wtorek, 9 czerwca 2015

Dwie blondynki na autostradzie- czyli jedziemy do Łasku

Kiedyś jechałyśmy autostradą jako pasażerki, nawet płatna była. Widziałam, jak Ślubny najpierw pobrał bilet, a potem płacił. Wydawało nam się więc, że wiemy, jak się zachować. Nikt nam jednak nie powiedział, że są autostrady, gdzie najpierw pobiera się bilet a potem płaci, płaci, płaci...
Ale po kolei.


Długo zastanawiałyśmy się, czy pojechać na maraton do Łasku, bo daleko, bo limit czasowy znacznie powyżej naszych możliwości i w niedzielę kończącą długi weekend. Po wielu rozmowach jednak zdecydowałyśmy się na wyjazd. Pchała nas ciekawość, jak jeździ się po równinach oraz założenie z początku sezonu, że będziemy na wszystkich maratonach. Miałyśmy nadzieję, że będziemy we trzy. Niestety Gui nie miała długiego weekendu i wolała zostać z tatą, za którym już się stęskniła.
Wyruszyłyśmy w sobotni poranek. Ruch na drodze do Szczecina był spory, a za Kłodkowem z lasu wyskoczyły mi cztery młode dziki. Dobrze, że nie jechałam zbyt szybko. Do Szczecina dojechałam już bez dalszych przygód. W Dąbiu spotkałam się z Chudą i ruszyłyśmy S3.
Było ciepło i duszno, ale dobry humor nas nie opuszczał. Rozmawiałyśmy o projekcie, pierwszych działaniach w ramach tego projektu i nim się obejrzałyśmy był Gorzów. Zatankowałyśmy na "naszej" stacji paliw (tak, tak, tyle ze sobą jeździmy, że nawet mamy ulubione stacje benzynowe), wymieniłyśmy się za kierownicą i pojechałyśmy dalej. Teraz ja prowadziłam, a Chuda snuła swoją opowieść, dotarłyśmy do Jordanowa i pierwszych tego dnia bramek. Pomna wcześniejszych doświadczeń dojechałam bliziutko do dystrybutora biletów, niestety, nikt nie pomyślał, że za kierownicą usiądzie krasnoludek. Musiałam otworzyć drzwi, by sobie poradzić. Znalazłyśmy się na Autostradzie Wolności. Chuda stwierdziła, że kojarzy jej się z amerykańską Road 66. Droga przecinająca kraj...potem było coś o pop kulturze i wjechałyśmy w pas nizin środkowopolskich, spoglądałyśmy na rozciągające się hen daleko, jak okiem sięgnąć pola, łąki... żadnych wzniesień, żadnych dolinek... jakby tak wejść na punkt widokowy, to można by podejrzeć co dzieje się w Australii.



Dojeżdżamy do kolejnych bramek. Tu w okienku siedzi pani i pobiera opłatę. Oddaję bilet, płacę. Kolejny odcinek jest bezpłatny i gdy prawie zaczynamy wierzyć, że to koniec opłat na horyzoncie pojawiają się bramki. Podjeżdżam bliziutko a tam... pani w okienku chce ode mnie 17 zł! Przecież nie było biletomatu! Trudno, płacę. 55 km i ... bramki, pani w okienku- znowu 17 zł! 
Całkiem zbite z tropu zjeżdżamy do stacji paliw, ( o tym jak Ruda próbuje dogadać się z dystrybutorem gazu można by kolejny wpis zrobić) Chuda kupuje mrożona kawę, która pochłaniamy duszkiem. 
Teraz prowadzi Chuda. Dojeżdża do bramek.... bliziutko, bo już wyczaiła, że będzie przycisk, a nie pani w okienku. Otwiera okno, przyciska przycisk i... słyszę:
- Oddaj! - to Chuda wyszarpuje bilet z automatu.
Obie pokładamy się ze śmiechu. Kolejne bramki mijamy na zjeździe z autostrady w kierunku Uniejowa. Chuda płaci, a potem zjeżdżamy na parking, żeby wymienić się za kierownicą. Tradycyjnie dojazd do miejscowości należy do mnie. Bez większych problemow docieramy do Łasku i korzystając z google maps w moim telefonie znajdujemy internat, gdzie zamówiłam noclegi. Na zakończenie Chuda triumfalnie stwierdza:
- zobacz, nawet z Twoją nawigacją w telefonie już się dogaduję. 
A o tym, co działo się w Łasku opowiem jutro w następnym wpisie.

8 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Dobry wieczór, Anno.
Przypomniała mi się nocna jazda w UK i bezludna stacja paliw, na której stałem z pistoletem w ręku nie wiedząc co mam robić, żeby nakłonić dystrybutor do wydania mi paliwa…
Z Leszna do Łodzi, do syna, synowej i wnuczki, jeździłem autostradą (było dalej, ale szybciej) dopóki była bezpłatna. Później już nie, bo uznałem, że opłaty są zbyt wysokie. Zwłaszcza, że na trasie były zatory z powodu prowadzenia jakichś prac drogowych. Dla mnie autostrada jest dobra wtedy, gdy jadę w towarzystwie, bo jadąc sam, szybko zaczynam usypiać.

adatoniewypada pisze...

Wydawało mi się, ze najdrozsza jest autostrada miedzy Katowicami a Krakowem, ale widze ze niekoniecznie :)

Anna Kruczkowska pisze...

Ten kawałek z zachodu na wschód jest chyba najdroższy ;)

Anna Kruczkowska pisze...

My właśnie świetnie się bawiłyśmy, bo jechałyśmy we dwie :)
A moje przygody z dystrybutorami to cała historia ;)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Drogo, to fakt, ale za to jak szybciutko przemieścimy się teraz na Dolny Śląsk:-) prędkości autostradowe mnie przerażają, siedząc obok, wolę nie patrzeć na licznik,. bo wyobraźnia jednak działa; pozdrawiam.

Anna Kruczkowska pisze...

No, ba! Wygoda niesamowita!

ToyotaMarki pisze...

Jejku, jedna trasa, a tyle bramek z opłatami... to już lepiej wybrać się okrężną drogą i tak wyda się mniej. Taka to polityka, że drogi buduje się z naszych (unijnych) pieniędzy, a potem i tak trzeba jeszcze za nie płacić...

Anna Kruczkowska pisze...

No niestety, ale jadąc dookoła może mniej się straci finansowo, za to czasowo o wiele więcej!