poniedziałek, 29 czerwca 2015

Z Kołem Gospodyń Wiejskich wszystko musi się udać- Gorzowski Maraton Szosowy

Jest sobie wieś.
Leży o kilka kilometrów od Gorzowa. Niewielka, ot kilka poniemieckich domów, popegeerowski blok, neoklasycystyczny dworek, neogotycki kościół, waląca się stodoła, ferma indyków, 330 dusz (dane z wikipedii) . I pewnie nigdy bym się o jej istnieniu nie dowiedziała, gdyby jeden z jej mieszkańców, zapalony kolarz, nie wpadł na pomysł, by to właśnie tu, w Racławiu ulokować bazę Gorzowskiego Maratonu Szosowego.
I tak, gdy większość nauczycieli świetnie bawiła się na tzw. części nieoficjalnej zakończenia roku szkolnego, my rozlokowywaliśmy się w świetlicy wiejskiej w Racławiu.
Sala niewielka, ot tyle, by rozłożyć kilka materacy i stworzyć kolonijną atmosferę. Trochę martwi nas brak prysznica, ale Org zapewnia, że jutro przyjedzie straż pożarna z polową łaźnią.
Witamy znajomych, zaznajamiamy się z miejscem i gospodyniami, które już gotują nasz jutrzejszy posiłek. Żartuję, żeby zostawiły dla mnie, bo przecież przyjadę ostatnia (no nie pomyliłam się ;) ) Atmosfera coraz bardziej rodzinna, przy świetlicy tworzy się miasteczko namiotowe, bo część osób skorzystało z takiej formy noclegu.
Czekamy na odprawę techniczną, bo wile rzeczy pozostaje niedopowiedzianych i o kilka chciałoby się zapytać. Niestety, dwudziesta mija, a odprawy nie ma :( Jej brak zemści się potem na trasie.
Próbujemy się czegoś dowiedzieć, ale nie do końca nam to wychodzi. Możemy mieć tylko nadzieję, że jutro wszystko będzie dobrze.
Obok świetlicy zauważam plac zabaw z nietypową huśtawką. jest tak duża, że obie z Chudą się na niej wykładamy i leżymy niejako w powietrzu, patrząc w poryte szarymi chmurami niebo. Rozmowy kolegów dochodzą do nas  jakby przytłumione.
Tak, to jest ten moment. Chwila zatrzymania, zamknięcia końca roku szkolnego. Emocje opadają, wchłania je wilgotny piach. Podchodzi kolega i przez chwilę buja nas. I takie lekkie, wybujane (albo bujające w obłokach) idziemy spać - w końcu jutro startujemy i chcemy te 210 km przejechać (jeszcze nie wiemy, że przyjdzie nam jechać 20 km więcej).
Wstaję, jak zwykle bardzo wcześnie. Z kubkiem pachnącej kawy wychodzę przed świetlicę, zaintrygowana wielkim głazem podchodzę do znajdującej się w pobliżu kępy drzew- to lapidarium. Kilka niemieckich zniszczonych nagrobków i wielki głaz z cytatem z Horacego po polsku i niemiecku: "Wszystkich czeka jedna noc". W pewnym sensie ten cytat i ta chwila zadumy przy kamieniu ustawiają mi całą drogę. 
Na razie jednak wracam do budzącej się ze snu świetlicy. Obserwujemy coraz większy ruch w środku i na zewnątrz, nadjeżdżają kolejni kolarze. 

Przed 8.30 szykuję się do startu. Cieszę się, że stratuję w pierwszej grupie, bo będę miała więcej czasu od innych (choć i tak stanowczo za mało). Niestety starty są opóźnione. 
Po rundzie honorowej przez wioskę tuż przed godziną dziewiątą wreszcie wyruszam na trasę. O tym, że grupa startowa mi odjeżdża, nawet nie warto wspominać - w końcu startuję z liderem pucharu. 
Trasa maratonu prowadzi przez Baczynę do tzw starej trójki. Na poboczu zauważam niewielki próchniejący już krzyż, świadectwo jakieś drogowej tragedii... "wszystkich czeka jedna noc". Kruchy jest człowiek, bez szans przy spotkaniu z metalem lub kamieniem. Niewiele dalej zauważam zupełnie inne memento: pod wiaduktem złożono ogromne korzenie drzew, które oddały swoje życie, aby człowiek mógł poprowadzić drogę szybkiego ruchu. Nie wiem, w jakim celu je złożono, dla mnie było to cmentarzysko. 
Kolejny krzyż. Ogromny z białym Chrystusem. Na rozstaju dróg. W domu sprawdzam, że upamiętnia 100-lecie koronacji Matki Bożej Kochawińskiej- Matki Dobrej Drogi. 
Na trasie po wielokroć pojawiają się kolejne wiejskie krzyże przydrożne i te upamiętniające czyjąś śmierć na drodze. Najsmutniejszy jest jednak ten stojący w lesie nieopodal kolonii Smolary. W osadzie stoją dwa domy, pewnie z jednego z nich pochodził trzynastolatek, którego śmierć ten krzyż przypomina... "wszystkich czeka jedna noc". 

Jest refleksyjnie... mijają mnie kolejni kolarze, czasem udaje mi się z kimś zabrać i przez kilka, kilkanaście minut jadę w grupie. Będzie to widać na filmie, który pewnie któregoś dnia złożę z tego, co nagrała kamerka na kierownicy.
Cieszy mnie jazda, spotkania na drodze, piękno wokół. Bo jest pięknie. Na polach kwitnie facelia i łubin. Powietrze jest gęste od zapachu róży, jaśminu i lipy, upaja. 
Przed Nowogródkiem Pomorskim na łące żerują kruki. Naliczyłam siedem par. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tylu kruków w jednym miejscu. Jeden stoi blisko drogi. Mogę mu się przyjrzeć. Podobają mi się te wielkie czarne ptaki o mocnych dziobach. Myślę, ze ta fascynacja związana jest z nazwiskiem, które im właśnie zawdzięczam. Po przeciwnej stronie drogi zakwita len. Jego drobne błękitne kwiatki zawsze mnie rozczulają, a i cała roślina z jej niezwykłymi właściwościami należy do moich ulubionych. Pamiętacie bajkę o Kreciku, który chciał mieć spodenki? Od razu o niej pomyślałam, gdy jechałam wzdłuż błękitnego pola. Dalej rozciąga się Barlinecko-Gorzowski Park Krajobrazowy. Pamiętam go z poprzedniego maratonu w Gorzowie. Pachnie igliwiem. Za Kłodawą podziwiam jezioro z białymi liliami, których mógłby pozazdrościć Claude Monet.

Pierwsze okrążenie mija niesamowicie szybko. Robi się ciepło, więc bluzę zostawiam znajomej przy punkcie z wodą. Chwilę rozmawiam z chłopakiem pilnującym wody, po czym jadę dalej. Jadę już całkiem sama, co wcale mi nie przeszkadza, bo mam wreszcie czas na oczyszczenie umysłu z wszystkich nagromadzonych w tym roku szkolnym emocji. Jadę w tym poloneza z "Pana Tadeusza"- tyle razy słyszałam go w ciągu ostatniego miesiąca, gdy szóste klasy szykowały się najpierw do balu, a potem do zakończenia roku, ze teraz tłucze mi się po głowie dzieło Kilara. Na setnym kilometrze zatrzymuję się na punkcie żywieniowym- siedzące tu kobitki raczą się trunkami i zachęcają do wspólnej biesiady- nawet chcą częstować wódką! Grzecznie odmawiam, ale zjadam kawałek arbuza i drożdżówki, w kieszeń pakuje pól banana. Widzę, jak mija mnie Chuda z Robertem. Po chwili zatrzymuje się Beata, więc jeszcze chwilę rozmawiamy. Już wiem, że Beata kolejny raz nie przejedzie wybranego dystansu, zjeżdża po drugim kole. Ruszam dalej, Chudej już nie dogonię, ale po jakimś czasie widzę Krzysia, znów pojedziemy razem (który to już raz Krzysiu jest moim towarzyszem?) 
Przed samym końcem drugiego okrążenia dojeżdża mnie grupa ciągnięta przez kogoś z Gryflandu, jestem zdumiona, bo nie spodziewałam się już żadnej grupy. Na kilka kilometrów (akurat pod wiatr) łapię mocne koło. Chłopcy odjeżdżają na metę, a ja zaczynam ostatnią pętlę. Po chwili dojeżdża Krzyś, który trochę został w tyle. Jedziemy razem trochę rozmawiamy, trochę milczymy wymieniając się na zmianach. Dużym rozczarowaniem jest brak punktu żywieniowego w Nowogródku- paniom skończyła się chyba wódka, więc zwinęły się i sobie poszły. To kolejna rysa na organizacji maratonu. Dobrze, że nie jest gorąco, więc wody nam wystarczy, prowiantu raczej też, ale za nami jeszcze jedzie parę osób, czy też mają wodę?
Patrzę na licznik. Już wiem, ze trasa nie skończy się na 210 kilometrach, szacuję, że może mieć 225, a to znaczy, że nie ma mowy, bym zmieściła się w zupełnie kosmicznym limicie czasowym. Gdy przed osiemnastą wjeżdżam na dziurawą dojazdówkę do mety mijają mnie samochody moich znajomych- właśnie skończyła się dekoracja zawodników. Nie zdążyłam, mistrz Piasecki nie uścisnął mi dłoni, nie zobaczyłam się z wieloma kolegami, niektórzy machają mi teraz przez okna samochodów, innych zobaczę dopiero na zdjęciach z maratonu.
Wjeżdżamy do prawie pustej bazy maratonu, na trasie jest już tylko pan Jan. 
Witam się z Chudą, która też dopiero co dojechała i teraz opowiada wrażenia, jest też Natalia z Kubą- minęli nas jakieś 10 km przed metą i zdążyli jeszcze dogonić Chudą z Robertem, czym Natalia wywalczyła zwycięstwo nad Chudą ( obie jednak na swoje podium nie zdążyły!) Jesteśmy trochę rozgoryczone. Na szczęście czekają na nas gospodynie wiejskie ze swoim "Stadnym". Dostajemy medale, czeka na nas także parująca zupa gulaszowa, a obok mnie ląduje też talerz ciasta, które specjalnie dla mnie zostawiła jedna z pań- Basia. Okazuje się też, że mieliśmy szczęście w losowaniu nagród, a Beata zadbała, by nasze losy nie przepadły i zabrała dla nas upominki. Mam teraz nowe siodełko- ciekawe, czy będzie wygodne?
Rzadko mam o coś żal do organizatorów. Tym razem jednak Org Piotr usłyszy ode mnie kilka przykrych słów. 
I pewnie zapamiętałabym ten maraton jako niedopracowany gdyby nie to co wydarzyło się potem...
bo potem była zupełnie nieplanowana i spontaniczna impreza integracyjna. Do późna siedzimy przy grillu, opowiadając anegdoty, żartując, przekomarzając się. Oczywiście kolejny raz musimy tłumaczyć, że naprawdę nie jesteśmy siostrami.
W niedzielę o poranku zjadamy jeszcze po talerzu gulaszowej, którą specjalnie dla ostatnich gości podgrzała pani Jadzia, po czym rozjeżdżamy się do domów.
Czy mi się podobało? Nie wiem. organizacyjne niedociągnięcia, chaos informacyjny, za krótki limit czasowy przemawiają za oceną negatywną. Tylko, że ja przecież nie przyjeżdżam dla medalu, pucharu, czy innej nagrody. Przyjeżdżam dla ludzi, z którymi mogę się spotkać i być może przyjadę tu z powodu Basi, Jadzi, Stadnego i całej niesamowitej społeczności wsi Racław. To dzięki nim  uśmiecham się do swoich wspomnień.


9 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Uśmiechasz się do swoich wspomnień… Jakbym zobaczył Twój ciepły i trochę zamyślony uśmiech, Anno.
Rozumiem, że nie zmieściłaś się w limicie czasu. Jakie są konsekwencje? Nie uznano Ci zakończenia maratonu?
Przyznam się do nieakceptowania zwyczaju stawiania krzyży przy drogach w miejscach śmierci uczestników wypadków drogowych.

Anna Kruczkowska pisze...

Maraton mi uznano, z tym nie ma problemu. Ominęła mnie ceremonia zakończenia, ale nie ona jest przecież najważniejsza ( choć jakże miła).
Mnie też denerwują krzyże w miejscach śmierci, zwłaszcza gdy gdy przypominają pomniki. Jednak w czasie tej konkretnej trasy, wpisały się w moją refleksję.

consek pisze...

No to wakacje rozpoczęłaś dość pracowicie. Kamerka na kierownicy roweru, fajny pomysł.

adatoniewypada pisze...

Ciekawa jestem ile km przejezdzasz srednio na miesiąc ? Pozdrawiam

Anna Kruczkowska pisze...

Ado, wszystko zależy od czasu i pogody. Zimą jest to 300 km na miesiąc, latem (w czasie urlopu) ponad 2000 km.

Anna Kruczkowska pisze...

No pewnie, że fajny i filmiki wychodzą ciekawe :)

agulec pisze...

No to niezły początek wakacji!

adatoniewypada pisze...

Niezmiennie podziwiam :) Gratuluję.

adatoniewypada pisze...

Niezmiennie podziwiam :) Gratuluję.