdyż nie znam.