niedziela, 10 maja 2015

Zwyciężyć siebie, burzę i wiatr- Supermaraton Gryfland 2015

300 km... jeszcze kilka lat temu patrzyłam z podziwem i zazdrością na gigantów przejeżdżających na maratonie wydawałoby się morderczy dystans. Dla mnie 100 km było wyczynem, więc moje uwielbienie było bezgraniczne. Rok temu zaczęłam myśleć, że w sumie, to da się zrobić... ba, byłam nawet bliska osiągnięcia celu, jadać w góry- wówczas zatrzymałam się na nocleg na 260 kilometrze drogi. 
Na początku sezonu maratonów zaplanowałyśmy z Chudą przejazd najdłuższych dystansów. I choć 300 km na początku sezonu wydawało się nie najlepszym pomysłem, byłyśmy zdecydowane na ten wariant. 
Moje wątpliwości starał się rozwiać Org Marek, twierdząc, że spokojnie dam radę i zmieszczę się w 13-godzinnym limicie czasowym (mam wrażenie, że wierzył we mnie bardziej niż ja sama).

W Gryficach meldujemy się na odprawie technicznej, trasę znamy aż nadto- przecież tu trenujemy, ale w w tym roku organizatorzy nieco ja zmodyfikowali, więc koniecznie trzeba wysłuchać informacji. Należy też odebrać numery startowe i  spotkać się ze znajomymi i chwilę pogadać. 
Ciekawość zostaje zaspokojona- 15 km jedziemy wspólnie za samochodem, potem ruszamy na kolejne pętle. Wracamy do Trzebiatowa, wymieniając się uwagami- jest nas czworo maratończyków, bo oprócz mnie i Chudej nocują u nas Robert i Paweł. Wszyscy startujemy o szóstej rano. 
W sobotę meldujemy się na gryfickim rynku przed wyznaczoną godziną. To właśnie stąd, a nie z Niechorza startujemy w tym roku. To dobra decyzja, bo Z jednej strony miasto zyskuje kolejną imprezę, a z drugiej- my kolarze czujemy się bezpieczniej, zwłaszcza, że metę przewidziano na wjeździe do miasta, z dala od zatłoczonego centrum. 
Pewne wątpliwości budzi gryficki bruk, ale nie ma startu ostrego- pierwszą piętnastokilometrową   mini pętelkę pokonamy za samochodem, kolejne grupy startowe także będą wyprowadzane poza miasto w asyście motocyklistów.
Ruszam z całą grupą szosowców. Początkowo jedziemy "moim tempem", więc widzę przed sobą 40 kolarzy w zwartym szyku. Szybko jednak zostaję na drodze sama. Marek sprawdza, czy znam drogę i się nie zgubię na samym początku, uspokajam go. On odjeżdża a ja mam przed sobą cudną jabłoniową aleję. To jedyny odcinek drogi, którego nie znam na pamięć i nie pamiętam każdej dziury w asfalcie. Pozwalam więc sobie na przyglądanie się pejzażom.
Mentalnie przygotowuję się do 300 km samotności. Mijają mnie kolejni kolarze na rowerach górskich, wreszcie przed Stuchowem słyszę echa jakieś pogodnej rozmowy za moimi plecami. To trzyosobowy "pociąg" złożony z Basi, Romka i Witka. Zaczepiam się do składu jako kolejny wagonik. Nie będzie samotności tylko ponad 250 km współpracy. Pierwsza setka przebiega pod dyktando Basi. To ona dyktuje tempo i daje najsilniejsze zmiany. W końcu po 100 km się urywa. Kolejną setkę kręcimy w troje, potem dojeżdża do nas Teresa. Jakiś czas jest nas czworo. Jedzie się raźnie, trochę gadania, więcej ciszy. W tej ciszy myśli uciekają do pierwszych startów. Do Radowa Małego, gdzie zaczęła się nasza maratonowa przygoda - jadę z Romkiem, który ten maraton organizował. Jeździłam wtedy białą "cisowianką" z trzema przerzutkami, a Gui komunijnym góralem. I pomyśleć, że to tam zawiązały się nasze znajomości, zakiełkowały przyjaźnie... 
Zaczynamy trzecią setkę. Na punkcie żywieniowym gubimy Witka, potem w tyle zostaje Teresa. Zostaję z Romkiem. Wspólnie pokonujemy coraz silniejszy południowy wiatr. Mam przed oczyma albo hipnotyzującą czarna oponę, albo znane doskonale pejzaże, które jednak wbrew moim obawom nie są nudne, gdyż oglądam je w różnym oświetleniu, z innymi chmurami w tle. Podobnie zapachy- mieszają się i przenikają, tworząc niepowtarzalne kompozycje. W pewnym momencie wychodzi słońce i woń rzepaku staje się jeszcze bardziej wyrazista, podobnie z mokrym sosnowym lasem. I gdy to sobie uświadamiam... zauważam bardzo niepokojące, ciemne chmury na horyzoncie. Dzielę się z Romkiem tym spostrzeżeniem. Po chwili dochodzi nas pomruk zbliżającej się burzy. Przed Świerznem dopadają nas pierwsze wielkie krople deszczu, który zamienia się w ulewę, Wokół nas wala pioruny, grzmi. Romek zarządza postój w budce autobusowej, gdzie odczekujemy najniebezpieczniejszy moment nawałnicy. Po kilku minutach ruszamy dalej. Droga jest mokra, nie widać dziur w nawierzchni, my też jesteśmy przemoczeni, okulary zalewają się deszczem, paruję, niewiele przez nie widać. Robi się coraz chłodniej. Marzną mi palce, racę w nich czucie, podobnie jak to było w Radkowie w ubiegłym roku. Na szczęście do mety jest coraz bliżej. Martwi mnie tylko, ze na ostatnim nawrocie nie spotkałam Chudej. Albo jest gdzieś strasznie daleko, albo (mam taką nadzieję) zrezygnowała z ostatniego kółka. 
Ostatni raz mijamy Grądy z brzozowym lasem, który umyty po deszczu błyszczy się i mieni. Wiem jednak, że piękno tego lasu jest złudne, bo zaledwie kilka metrów dalej jest kopalnia torfu. Ostatni podjazd za Przybiernowem i meta. Na liczniku 305 km i czas 12 godzin 41 minut (oficjalny czas 12h56' - te 15 minut to przerwy na posiłek, zdjęcie kurtki i przeczekiwanie burzy)
Dziękuję Romkowi za wspólną jazdę- to ogromna frajda, ale i zaszczyt mieć takiego partnera na trasie.
Dowiaduję się, ze Chuda faktycznie skróciła dystans, oddycham z ulgą. Nie muszę się martwić, ze jedzie zziębnięta i samotna- jej maratonowego towarzysza- Krzysia widziałam jak pomykał już bez niej)
Już spokojna dojeżdżam do rynku, gdzie czekają na mnie znajomi i Chuda. Teraz wiem, że to nie jej rozsądek nakazał zawrócić, ale Robert bojąc się o nią zgarnął ją w czasie burzy- mimo jej protestów.  Trochę mi przykro, że ulewa wygoniła z placu innych maratończyków. Szybko łapię kiełbaskę, pakujemy rowery i wracamy do domu, marząc o gorącej kąpieli.
W niedzielę wracamy jeszcze na dekoracje- Chuda odbiera statuetkę na dystansie mega, bo taki jej zaliczono. W losowaniu nie mamy szczęścia- śmiejemy się, że nie ma gwizdków, więc i nic nie wylosujemy (a nagród było sporo, bo i sponsorzy się znaleźli)
Jeszcze kilka pożegnań, gratulacje dla Orga Marka, który w tym roku zaskoczył nas świetną organizacją imprezy- co podkreślali nie tylko zawodnicy, ale także kibice i mieszkańcy, którzy kręcili się po mieście. 
Podsumowując- 300 km to tylko granica w naszej świadomości. Jeśli uda się ją przekroczyć mentalnie, to reszta jest prosta. trzeba wsiąść na rower i jechać aż do mety :) I jeszcze jedno- pętle i mijanki nie są złe, bo ciągle z kimś mijamy się na trasie, niektórych widzimy po wielokroć (chociaż oczywiście chciałoby się widzieć wciąż więcej i więcej nowych pejzaży, ale na to tez przyjdzie  pora.)
Przede mną kolejne maratony, kolejne wyzwania. Najbliższa impreza już w sobotę- Klasyk Radkowski z przecudnymi Górami Stołowymi.
Zdjęcia w galerii.

17 komentarzy:

Marchev ka pisze...

Jestem w ciężkim szoku i pod ogromnym wrażeniem tego, czego dokonałaś. Chapeau bas - tylko tyle potrafię napisać, po tym, co przeczytałam. Gratuluję, chociaż to zdecydowanie za skromne słowo...

Anna Kruczkowska pisze...

Ja też jeszcze jestem w szoku. Tym większym, że obawiałam się o swój stan zdrowia po takim wysiłku, a tu tylko trochę mięśnie bolą ;)

Krzysztof Gdula pisze...

Anna Giant Kruczkowska!
Podziwiam za kondycję i pasję.
Anno, wiem, jak wygląda rower z dwiema przerzutkami, ale gdzie tam zamontować trzecią? Powiedz mi jeszcze, proszę, jak zmienia Ci się waga po takim wysiłku. O ile, oczywiście, mogę wiedzieć…

Krys Tek pisze...

Podziwiam i gratuluję :)

Anna Kruczkowska pisze...

Moja "cisowianka" miała trzy przerzutki( czy też biegi) w tylnej piaście :)
A wagi wolę nie sprawdzać- zazwyczaj tracę jakieś 1-2 kg, które jednak szybko odzyskuję.

adatoniewypada pisze...

To można tyle przejechać, mnie też to się zdarza, ale autem, rowerem padłabym po pierwszej 50 -tce :)

dilia pisze...

brawo:) jestem z Ciebie dumna!

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Jestem pod ogromnym wrażeniem! Byłam kiedyś na wycieczce rowerowej w liceum i moja kondycja wołała o pomstę do nieba. Jakoś dotarłam od mety, ale namęczyłam się wtedy strasznie. Gratulacje!!!!!!! :)

Krzysztof Gdula pisze...

Już po wysłaniu komentarza pomyślałem o skrzyni biegów jako jedynym możliwym rozwiązaniu. Powiem Ci, Anno, że rowery ze skrzynią biegów bardzo mi się podobają, chociaż właściwie nie wiem dlaczego; może widzę je bardziej eleganckimi, technicznie wyrafinowanymi? Podobają szczególnie wtedy, gdy mają w przedniej paście prądnicę, co ostatnio zdarza mi się widzieć. Tyle że nie są to rowery na maratony…
Ech, z dobrej stali masz mięśnie, kobieto – małe, niepokaźne, ale wiele potrafiące.

Anna Kruczkowska pisze...

Rower ze skrzynią biegów?
W rowerze trekingowym- tym, którym jeżdżę na wielodniowe wycieczki z namiotem, mam prądnicę w przedniej piaście i to jest świetne rozwiązanie ( od jakiegoś czasu proszę syna, żeby mi dostosował tę prądnicę do ładowania telefonu ;))
A mięśnie- owszem jakieś się wyrobiły nie wiadomo kiedy, chociaż te 300 km to jedzie głowa, nie nogi. Ważniejsza jest psychika i wytrzymałość.

Krzysztof Gdula pisze...

Dokładnie tak: to jest skrzynia biegów. Ma obudowę, zespoły zazębiających się zębatek i mechanizm do ich przestawiania. Całkowita, pełna skrzynia biegów, chociaż może rowerzyści używają innej nazwy. Nazwa „przerzutka” jest adekwatna do pełnionej roli, bo przecież to urządzenie przerzuca łańcuch po zębatkach. Całość, to znaczy przerzutka i zębatki, mogą być nazwane skrzynią biegów, ale byłoby to nieco naciągane, bo w tym zespole brakuje samej skrzyni, czyli obudowy.
Oj, odezwał się we mnie technik.
Anno, moja jazda głową skończyłaby się raczej szybko… Pamiętam pewną wspólną, moją i córki, wycieczkę rowerową. Dałem radę, ale z trudem. Dziwi mnie nieco ta moja nieporadność na rowerze, jako że kondycję mam dobrą. Myślę, że wina w braku treningu; w czasie marszu (a w tym jestem dobry), mięśnie po prostu inaczej pracują niż w czasie kręcenia pedałami.
Faktycznie!: jest możliwe ładowanie telefonu z rowerowej prądnicy, tylko potrzebne jest urządzenie dopasowujące napięcie.

agulec pisze...

Brawo! Gratuluję bardzo, bardzo!

consek pisze...

Dobrze, że piszesz nam o tym wszystkim, bo gdybym nie czytała, to bym w życiu nie uwierzyła, że taka kruszyna może mieć w sobie aż taką moc :) Gratuluję!

Paweł Kępień pisze...

Serdecznie gratuluję pokonanego dystansu! Tym bardziej, że częściowo w ulewie...

Pozdrawiam!

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję :)

Anna Kruczkowska pisze...

Jeszcze niedawno i mnie wydawało się to niemożliwe :)

Ivoncja pisze...

Aniu... wielki szacun! To prawda, że granice naszych możliwości są w głowie. :)