niedziela, 31 maja 2015

"I wszystkie pory roku będą równocześnie" - XV Ultramaraton w Świnoujściu

Deszcz, grad, wiatr... te trzy słowa wystarczyłyby za cały opis tego, co przeżyłyśmy w sobotę w Świnoujściu. Ale przecież nie zostawię moich czytelników z takim komentarzem.
Zatem od początku.



Do Świnoujścia Przyjechałyśmy z Chudą szybko i bezproblemowo- nawet na prom nie musiałyśmy czekać, co jest rzadkością. Pokluczyłyśmy po Świnoujściu, gdyż droga, którą zawsze dojeżdżałyśmy do campingu jest w remoncie i miałyśmy problemy. W efekcie znalazłyśmy się po MDK i odebrałyśmy pakiety startowe, a w nich: niebieściutką imienną koszulkę w rozmiarze S, foldery reklamowe, płytę zespołu ludowego "Stepniczanie", pamiątkowy numer startowy na koszulkę, batonik energetyczny. 
Z domu kultury już prawie bezboleśnie dotarłyśmy do campingu "Relax". Po wpadce sprzed dwóch lat postanowiłyśmy dać mu jeszcze jedną szansę i... została ona wykorzystana. Tym razem zakwaterowano nas w czteroosobowym lokum, na które składał się pokój dzienny, dwie dwuosobowe sypialnie, niewielka, w pełni wyposażona kuchnia i łazienka. Owszem, miejsca niewiele, ale wystarczająco, czworo rowerzystów, czyli Chuda, ja, Robert i Paweł przenocowało w znośnych warunkach. 
Przed odprawą techniczną powłóczyliśmy się jeszcze po deptaku, spotkali ze znajomymi i przed dwudziestą stawiliśmy się ponownie w MDK, by posłuchać, co ma nam do przekazania Org Czarek. 
W Świnoujściu panuje rodzinna atmosfera, więc powitaniom i rozmowom nie było końca. 
Sobotnie starty przewidziane zostały przed siódma ( tzn mój, Roberta i Pawła, bo Chuda przezornie skróciła planowany dystans do 216 km i startowała o 9.00). Wstaliśmy zatem wcześnie, przygotowali śniadanie i o 6.20 stawiliśmy się na promie , Chuda solidarne nam towarzyszyła, stwierdzając, ze zrobi zdjęcia i posiedzi z dziewczynami z punktu żywieniowego. 


Niebo zasnute było ołowianymi chmurami i nim jeszcze wystartowaliśmy zaczęło kropić, a potem było już jak u Hitchcocka. Przez pierwsze 20 km lało bez przerwy, mocząc dokładnie wszystkie warstwy ubrań. Na szczęście silny wiatr był w plecy, więc jechało się szybko, nawet bardzo szybko. Za Wolinem wiatr był już boczny, a deszcz był mniej rzęsisty. W tym czasie a to ktoś mnie wyprzedzał, co jest normalne albo ja do kogoś dojeżdżałam, co było o tyle zrozumiałe, że startowałam za grupami na rowerach tzw. innych i po cichu liczyłam, że kilka osób dogonię. Przez jakiś czas jechałam z Natalką i Kubą- dla Natalii był to pierwszy tak długi dystans i pokonywała go pod czujnym okiem bardziej doświadczonego Kuby. Potem jakiś czas jechałam z Asią i tak dojechałyśmy do Stepnicy. Na punkcie żywieniowym wypiłyśmy gorącą kawę, chwilę pożartowałyśmy z harcerzami z punktu i ruszyły z nadzieją na lepsze warunki. Jakiś czas jechałyśmy we trzy: Asia, Teresa i ja. Niestety, w pewnym momencie Asia szarpnęła i nie udało mi się dotrzymać dziewczynom koła. Zostałam sama na pastwę wiatru. I tak szarpiąc się z wzmagającą się wichurą ciągnęłam się S3 do Świnoujścia. Pierwsze okrążenie kończyłam po 4 godzinach i 20 minutach, czyli z czasem, który dawał nadzieję na trzy okrążenia (zwłaszcza, że nie padało i ubrania zdążyły przeschnąć).

 W dobrym humorze ruszyłam na drugie kółko, startowali kolarze na dystans mega i znów odżyła nadzieja na towarzystwo. Nie zawiodłam się, bo dojechał do mnie Włodek i to jemu zaczepiłam się na koło. W ten sposób dogoniłam Natalkę z Kubą i znów aż do Stepnicy jechaliśmy razem. Po drodze rozważaliśmy, czy ruszyć na trzecie okrążenie i byliśmy zdecydowani na ten krok. Natalia nie zatrzymywała się na punkcie, ja natomiast miałam ochotę na chwilę przerwy. Usiadłam więc z herbatą i bułką, dojechała Bożenka, która goniła mnie od początku maratonu. Na punkcie dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek, Małgosia, zrezygnowała po pierwszym okrążeniu. Dla mnie była to ogromna szansa na objęcie pierwszego miejsca w klasyfikacji pucharowej. Wystarczyło tylko przejechać 324 km. TYLKO. Z takim też nastawieniem wyruszyłam w stronę Świnoujścia. Niestety już za Stepnicą okazało się, że wiatr zmienił kierunek i znów wieje w twarz, a nad Wolin nadciągnęła burzowa chmura, z której sypnęło gradem. Szybko schowaliśmy się w budce autobusowej i tu przeczekaliśmy nawałnicę. Przed Recławiem spotkaliśmy Chudą, która właśnie zmierzała w odwrotnym kierunku na drugim okrążeniu. Zapytałam, czy to ona zamawiała grad (rok wcześniej też w Wolinie trafiła na gradobicie) i pojechaliśmy dalej. Za Wolinem znów zostałam sama. Miałam silny wiatr w twarz, który robił ze mną, co chciał. Rower tańczył po całym pasie awaryjnym. Byłam coraz słabsza i coraz jaśniej zdawałam sobie sprawę, że wyjazd na trzecie okrążenie byłby samobójstwem. 
Przez 20 km biłam się z myślami, rozważając wszystkie za i przeciw. Z jednej strony ambicja i satysfakcja, z drugiej zdrowie i szacunek dla pracy ludzi na mecie. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli zdecyduję się na trzecie okrążenie, wrócę ok. 22.00, czyli do tego czasu na mecie będzie na nie ktoś czekał, denerwował się, martwił.
To było bardzo trudne 20 km. I gdy już podjęłam jedyną słuszną decyzję, jakby na potwierdzenie jej słuszności spadł olejny ulewny deszcz, który ustał na 2 km przed metą. 
Przemoczona skończyłam maraton po 216 km i 10 godzinach jazdy. Tak czuję niedosyt, ale wiem, że postąpiłam słusznie.
Na mecie spotkałam Terenię i Bożenkę, które tez zdecydowały się na skrócenie dystansu. Był też Paweł, który zdublował mnie przed metą i, jak się okazało wygrał cały wyścig. 
Teraz miałam czas, żeby wyschnąć- wyszło słońce i zrobiło się ciepło, posłuchać relacji innych, poczekać na Roberta i Chudą.
Nie obyło się bez wypadków i kolizji. Kilka osób przyjechało z zadrapaniami, jedna ze złamanym obojczykiem znalazła się szpitalu. Jak co roku ktoś pomylił trasę, a ktoś nie zdążył na własny start...
Po prawie trzech godzinach czekania (nawet nie wiem, kiedy mi te godziny minęły) nadjechała Chuda i w troje wróciliśmy na camping. Szybko doprowadziliśmy się do "stanu wyjściowego", żeby móc spędzić wieczór w marinie przy rybce i rozmowach ze znajomymi... Dorsz serwowany przez organizatorów był jak zwykle rewelacyjny, a rozmowy trwały i trwały...
Późnym wieczorem, już w pokoju świętowaliśmy Pawła zwycięstwo.



A w niedzielę odebraliśmy trofea. 
Czy widziałam coś przez strugi deszczu? Niewiele, ale jak zwykle zachwycałam się Zalewem Szczecińskim, wieżą kościoła w Stepnicy, konwaliami na poboczu (jakoś przegapiłam czas kwitnienia konwalii w tym roku i nie kupiłam bukieciku do wazonu). Pachniało różnie: na S3 mokrym asfaltem, spalinami i zupełnie nieokreślonymi chemicznymi woniami, przed Karsiborem macierzanką, a za Wolinem bzami.
To był trudny maraton. Pierwszy raz musiałam podjąć decyzję o zmianie dystansu, z pokorą schylić głowę przed siłami natury. Ale to co na każdym maratonie najcenniejsze to ludzie, moje koleżanki i koledzy, którzy mijając nas krzykną ciepłe słowo, powitanie bądź dowcipną zaczepkę, to organizatorzy i wolontariusze, którzy poświęcają swój czas, byśmy mogli w jak najlepszych warunkach przejechać zaplanowany dystans, to wreszcie czas spędzony z Chudą.
A to jest bezcenne. 
Chwila dla sponsora: takie koszulki ufundował nam nasz klub LUKS Fala Trzebiatów

6 komentarzy:

adatoniewypada pisze...

Ja do Swinoujscia przyjeżdzałam ostatnio na festiwal Karuzela Cooltury - dwa razy, niestety obecnie juz tam nie ma tego festiwalu - niestety.
Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Aniu jak zawsze jesteś dla mnie mega wzorem i pozytywną osobą z jaką mogłam poznać 😊 Ania K

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, mokłaś i schłaś w drodze, a średnią szybkość miałaś powyżej dwudziestu kilometrów. Jak to możliwe – nie wiem. No i długości Twoich tras, które najwyraźniej rosną i rosną, bo przecież gdyby nie pogoda, przejechałabyś ponad 300 kilometrów!
Wspomniałaś o batoniku energetycznym. Czym różni się on od zwykłego batonika?
Anno, trochę niezręcznie mi pytać się, ale zżera mnie ciekawość, więc zapytam: ile kosztuje start w takim maratonie? No bo przecież orgowie mają tyle wydatków, że uczestnicy muszą je pokryć. Tak to sobie wyobrażam, nie wiem, czy dobrze. Napiszesz?

Anna Kruczkowska pisze...

Przejechałabym, a jakże , przecież już w Gryficach miałam ponad 300. A w czasie wakacji planuję jazdę całodobową.
Batonik energetyczny ma chyba czegoś tam więcej, jakiś minerałów i cukrów prostych, czy czegoś tam :)
Koszt maratonu to zazwyczaj kwota 50-80 zł. w zależności od sponsorów i operatywności organizatorów. Każdy wyjazd jest zatem sporym wydatkiem, ale przecież po to pracuję, by móc swoje pieniądze wydawać :) Podobnie zresztą jak Ty :)

Krzysztof Gdula pisze...

Oj, tak! Tutaj rozumiem Cię doskonale. Powiem Ci, ale tak na ucho, że nierzadko wyłazi ze mnie sknera, ale nie wtedy, gdy wydatek dotyczy moich wędrówek. Nigdy nie interesowały mnie samochody (mój jest staruszkiem), markowe ubrania, drogie telefony i te tysięczne gadżety i trendy i jak tam specjaliści od wyciągania pieniędzy nazywają te różne „konieczne” potrzeby, ale na książki, a od kilku lat także na wędrówki, wydaję sporo. Powiedzmy, że dziesiątą część swoich zarobków zostawiam w górach. Ot, dzisiaj odebrałem zakup na zimowe wędrówki: milutki, fajniutki podkoszulek z wełny merynosów.
Całodobowa jazda!? Calutką dobę?? Anno… Anno, nie wiem co powiedzieć. Ty powiedz, proszę: ile spodziewasz się przejechać kilometrów, ile czasu zajmą Ci przerwy. Na jakiej trasie ma być ten gigant? Napisz, proszę.
Koszt maratonu nie wydaje mi się duży, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę ogrom prac, pakiet startowy, nagrody. Tak pomyślałem po przeczytaniu Twoich słów, czyli chyba spodziewałem się większej kwoty.

Anna Kruczkowska pisze...

Owa doba ma mi wystarczyć na dojechanie z Trzebiatowa w Góry Izerskie :) Jechałam tą trasą w zeszłym roku, wiem, gdzie ją zmienić, aby było wygodniej. "Stara trójka" świetnie nadaje się na takie eskapady.
A cena maratonu?- no popatrz, a ludzie narzekają, że drogo ;)