wtorek, 5 maja 2015

Gdy pusta przede mną droga...

Spoglądam na mapę, planuję kolejną wycieczkę. Przeliczam kilometry, analizuję alternatywne warianty trasy, gdyby trzeba było wrócić wcześniej... i tak, by wiatr nie dokuczał za bardzo, i żeby o Bałtyk zahaczyć. Początkowo myślę o Kołobrzegu i ścieżce rowerowej do Rymania- równe 100 km. Tylko że przy okazji majówki na ścieżce będzie tłok i niekoniecznie rowerzyści będą chcieli jechać z prędkością przekraczającą 30 km/h. Szkoda, bo miałabym odpowiedni wiatr- w plecy w czasie powrotu. Wolę jednak wiatr od tłoku na ścieżce. Wybieram więc opcję w odwrotnym kierunku i na dobrej jakości drogach. Przy okazji zauważam, jak wydłuża się promień robionych przede mnie pętelek. Jeszcze niedawno poznawałam miejscowości w promieniu 30-40 km od domu, teraz promień wydłuża się do 60 km- 70 km.


Sprawdzam prognozę pogody- noc bezwietrzna, potem wzmagający się  wiatr południowo-wschodni "ciemnoniebieski" czyli taki, który odczuwa się, gdy wieje w twarz, ale nie robiący krzywdy  nie spowalniający za bardzo. Zatem należy wyjechać o świcie i wrócić nim wiatr stanie się dokuczliwy.

Pies budzi mnie o 4.50. Spacer, bogate śniadanie i w drogę.

Jest bardzo wcześnie. Słońce dopiero wstało, temperatura ok. 6 stopni. Główna droga do Gryfic puściusieńka (w szczycie staram się tą drogą nie jeździć, bo jest niebezpiecznie). Szybko mijam kultowy już przejazd kolejowy w Górzycy- znów "rogatki uszkodzone", tylko czekać na kolejną dowcipną ripostę zdenerwowanego kierowcy.

Przejeżdżam przez uśpione, senne Gryfice i nadal główną drogą na Szczecin pędzę w stronę Płotów. Po drodze mija mnie może 5-6 samochodów. Wiatru brak. Nie wjeżdżam do miasta, tylko na obrzeżach skręcam na Golczewo. Teraz pojadę trasą, której jeszcze nie widziałam, z ciekawością przyglądam się mijanym wioskom, obserwuję wieże kościołów, budynki. W Truskolesie stwierdzam, że socjalistyczny nazwodawca w tym przypadku się nie popisał: spolszczył fonetycznie niemiecką nazwę Truskatz (taka nazwa widnieje na starym budynku stacji kolejowej- polskiej już nie widać ;) ).
Pejzaż zmienia się- wjeżdżam w Lasy Golczewskie. Pachnie niesamowicie. Uświadamiam sobie, że las o różnych porach roku, dnia i przy różnej pogodzie pachnie całkowicie odmiennie. Ten wiosenny przepełniony jest wilgocią, świeżością i kwiatowymi nutami.
Jest coraz cieplej, powoli zapominam, że dwie godziny temu marzły mi palce.
Szybko przejeżdżam przez Golczewo. Nie zastanawiam się, czy jechać najdłuższy wariant drogi przez Kamień Pomorski. Jest tak piękna pogoda, że głupio byłoby już wracać.
Ze skręconą w lewo głową podziwiam połyskujące w słońcu jezioro, potem dopada mnie nieznany zapach, jakby lilii, ale mniej duszący, czystszy. Domyślam się, że jego źródłem jest ułożone w kotlince mokradło pokryte wielkimi błyszczącymi liśćmi (pewnie kwiatki są niewielkie i w ten sposób wabią owady). 

A potem widzę już rozciągające się po obu stronach drogi niekończące pola rzepaku. Ich duszący zapach będzie mi towarzyszył przez wiele kilometrów. 

Nie zatrzymuję się w Kamieniu, lecz trochę za miastem, na starym moście. Już wielokrotnie planowałam właśnie tam zrobić postój, ale zazwyczaj nie był odpowiedni czas na odpoczynek. Tym razem było idealnie. Posilam się batonikiem, przyglądając się mostom na rzece Świniec: pozostałościom po drewnianej przeprawie ( w wodzie tkwią jeszcze belki przęsła), nieczynnemu mostowi, na którym właśnie siedzę oraz temu, który obecnie łączy Kamień Pomorski z Dziwnówkiem. 
Przede mną jeszcze 40 km drogi- tej, którą doskonale znam. Nie wjeżdżam do Dziwnówka, bo Bałtyk odwiedzę dopiero w Trzęsaczu, tam gdzie widać go z drogi.  Na "promenadzie słońca" odczuwam już wiatr w twarz i zwiększający się ruch samochodów. To najmniej przyjemny kawałek dzisiejszej wycieczki, ale czegoż się nie robi, by choć na chwilę zawiesić wzrok na spokojnej tafli morza... 
A Bałtyk dziś przyjazny, szumi kojąco, wabi wczasowiczów, woła... Siadam na belkach falochronu i zamykam oczy. Mogłabym tu zostać... magia mojego morza...
W domu czeka jednak mąż z obiadem, a o 15.00 umówiłam się z dziećmi na Baszcie. 
Z żalem opuszczam plażę i wracam do Trzebiatowa. Za mną 115 km wycieczki...
A Baszta tętni śmiechem i zabawą- zwijamy papierową wiklinę, gramy w młynek. Dziewczynki pytają, kiedy nauczę je filcować koraliki. 
Już niedługo, bo w czasie wakacji będzie się działo tu dużo działo, ale o tym już pisze Chuda.



12 komentarzy:

awiola pisze...

Ja dopiero w ten weekend wsiadałam na rower. I czułam się wybornie!

Krzysztof Gdula pisze...

Anno.
Gdy przeczytałem pierwsze zdania, te o planowaniu trasy, poczułem się tak, jakbym planował swoją w Sudetach. Ależ Ci fajnie!:)

Krzysztof Gdula pisze...

Zaraz, zaraz. Napisz, proszę, słówko o filcowaniu koralików, bom ciekawy.

mago nia pisze...

Bardzo wyczynowa wycieczka :)

Anna Kruczkowska pisze...

Do filcowania na sucho (bo taką techniką się posługuję) potrzebna jest specjalna igła (bardzo ostra) i wełna czesankowa. Samo filcowanie koralików jest bardzo odprężającym zajęciem. Bierze się kawałek wełny czesankowej i tak długo wkłuwa się w nią igłę, aż powstanie filc. Muszę się jeszcze nauczyć filcowania na mokro, bo jest bezpieczniejsze - nie a igły tylko woda i mydło.Trochę moich prac można zobaczyć w tym wpisie: http://rozmowki-kobiece.blogspot.com/2013/07/wieczorne-rekodzielnictwo.html

Anna Kruczkowska pisze...

Podejrzewam, że podobnie jak ja uwielbiasz pochylać się nad mapą ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Bo przecież rower to najlepszy sposób na łapanie endorfin.

Anna Kruczkowska pisze...

Przygotowuję się od kolejnego maratonu, musi być trochę wyczynowo ;)

Krys Tek pisze...

O tak, las potrafi urzec. Barwą, zapachem, dźwiękiem. Lubimy las :)

Krzysztof Gdula pisze...

Pewnie, że tak! Ostatni raz robiłem to wczoraj wieczorem. Otworzyłem encyklopedię Gór Kaczawskich, dwa opasłe tomy, czytałem hasła i zaglądałem do mapy. Znowu znalazłem błędy, zarówno na mapie, jak i w encyklopedii. Na marginesach piszę swoje uwagi.
U mnie takie zajęcia są oznaką odczuwania braku wędrówek, początku tęsknoty za drogą. Któregoś wieczoru wyciągnę z szafki buty górskie, założę je i będę w nich siedział przy komputerze – to etap następny. A na koniec będę liczyć dni i oglądać zdjęcia dróg.
Do rozpoczęcia sezonu mam jeszcze pięć i pół miesiąca…

Shibi Shibuya pisze...

Podziwiam. Mój rower od dwóch lat leży w piwnicy. Chyba czas go wyciągnąć. Czytając Cie, jakoś dziwnie zaczynam się motywować. Muszę szybko zacząć działać, bo motywacja równie szybko zanika, jak się pojawia :) Będę zaglądać do Ciebie :)

Anna Kruczkowska pisze...

Rozgość się i motywuj! Być dla kogoś motywacją to zaszczyt :)